W ciszy stadionu. Najważniejszy mecz sezonu

Karol Chowański 'Challenger'

22 kwietnia 2012, 09:48

55 komentarzy

Podoba mi się stwierdzenie, że przed nami starcie dwóch zranionych lwów. Zeszłotygodniowe wyniki były złe dla obu hiszpańskich gigantów. Nie ma lepszej okazji do rehabilitacji niż dzisiejszy mecz.

Poza tym, nie identyfikuję się z niczym, co mówi się o tym spotkaniu: że jego ranga jest mniejsza ze względu na nadchodzące dla obu hiszpańskich ekip rewanżowe starcia półfinałów LM; że Real potraktuje mecz ulgowo, wystawiając trivote, celując w remis i oszczędzając przed Bayernem takich graczy jak Özil; że wynik nie będzie decydujący dla walki o mistrzostwo Hiszpanii. Nie, nie i jeszcze raz nie. Każdy Klasyk ma swój niezbywalny ciężar gatunkowy, a w tym punkcie kalendarza wygląda mi to na GD o wymiarze jeszcze bardziej kolosalnym niż zwykle.

Po serii ligowych wpadek Katalończyków na początku roku, wygląda to na ostatnią szansę Barcelony na uratowanie ligowego sezonu, Real staje przed okazją na ostateczne udowodnienie swego prymatu, a wszystko to w przeddzień decydujących starć w LM, na ostatniej prostej całego sezonu. Podekscytowani?

Ja - bardzo. Na szali dzisiejszego spotkania leżą nie tylko prestiż towarzyszący każdemu GD, trzy punkty, ligowy tytuł. To po prostu gra o wszystko. Dla obu jedenastek, które wyjdą dziś na Camp Nou. Wszystko, co w tym sezonie zostało jeszcze do wygrania. Mistrzostwo Hiszpanii, Liga Mistrzów, a także Puchar Króla - w przypadku porażki z Realem, teoretycznie wzmocnionej nie tak niemożliwym odpadnięciem z Pucharu Europy w ostatniej chwili przed finałem, piłkarze „Dumy Katalonii” mogą nie mieć najmniejszej ochoty na szczerą walkę o najmniej ważny z wiosennych pucharów. Tym bardziej, że Athletic osiągnął właśnie najmocniejszą formę nie tylko w obecnym sezonie, lecz od lat.

Dzisiejsze starcie jest kluczowe dla reszty sezonu. Wynik tego meczu zdeterminuje morale w obu szatniach do ostatniego dnia rozgrywek. Przegranym „zabije” sezon, zwycięzcom da niewzruszoną pewność, że pogłoski o niewykonalności przenoszenia gór są od lat powszechnie wyolbrzymiane.

Mniejsza o to, ile punktów Blaugrana traci do Realu w ligowej tabeli. Pokonanie madrytczyków da podopiecznym Pepa energię, by zwycięstwo w każdym kolejnym meczu La Liga wyszarpać choćby zębami i na kolanach. A Real? Jak pokazało wiele meczów z tego i poprzedniego sezonu, największym przeciwnikiem drużyny Mourinho jest ona sama. Zabranie z Camp Nou bagażu kilku bramek wraz z perspektywą skruszenia się całej tej nie-pamiętam-już-jak-ogromnej-przewagi do jednego, tyciuteńkiego punkciku, ma w mojej opinii wystarczającą moc sprawienia, że z wyścigu o mistrzostwo Hiszpanii Real wyeliminuje się sam, przy pierwszej lepszej okazji. Remisy z CSKA, Málagą, Villarreal i Valencią, postawa w starciach z Rayo czy Betisem, wreszcie porażka w Niemczech w dość frajerskich okolicznościach ostatnich sekund meczu - pokazują, że MouTeam jest od pewnego czasu zwyczajnie zmęczony. Zawdzięcza to wyłącznie polityce swego trenera, wystawiającego galową jedenastkę mecz w mecz. To się nie może nie zemścić. A że szczęściu wypada od czasu do czasu pomagać, wygrana dzisiejszego wieczoru wydaje się dla PepTeamu stosowną ku temu okazją.

W przypadku wiktorii dziś wieczór, takoż straci znaczenie lawina nieskuteczności na Stamford. Wygrana z wilkami Mourinho naładuje barcelonistów tak, że podczas wtorkowego rewanżu nie dadzą tetryczejącym coraz bardziej "The Blues" powąchać piłki. Nie można mieć tyle farta, co Chelsea - a fart polega również, między innymi, na marnowaniu przez rywala „setek” na potęgę - w dwóch kolejnych spotkaniach z rzędu z tym samym przeciwnikiem. Nie można i tyle. To wbrew zasadom logiki i prawidłom statystyki. Rewanż z podopiecznymi Roberto di Matteo będzie dla Barçy albo drogą przez mękę zakończoną wynikiem (remis bądź jednobramkowe zwycięstwo) eliminującym drużynę Guardioli z tegorocznej edycji LM, albo futbolową jazdą bez trzymanki z metą w Monachium okraszoną po drodze częstym wyciąganiem futbolówki z siatki przez Czecha Čecha. Nie trzeba dodawać, że dzisiejsza wygrana diablo przybliży Barçę do zrealizowania drugiego ze wspomnianych scenariuszy.

Pokonanie odwiecznego rywala po raz wtóry w ostatnich czterech latach, z pewnością da też chłopakom Pepa „solidnego motywacyjnego kopa” przed finałem Copa del Rey.

Zapachniało komuś grzechem pychy? Raczej: co by było, gdyby, a gdyby było, to by było pięknie.

Wygrana z Realem ułatwi Barcelonie wszystko. Natchnie wątpiących, pokrzepi zmęczonych, przyspieszy rehabilitację kontuzjowanych. Sęk w tym, że ewentualne zwycięstwo Realu da rezultaty pod każdym wspomnianym w powyższych akapitach względem dokładnie odwrotne. Przyda się Barcelonie zagrać jak o życie. Na szczęście skoro podopieczni Guardioli grają u siebie, takie stwierdzenie wydaje się zasadne bardziej niż mniej.

Niezależnie od tego, kto na kilka minut przed 22.00 zejdzie z murawy Camp Nou w glorii zwycięzców, a kto w pokutnych szatach przegranych - szykuje się mecz pod każdym względem fascynujący, w którym znów zenitu sięgną emocje, kości zatrzeszczą, krew zawrze, a natężenie piłkarskiej magii będzie większe niż przez cały sezon w Premiership.

Przed nami pojedynek o motywacyjny zastrzyk podtlenku azotu na resztę sezonu dla którejkolwiek ze zwycięskich stron. Dla jednych i drugich (a to nie zdarza się wcale tak często) - mecz o wszystko.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (55)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze