Nie wiem, jak mieli inni, jak minął międzyczas od ligowego nokautu i dwumeczu z Chelsjanami wszystkim Culés. Mi minął na przykrym w swej nieodwracalności poczuciu wielkiej straty. Na, mówiąc po ludzku, kibicowskiej złości, niedyskretnie bliskiej wstrętowi względem wszystkiego, co piłkarskie. Nieznaczące nic lub prawie nic mecze do końca ligi ma się w takim stanie w serdecznym poważaniu, finał Ligi Mistrzów bez swoich faworytów ogląda się jak przez mgłę i za karę.
To rodzaj reakcji dobrze znany alkoholikom. Po tygodniu najcięższego melanżu jaki można sobie wyobrazić, po tygodniu zlewającym się w jeden bifor-baunso-after, przychodzi chwila, gdy wstanie z łóżka jest ponad siły takiego delikwenta, a butelka wódki, ten najbliższy przyjaciel – już nie można na nią patrzeć. Mija kolejny tydzień i... cug wraca sam. Futbol to uzależnienie, potrzebujesz go, ale czasem też nienawidzisz i chyba trzeźwo zdać sobie z tego kiedyś sprawę. Coś podobnego mają kochankowie jak w teledysku do "Love the Way You Lie", szukający weny artyści i ci wszyscy zwolennicy wspinaczki, kiteboardingu, snowboardziści, rajdowcy, bikerzy i deskorolkowcy przejściowo wściekli na swoją pasję, która właśnie sprezentowała im 34 złamania. Mija jednak dzień, dwa, tydzień i najchętniej wskoczyliby z powrotem na ten kite, rower czy deskę, oczywiście o kulach i w bandażach!
Właśnie coś takiego mam z piłką. Rozgrywki trwają, potencjał jest, gitara gra fałszując tylko troszkę, aż w końcu sezon się kończy tu na półfinale, tam na drugim miejscu, puchary wznoszą inni, cieszy się Cibeles albo inna Wieża Eiffla. Po takim sezonie, jak obecny w wykonaniu Blaugrany człowiek czuje się trochę jak pies pozostawiony w lesie. OK, inni mają gorzej (przykłady z tego sezonu? Proszę bardzo: Inter, Arsenal, Milan, Wisła Kraków) i ma się tego pełną świadomość, ale co z tego?! Nie pomaga i co to w ogóle ma do rzeczy? Emigruję sobie tedy w inne zajęcia, na szczęście mam ich trochę. A potem przychodzi sierpień, wrzesień. Nowy sezon, nowe nadzieje. Piłka znowu „w grze” i „wszystko się może zdarzyć”. Tak, potrzebuję lata, cholernie potrzebuję tego futbolowego „sezonu ogórkowego”, by po ewentualnych rozczarowaniach maja pod wpływem balsamicznych właściwości czasu minął mi ten przejściowy do piłki wstręt, wróciła pasja. A wtedy ona znów kręci mi bebechami tak, że przez pierwsze tygodnie nowych rozgrywek trudniej się oddycha.
Feniks, popioły i tak co sezon. Znacie to? Czy brzmię raczej jak bym p... po chińsku?
Tej wiosny los nie obszedł się z FC Barceloną delikatnie, to na pewno. Można mówić wiele frazesów o tym, że „wygrywa lepszy” i „liczy się to, co w sieci”, ale jednocześnie faktem pozostaje, że do powrotu do życia w lidze zabrakło trochę koncentracji i dwóch goli, a finału Pucharu Europy: wykorzystanego karnego. Będą jeszcze okazje, by wrócić do tych chwil, ale tymczasem pojawiła się PepTeamowi na horyzoncie sposobność by w pewnym sensie „uratować” sobie, trenerowi i fanom sezon bez Ligi i Ligi Mistrzów. Dlatego tegoroczny Puchar Króla jawił się podarowaną przez los okazją do rehabilitacji jeszcze w maju miast w sierpniu dopiero, listopadzie, lutym czy maju za rok. Doskonałą okazją do przywrócenia uśmiechu – w ten jakże ciężki czas, w obliczu pożegnania z Pepem, przeciągającej się rehabilitacji Villi, drastycznego spadku formy Fabsa, niemocy Pedrito, operacji Abiego – fanom, ale przede wszystkim samym piłkarzom. Żołnierze Guardioli zagrali tak, jakby... sami wiedzieli o tym najlepiej.
Finał finałów
Finały (SH to też finał, tylko rozłożony na 180 minut) w erze Pepa Guardioli były różne. Remontady, dogrywki, goleady, bramki w ostatnich minutach, zachwycające świat triumfy po zaciekłych pojedynkach. Piątkowy okazał się jedynym w swoim rodzaju. FC Barcelona rozegrała wcześniej 14 finałów na przestrzeni 4 lat, ale w żadnym z nich nie prowadziła po 25 minutach już 3:0. Nokaut. Blitzkrieg. Zaserwowany rywalom a la Blaugrana – nie oszczędnie dawkowanymi śmiertelnymi ukąszeniami kontrataków, lecz gry dominacją totalną. Do około 30. minuty na boisku istniała tylko jedna drużyna, hasając sobie po boisku wzdłuż i wszerz jak tylko chciała. Warto przy tym zauważyć, że w przekroju całego meczu, podopieczni Guardioli wcale nie mieli więcej ścisłych okazji podbramkowych niż w najbardziej gorzkich z meczów tego sezonu. Ba, przesadą nie będzie stwierdzenie, że miała ich mniej! Różnica polegała na jednej tylko rzeczy: skuteczności. Wypoczęta Barça to Barça skuteczna, stąd już tylko parę kliknięć do przymiotu: zwycięska.
Po tak błyskawicznym „rozstrzelaniu” Athletiku, resztę meczu można sobie było rozegrać z respektem dla rywala i odpowiedzialnie, ale spokojnie pilnując luksusowego wyniku. Wywołana do tablicy wątpliwościami o jakość swojej gry, efektywność i „cojones” Barça odpowiedziała najlepiej jak mogła. Pięknym zwycięstwem dającym kolejny puchar w gablocie.
Athletic nie postawił najtrudniejszych możliwych warunków, ale na sake Boga – oni nie wygrali nic od 28 lat! Byli gotowi umrzeć na tym boisku i po ostatnim gwizdku wyglądali szczerze przybici faktem, że to nie działa w ten sposób. Rywal okazał się za silny – i to w jakim stylu! Draniem strasznym i sercem kamiennym ten, na kim obraz gry Barçy w piątek nie zrobił żadnego wrażenia... Harmonia konstruowanych akcji, oblepienie nimi defensywy rywali jak uniemożliwiającym jakikolwiek piłkarski sprzeciw kokonem, szybka gra piłką, kreatywność, bieganie, bieganie i pressing – widzieliśmy znów Blaugranę jak z jej najpiękniejszych chwil za kadencji Guardioli! Potęga indywidualności i siła drużyny. Efekt mógł być tylko jeden: dopisanie kolejnej karty tej historii.
Karawana jedzie dalej
Przebieg tego finału pokazuje, że głoszenie wszelkich interpretacji porażek Azulgrany z „trwającego” (tak długo, jak nasza radość po piątku, hejjj!) sezonu, nie może mieć miejsca bez względu na okoliczności tychże. To nie miejsce, by szczegółowo wymieniać te okoliczności, ale nie da się uniknąć wniosku, że to była po prostu inna Barça od tej oglądanej tak często w tym sezonie, zagubionej, nieskutecznej, bezsilnej. Inna niż ta oglądana na Stamford Bridge, z Valencią na jesieni, z Osasuną na wiosnę, w lidze z Realem niecały miesiąc temu czy nawet z tym samym Realem w drugiej połowie rewanżu ćwierćfinału Pucharu Króla. Wygodne pomijanie tego j a k b a r d z o „inna”, jest wyłącznie wyrazem czyjegoś roszczeniowego podejścia do rzeczywistości, zakłamywania jej wynikającym z atmosfery chwili, subiektywnie idealistycznym turbooptymizmem.
Albo zwykłej ludzkiej głupoty.
Ostatnie wspomnienie sezonu
Radość wróciła na Camp Nou i zostanie tu dłuższą chwilę, bo aż do końcówki sierpnia. Czym niby ją mierzyć? To zależy od branży, w piłce oczywisty wskaźnik samopoczucia to to, co w gablocie; ewentualnie przedłużenie widoków na uszaty kawał srebra pod postacią awansu do następnej rundy, do jakiegoś półfinału czy innej jednej ósmej. Myślę, że w szatni Barcelony nie jest inaczej, a dokładne prześledzenie historii PepTeamu pod tym kątem czyni takie nieśmiałe przeczucie, jak najśmielej graniczącym sobie z pewnością.
Pod tym względem kalendarz był dla Barcelony na koniec sezonu 11/12 o tyle łaskawy, że po niepowodzeniach na obu najważniejszych frontach zostawił chłopakom tę małą okazję do rewanżu. Dzięki temu trafiła się ona jeszcze w „tym” sezonie, a nie: dopiero po wakacjach, po tygodniach czekania na grę o klubową stawkę, treningów, ciężkiej, żmudnej pracy. Największym zyskiem tej drużyny z piątkowej wygranej wcale nie jest kolejny puchar do klubowego muzeum, lecz niemierzalny na dziś kapitał motywacji, mentalnej siły, radości --- na przyszłość. Na start nowej kampanii ligowej, kolejny sezon, kadencję Tito. Pod tymi względami, uważam, że ogromne znaczenie ma fakt, że ostatnimi wspomnieniami sezonu 2011/2012 nie są gorzkie porażki z Madrytem na koniec kwietnia i żal ze spędzenia finału LM przed telewizorem, lecz właśnie zdjęcia Xaviego, Puyola, Pinto i innych kolejno wznoszących Puchar Króla, obiegające świat ujęcia uśmiechniętego, szczęśliwego Guardioli świętującego jego zdobycie ze swym następcą. Naturalnie, takie, a nie inne zakończenie tego ekscytującego sezonu ma też swą ogromną wartość dla fanów.
Do zobaczenia w sierpniu
Tyle z perspektywy skali makro: 26. Puchar Króla w historii Klubu, uzupełniony kwartet 2011/2012 o „coś majowego”, pożegnanie Pepa wywalczonym trofeum i zasianie w szatni oraz barcelonismo wielkiej, pluszowej radochy na następny sezon. Zostaje jeszcze skala mikro, czyli mówiąc bez ogródek: moja prywata. Pod tym względem piątkowy finał miał dla mnie dwa aspekty, dla których tak bardzo pragnąłem zwycięstwa Barcelony, że innej opcji nawet nie wpuszczałem w myśli; z powodu których byłbym w przypadku zwycięstwa Basków w tym finale smutniejszy po tym sezonie niż fani Bayernu i Milanu razem wzięci.
Pierwszy to ew. zatrzymanie licznika pucharów PepTeamu na liczbie „13”. Kto by wrócił do rzeki kojarzonej z tą cyfrą?! Nic pożądanego w kontekście jakiegokolwiek kiedykolwiek powrotu Pepa do funkcji trenera Barçy. Miałyby pismaki używanie... ! Tymczasem czternastka jest dobra, czternastka jest bezpieczna i nieszkodliwa. Tak, czternaście – me gusta.
Drugi to fakt, że wraz ze statystycznym powiększeniem dokonań FC Barcelony mierzonych klasyfikacjami wszelkimi i zasobami klubowego muzeum, w pakiecie z piątkowym zwycięstwem szły dwa bilety. Na oba mecze Superpucharu Hiszpanii. Nie wiem, czy była to motywacja nr 1 dla Messiego, Xaviego, Piqué i spółki. Wiem tylko, że dla mnie by była. Okazja do rewanżu na Realu za mistrzostwo i mecz w kwietniu (o tyle mniejszym, o ile ranga SH w porównaniu do Ligi, ale przeokrutnie większym niż nic); na madridismo za hejting po wyniku rewanżu z Chelsea; wreszcie, na samych skłonnych do buńczucznych wypowiedzi i pieszczotliwych fauli niektórych rycerzach w bieli.
Showtime, dzieciaku! Prócz pięknego zwycięstwa futbolu radosnego w piątek i samej rozkoszy dołączenia do tego wspaniałego sezonu kolejnej zdobyczy, dostajemy najlepsze możliwe otwarcie kolejnego sezonu! Genialną w swej rychłości okazję do przetestowania faktycznych kompetencji Vilanovy, ale przede wszystkim stosowną chwilę na powrót do dyskusji o cyklach, „lepszościach” i innych bzdurach.
Choć w pewnych chwilach, maj 2012 był dla fanów FC Barcelony bardziej dołujący niż klip Metalliki do „Turn the Page”, to jednak zakończył się w niezwykle urokliwy sposób. Na słodko. Nie tak słodko może jak te same fotki powtórzone w pejzażu Allianz Areny, ale wciąż.
Feniks. Popioły. Koszmarny głód oglądania tej Barcelony wciąż i bez przerwy. Coś mi się wydaje, że lato minie w tym roku Culés jak z bicza strzelił.
Komentarze (21)