Do Gran Derbi pozostało zaledwie kilka godzin. W swoim życiu przeżyłem już bardzo wiele wielkich Klasyków, jednak każdy kolejny wydaje się być bardziej wyjątkowy. Przed każdym z nich, bez wyjątków, mój organizm wpada w niewytłumaczalną fazę zawirowań i turbulencji. Zawroty głowy, euforia, tachykardia, drżenie mięśni, szybsze tętno, zmiany percepcji. W przeddzień towarzyszy mi również bezsenność, przyspieszona akcja serca i suchość w ustach. Czy ty też to czujesz? Tak, bo Gran Derbi jest jak narkotyk, który kochamy i nienawidzimy.
Wielkie Derby Europy już dawno wykroczyły poza sferę piłkarską. To rywalizacja polityczna, społeczna, światopoglądowa, idealistyczna i dopiero na końcu sportowa. Gran Derbi to z pozoru kilka półtoragodzinnych starć w ciągu roku, jednak w rzeczywistości rozgrywa się je nieustannie, bez wytchnienia – dzień w dzień, minuta w minutę, sekunda w sekundę i tak od ponad stu lat. Rywalizacja nie toczy się wyłącznie na boisku. Sam piłkarski mecz to jedynie apogeum wielodniowej walki, dzień konsumpcji, dzień sądu. Wieczna katalońsko-madrycka wojna niekiedy urasta do rangi obsesji, zwycięstwo z odwiecznym rywalem jest kwestią dumy i honoru. Historia starć FC Barcelony z Realem Madryt sięga roku 1902, kiedy Katalończycy pokonali Królewskich w meczu o Puchar Króla. Dalsza historia to pasmo wzlotów i upadków oraz politycznych zagrywek.
Katalonia będąca potęgą gospodarczą zawsze manifestowała swoją niezależność i odmienność, na co nieprzychylnym okiem spoglądano ze stolicy. Od początku XX wieku Katalończycy walczyli o autonomię, jednak hiszpańscy dyktatorzy Primo de Rivera czy generał Franco skutecznie udaremniali ich plany. Po przegranej wojnie domowej, która wybuchła w 1936 roku nastał bardzo trudny okres dla Katalonii – dyktator szykanował katalońską społeczność, zabronił rozmawiać w ojczystym języku i używać symboli narodowych. Sama FC Barcelona dla władzy stała się symbolem sprzeciwu i oporu wobec reżimu. Dla Katalończyków zaś Barça okazała się symbolem walki niepodległościowej, źródłem ich tożsamości i niezależności, jedynym narzędziem w walce z bezwzględnym reżimem. To właśnie wtedy zaczęło funkcjonować hasło Mes que un Club (pol. Więcej niż klub).
Historia Gran Derbi, to często zbiór nieprawdopodobnych historii, które tylko potwierdzają wielkie znaczenie tej rywalizacji dla obu stron. Słynna ‘kradzież’ Alfredo Di Stéfano, czy historie transferów Ferenca Puskása i Ladislao Kubali urosły już do miana legendy. Wciąż niewyjaśnione okoliczności porażki Barcelony aż 1:11 z Realem Madryt, czy fakt rozstrzelania prezydenta FC Barcelony, Josépa Sunyola przez zwolenników Franco bezustannie są kwestią sporów fanów i historyków sympatyzujących z przeciwnymi obozami. Jak wielki ładunek emocjonalny ma wydarzenie pokroju „wiecznej wojny” na własnej skórze mogli oddczuć piłkarze pokroju Luisa Figo, Michaela Laudrupa czy Luisa Enrique. Reakcję trybun na ich zdradę można zdefiniować prostym działaniem – suma miłości jaką byli obdarzeni jest wprost proporcjonalna do stopnia powstałej nienawiści.
Rywalizacja pozaboiskowa między Blaugraną i Królewskimi trwa do dzisiaj, jedyną różnicą jest forma tej walki, którą wyznaczają normy bieżących czasy. Świetnym tego przykładem jest obecny ciąg wydarzeń. Barcelona osiągnęła sam szczyt. Wraz z przyjściem Guardioli zdołała dotknąć nieba, otrzeć się o doskonałość. Real Madryt, aby przerwać dominację Barcelony był w stanie porzucić swoją historię, zaryzykować nawet utratę tożsamości i dobrego imienia pośród społeczności, o czym rozprawiał mój redakcyjny kolega w jednej z odsłon „W ciszy stadionu…”. Priorytety są oczywiste, za wszelką cenę zaniechać zwycięski cykl Barcelony Guardioli, która może zapisać się w historii jako najlepsza drużyna świata.
Królewski klub objął zafascynowany galaktycznym wizerunkiem Florentyno Perez, który był w stanie przekazać pełnię władzy obsesyjnemu José Mourinho. Ten zaś zaczął tworzyć bezwzględną armię z Pepe, Marcelo i Cristino Ronaldo na czele, która wszystkimi możliwymi sposobami ma powstrzymać Barcelonę. Obecnemu wizerunkowi klubu sprzeciwiają się nawet madridistas, jednak wizja nieustannych upokorzeń i porażek pozwala im akceptować despotyczne zapędy Mourinho. Pozwala im akceptować brudne zagrywki, niefortunne wypowiedzi i nieustanne prowokacje. FC Barcelona, aby odeprzeć szaleńczy pościg odwiecznego rywala również spłatała figla grając na nosie swojej historii – sprzedała miejsce reklamowe na koszulkach katarskim krezusom, aby zdobyć kolejne fundusze do walki. Niestety, w realiach obecnego świata pieniądz jest najsilniejszym narzędziem i był tego świadomy Sandro Rosell, kiedy składał podpis pod umową z Qatar Foundation. Był w stanie poświęcić część tradycji, aby pozostać konkurencyjnym w walce z odwiecznym rywalem.
Obecna rywalizacja Barçy z Madrytem różni się od etapów walki z przeszłości. Każdy okres czasu ma swoją historię. Wieczna wojna trwa. Obecna walka w postaci prowokacji, przepychanek, wielu nieczystych zagrywek, oskarżeń czy metaforycznych ‘palców w oczach’ jest brudna. Jednak każda wojna ma swoje ofiary. W tym przypadku poświęcone zostają po części historia, tradycja i wizerunek. Nie będzie miało to swojego końca, aż do unicestwienia zwycięskiego cyklu Barcelony Guardioli, nie będzie miało końca aż do odejścia José Mourinho. Obecny etap rywalizacji dwóch największych klubów na świecie, dwóch najbardziej związanych ze sobą swoją wielkością, ale również historią, jest jednym z brzydszych etapów w historii…
…ale równie jakże pięknym! W ten tok myślenia oraz bieg wydarzeń zgrabnie wpisuje się filozofia Sigmunda Freuda o ambiwalencji uczuć, czyli uczucia równoczesnej miłości i nienawiści do jednej osoby, w tym przypadku zjawiska. Czy nie jest tak, że nienawidzimy tę rywalizację, ale równocześnie ją kochamy? Mimo naszej nienawiści do prowokacji José Mourinho, do nieczystych zagrań, do wielu faktów historycznych, do niekończących się oskarżeń i słownych przepychanek kibiców obu zespołów, kochamy to. Te wszystkie bodźce tylko pobudzają naszą wyobraźnię, wzmagają nasz apetyt na upokorzenie rywala i pokazanie swojej wyższości, potęgują nasz narkotykowy głód na niezwykłe piłkarskie emocje.
Czym by był świat piłkarski bez Gran Derbi? Czym by było życie fana piłkarskiego, gdyby zabrano nam największy klasyk wszech czasów? Czym byłby Real Madryt bez Barcelony i odwrotnie? Ile rekordów pobiły Leo Messi bez Cristino Ronaldo? Paradoksalnie Hiszpania i Katalonii, FC Barcelona i Real Madryt, Leo Messi i Cristiano Ronaldo – potrzebują się nawzajem. Oddech odwiecznego rywala na plecach motywuje do nadludzkiego wysiłku, do przełamywania kolejnych barier. Niekiedy niemoralnych, jak igranie z tradycją i historią, nie wspominając o wydarzeniach z przeszłości. Jednak owa rywalizacja tworzy swoją własną, niezapomnianą historię, pozwala zdominować dwóm hiszpańskim gigantom resztę piłkarskiego świata. Wzajemny wyścig, pogoń za odwiecznym rywalem, chęć obrony dumy i honoru, pragnienie wysławienia swojego regionu, swojej ideologii, paradoksalnie działa destrukcyjnie, jak i budująco na oba kluby. Podobnie, jak i na sympatyków obu zespołów. Tak więc kochamy i nienawidźmy Gran Derbi. Tak, to już bardzo niedługo, zażyjmy nasz narkotyk, bądźmy świadkami tworzenia historii.
Komentarze (78)