Piękna piłka, emocje, emocje i jeszcze raz nerwy. Rewanż ćwierćfinału Pucharu Króla miał wszystko, o czym marzy koneser futbolu sięgając po pilota.
Można tylko życzyć sobie, by wyglądał tak każdy piłkarski mecz. Czy po takim spektaklu, w którym były i taktyczne szachy, i spektakularne akcje, i piękne gole, i agresywna gra, i sędziowskie pomyłki na korzyść obu stron - ktoś ma jeszcze ochotę psioczyć na fakt, że Gran Derbi odbywają się ZA często?
Nawet jeśli tak, to nie szkodzi. Najgłośniejsi przeciwnicy barcelońsko-madryckiej dominacji wszechpiłkarskiego krajobrazu i tak oglądali pojedynek na Camp Nou z wypiekami na swych pryszczatych obliczach. Podobno w środę nawet José Maríi del Nido nie dało się odkleić od ekranu. Nic dziwnego - takich piłkarskich delicji, takiego show, spektaklu o takiej skali piłkarskiej magii i zaangażowania na minutę gry... dawno nie widział świat.
Klincz, który trzymał w napięciu po ostatnią chwilę
Budowane latami składy i mozolnie wypracowywana piłkarska filozofia. Inna w Barcelonie, inna w Madrycie. Oglądanie obu tych armad na boisku, w bezpośrednim klinczu - nie może równać się z niczym, co oferuje dzisiejszy futbol. Rywalizacja Barçy i Realu w ich obecnej postaci, zabiera widzów w podróż emocjonalnym rollercoasterem. I jeszcze raz, raz po raz. Intensywność doznań, jaką porównać można tylko do meczów tworzących poezję futbolu. Do tego, co najwspanialsze w całym panteonie sportowych dyscyplin. „Rumble in the Jungle”, Bulls vs. Jazz, Nadal z Federerem, Prost-Senna i... PepTeam kontra MouTeam. Nie ma na tej liście intruza. Ta sama półka historii sportu. Z wszystkich najwyższa.
Ekstaza. Takie miałbym uczucie oglądając środowy mecz jako fan Napoli, Arsenalu, Stuttgartu czy Marsylii. EKS-TA-ZA! Największy możliwy zachwyt, jaki może dać piłka nożna. Dobrze potrafię sobie to uczucie kibica niejako zdystansowanego, neutralnego - ale skrajnie wsiąknietego w mecz - wyobrazić. Z tej perspektywy oglądałem finał Ligi Mistrzów pomiędz MU i Bayernem czy ten z 2005. Długo nie dało się ochłonąć. Trzymając się tej pierwszej analogii, w środę zabrakło tylko przeważenia szali na rzecz jednej ze stron w doliczonym czasie gry. Poza tym było wszystko, za co ludzie kochają futbol.
Owszem, były też widoki przykre, haniebne i „nie dla dzieci”. Choć takie obrazki świadczą najsilniej o ich sprawcach - to już Diego Armando Maradona pokazał światu, że korzystanie na drodze po triumf ze wszystkich możliwych sposobów stanowi z perspektywy murawy pokusę zbyt silną. Futbol to gra emocji. Sceny, które widzieliśmy na Camp Nou będą stanowiły zawsze jej nieodłączną część - gdy wpadają na siebie drużyny tak bardzo chcące ze sobą wygrać, jak Barça i Real pragną dziś, to muszą lecieć wióry. Musi "się dziać". Dwa pitbulle nie spotykają się na kawkę i pieszczoty. Tym bardziej, gdy poczują każdym porem swego cielska, że wygrana jest na wyciągnięcie ręki.
I - tym razem! - poczują to w tym samym momencie.
To był, pod każdym względem, wielki mecz. Brak dobicia którejś z ekip do portu Zwycięskiego Wyniku nie zmartwił mnie ani trochę. Nie mógł, bo oglądaliśmy Real, po którym zaginął słuch w 2008 roku. Jako sympatyk Barcelony, przy takiej dyspozycji Realu - która napawa nadzieją madridismo i wraca mu wiarę w piłkarskie możliwości MouTeamu - spokojnie zadowalam się samym awansem. Wywalczonym z wielkim trudem, bo tak wielka była motywacja rywala.
Festiwal GD - rzadki, lecz ekscytujący moment w historii rywalizacji
Mierzi mnie, gdy ktoś mówi, że kumulacja Gran Derbi w ostatnich kilkunastu miesiącach stała się nudna, upierdliwa w swej powszedniości jak psujące się auto albo zrzędząca teściowa. Dziennikarz, kibic, jakiś piłkarz – nieważne. W każdych ustach brzmi to idiotycznie!
Przecież to tak, jakby stanąć okrakiem na szańcu tezy, że koncerty albo sztuki w teatrze mogłyby się kończyć w przerwie. Finał NBA też powinien trwać 3 mecze zamiast przeklętych siedmiu. Albo te maratony – i tak każdy zasypia w połowie trasy, budzony w panice przez spikera jak wbiegają na stadion. Skrócić o połowę! Tenisiści – na co komu ich pięciosetowe tasiemce? Równie dobrze każdy turniej dałoby radę rozstrzygać jednym. No i ta Formuła 1. Buja się po wszystkich krańcach świata, w Monako hałasuje ludziom pod oknami – może 8 czy 9 Grand Prix nie wyłoniłoby mistrza świata?!
Stek nonsensów. Nagromadzenie starć Barçy z Realem na każdej możliwej arenie wynika wyłącznie z ich dzisiejszego poziomu sportowego. Hegemonii w kraju i Europie. Nie mieliśmy wielu momentów w historii barcelońsko-madryckiej, gdy oba kluby zmontowały w tym samym czasie ekipy zdolne do walki o najwyższe możliwe cele. Historia wspólna, ale sukcesy niemal zawsze naprzemienne. Kryzys jednych i zwyżka formy drugich – tak to się kręciło. Doskonale widać to w dwóch ostatnich dekadach. Dwie sinusoidy - madrycka i barcelońska - biegnące sobie obok „na zakładkę”. Wyjątki się zdarzały, lecz obie krzywe trwale dogoniły się dopiero 2-3 lata temu. Na naszych oczach.
Sytuacja iście nietypowa – na tle całych dekad tej rywalizacji. To dlatego dla tak wielu współczesnych sympatyków piłki oglądanie tych samych twarzy od Pucharu Króla, przez ligę, Ligę Mistrzów i Superpuchar, aż po finał Mundialu nawet – okazuje się rzeczywistością jednorodną i trudną do zniesienia... Najwyższy czas się z tym pogodzić. Ewolucja modelu zapoczątkowanego na Camp Nou jeszcze przez Johana Cruyffa i pęd Realu za dogonieniem odwiecznego rywala za wszelką cenę – doprowadziły do narodzin dwóch bestii, które całą resztę krajowych i europejskich potentatów rozstawiają solidarnie po kątach. Poza Superpucharem Europy, wolny od tego tandemu jest tylko Mundial Klubów – zresztą wyłącznie z prozaicznych względów demokratyczno-geograficznych. Bynajmniej nie sportowych.
0% monotonii, 100% wrażeń
Coraz częściej mówi się o dwóch najlepszych drużynach globu. Niewątpliwie, dysponują na tę chwilę kadrami pełnymi wspaniałych piłkarzy i wybitnymi trenerami na ławkach. Kolejny akt takiej rywalizacji prędzej da trzęsienie ziemi niż monotonię... Ile razy mieliście to uczucie, że chwalony przez wszystkich oscarowy triumfator okazywał się ckliwym gniotem, który wzbogacił człowieka wyłącznie o świadomość jak ogromną pustkę w portfelu może wywołać 15 złotych?! Z festiwalem GD nie ma takiej opcji. Fani płacą u koników po 250 euro i cieszą się, że nie więcej. Show gwarantowane.
MU:Arsenal 8:2; City:United 6:1; usypiające jak nigdy derby Mediolanu; obchodząca tylko Tomasza Smokowskiego Ligue 1? Festiwal Gran Derbi łyka wszystkie rywalizacje współczesnej piłki jak dropsiki.
Finał Ligi Mistrzów razy kilka
Przecież to trochę tak jakby ktoś wziął najważniejszy mecz w roku i powtarzał go w nieskończoność. Oglądał ulubiony kawałek na youtubie i puścił go w zapętlenie. Zmieniając tylko pejzaż, kontekst, rozgrywki. Raz dana możliwość rewanżu, innym razem rozstrzygnięcie zawężone do ewentualnej dogrywki z karnymi. Lokując pojedynek na arenach obu zainteresowanych lub terenie neutralnym. Mianując już to sędziego o niskiej tolerancji na ostrą grę, a innym razem takiego, który nie gwizdnie póki nie zatrzeszczą kości.
Nuda? Jaka nuda! Kolejne Gran Derbi to pod względem generowanych emocji i sportowej jakości, najlepszy piłkarski spektakl, jaki mogą nam zaserwować dzisiejsi bogowie futbolu. Jakby ktoś zmultiplikował finał Ligi Mistrzów. Dał możliwość rewanżu szybszego niż za 12 dłużących się miesięcy - różnicując tylko pory roku, boiska i od czasu do czasu stawkę.
Emocje, których nie ma już nigdzie indziej
Wymiar społeczny obu organizacji od dekad antagonizuje Hiszpanię jak kraj długi i szeroki. Na fanów jednych i sympatyków drugich. Wydawałoby się, że trwająca już ponad wiek rywalizacja ze względów sportowych i społecznych nie potrzebuje żadnych dodatkowych stymulantów. Konfrontacja Guardioli z Mourinho, Messiego i Cristiano, dwóch najsilniejszych drużyn swoich czasów – nawet ten historyczny pojedynek wynosi na wyższy poziom.
Wyjątkowość Wielkich Derby i - moim przynajmniej zdaniem - także ich temperatura, wynika ponadto z obecnej struktury kadrowej obu klubów. To, że w trakcie Klasyków biega po boisku połowa hiszpańskiej reprezentacji - w dodatku ta lepsza połowa, która spokojnie mogłaby być nawet podstawową „11” gdyby miał taki kaprys del Bosque* - jest wyjątkiem na futbolowej mapie Europy. Wystarczy zerknąć na potentatów Premiership (MU, Chelsea, Arsenal, City, nawet Tottenham) czy Seria A, gdzie piłkarze lokalni od lat stanowią w swych szatniach przygniatającą mniejszość.
Barcelońsko-madryckiej rywalizacji nadaje to rangi, tożsamości, wiarygodności, ognia i piękna. Tu nikt nie walczy na niby. Z 90 minut robi się dla kibica mgnienie oka. Każda strona chce za wszelką cenę wyszarpać zwycięstwo tej drugiej. Nawet utraty twarzy, honoru, zdrowia - dla tych piłkarzy nie ma ceny za wysokiej. Zbyt mocno i prawdziwie utożsamiają się ze swymi fanami i zespołem. Bardziej niż gdziekolwiek indziej we współczesnej piłkarskiej Europie.
To nie nudne, lecz...
Wszystko to sprawia, że przed każdym kolejnym Gran Derbi nikt się nawet nie bawi w przewidywanie wyniku. Jest on jak wielka tajemnica, jak partyjka Munchkina, jak jutrzejsza randka. Tym razem skończy się w pustym domu z kuflem piwa czy u niej w mieszkaniu na śniadaniu? „Brak faworyta”, wystarcza temu thrillerowi za cały scenariusz. Kompletna nieprzewidywalność determinowana tak zbliżonym potencjałem obu rywali gwarantuje kulminację napięcia, piłkarski „cliffhanger”, którego momentu nawet nie można się spodziewać... To, co zaserwował nam środowy pojedynek podopiecznych Guardioli z zawodnikami Mourinho, porównać można do bardzo niewielu zjawisk z najróżniejszych dziedzin życia. Nie wiem, finału ostatniej serii Dextera, matury, pierwszego wyjazdu za granicę, do skoku na bungee?
Tych meczów jest ostatnio więcej niż zwykle. Nie da się ukryć. Więcej niż 5, 10, 30 i 50 lat temu. Może w tym roku znów padnie ich rekord w 12 miesiącach. I bardzomotylanogaświetnie, niech pada! Jak to może wadzić jakiemukolwiek szczeremu pasjonatowi tej dyscypliny? Różnica sportowa dzieląca oba kluby jest być może najmniejsza w ponadstuletniej historii tej rywalizacji. Suma piłkarskiego geniuszu uchodzić może z kolei spokojnie za największą... Tylko dla przypomnienia, uosabia ją:
• dwóch prawdopodobnie najlepszych strategów współczesnej piłki, z pasją i oddaniem dyrygujących swoimi armiami zza linii
• wszyscy hiszpańscy mistrzowie Europy i świata
• duet bezsprzecznie najlepszych futbolistów świata
• i ogół pozostałych piłkarskich znakomitości, którymi upstrzone są kadry obu drużyn.
Stanowczo bronię zatem tezy, że kumulacja takich Klasyków jakie oglądamy ostatnio, tych konkretnych jedenastek, tych styli, tych trenerów – nie, to nie jest nudne. Nie może być.
To fascynujące.
* Naturalnie, dla paru podopiecznych Mou i Pepa miejsce i tak znalazłoby się tylko na ławce.
Komentarze (29)