Nie da się ukryć, ma Gerard Piqué lepsze wyczucie czasu od Taty Jima. Okres nieobecności obu „panów P” w szeregach barcelońskiej defensywy obnażył jej braki bez żadnej anestezji. Siedem straconych bramek w październiku, popis niefrasobliwości na Riazor, liczone na tuziny błędy w innych meczach ostatnich tygodni.
Już kilka razy zwiała Barça katu spod topora - poza wdzięcznymi okazjami do zachwytów nad mistrzowską determinacją chłopaków Tito, nieuchronnie odwlekając zapłacenie rachunku. Celtic nie omieszkał się o niego upomnieć.
Dobrze, że wrócił do zdrowia chociaż jeden z duetu Puyol-Piqué. Najwyższa pora.
7 goli/miesiąc wpisane w krajobraz sezonu
Tendencja, wedle której każda groźniejsza akcja rywali Barçy musowo kończy się golem - po meczu na Celtic Park nie może być bardziej aktualna. Oczywiście, Geri w nim wystąpił, ale pierwszy występ po kontuzji ma swoją specyfikę. 25-latek wszedł zresztą na „gotowe”, gdy Barcelona od dawna grała z jednym golem w plecy. Powrót Piqué do składu stanie się faktem na Majorce, gdzie Katalończyk prawdopodobnie zagra w od pierwszej minuty.
Październikowo zatrważająca gra obrońców to żadna nowość, lecz element większej całości. Kopiąc się w czoło sprezentowali trzy gole Realowi, tylu „swojaków” nie wsadzili od lat, a goleada z Deportivo dostarczyła tyle samo emocji fanom, co siwych włosów Vilanovie. Nieustannie od meczu ze Spartakiem główną cechą obrony Barçy jest nieskuteczność. Tylko 5-krotnie zdołała zachować w sezonie czyste konto, co daje wskaźnik 29% niemający nic wspólnego z żadną z 4 ostatnich kampanii. W ligowej tabeli bagaż 12 straconych bramek daje mało zaszczytne miejsce siódme, a z 24 uczestników tegorocznej LM - aż 10 drużyn traci gole rzadziej niż FC Barcelona.
Chmury konsekwencji wisiały w powietrzu nad Camp Nou tygodniami i goniły za Barçą po jej wszystkich wyjazdach. Z hukiem opadły wreszcie w Glasgow, gdzie gospodarze wykorzystali do bólu wszystko, co mieli z meczu. Choć kłopoty z obroną faktycznie towarzyszą Barcelonie od zarania obecnego sezonu, to współnieobecność Piqué i Puyola rażąco te kłopoty uwypukliła, wzmagając przy tym ich efekty.
Nieobecność nieobecnych
Tak się złożyło, że Piqué, Puyol i Alves wypadli z gry w jednym czasie, ale spośród wszystkich niedysponowanych defensorów Barçy najbardziej brakuje mi tego, o którym mówi się najmniej - Erika Abidala. Abi przed absencją pełnił niewdzięczną, ale bardzo ważną rolę polisy ubezpieczeniowej całej barcelońskiej defensywy. Od podróży na połowę rywali i wyprowadzania piłek byli przeważnie inni, więc Francuz najczęściej z kwartetu nominalnych obrońców wspierał przy linii środkowej Busquetsa w kryciu i odbiorze. Zabezpieczał też stoperów, łatał dziury przy stałych fragmentach gry, a jego wzrost bywał bezcenny w minimalizowaniu zagrożeń ze strony górnych piłek. Z Francuzem z dala od murawy, te ostatnie latają sobie po połowie Barçy nad zwyczaj często i zupełnie bezkarnie.
Dodając do tego nieobecność Puyola i Piqué, algorytm na katastrofę mamy gotowy. A nawet: katastrofy - liczne i powtarzalne. Drastycznie słabo korespondujące z pejzażem gry sprzed roku, dwóch i trzech.
Być może efekty byłyby mniej przykre lub przynajmniej rzadsze, gdyby nie
nagły kryzys
wśród tych barcelońskich defensorów, którzy ostali się w pełnym zdrowiu. Na pierwszy plan wybija mi się tu mizerna postawa Víctora Valdésa. Pierwszy bramkarz Barçy od pierwszego meczu sezonu nie przypomina w niczym pewnego, reagującego z koncentracją i refleksem zdobywcy czterech statuetek Zamory.
Ogromnym zawodem jest też postawa Javiera Mascherano. Co prawda jego wpadki mają rzadziej przełożenie na wynik końcowy, ale jego indywidualne błędy kosztowały zespół utratę 5-6 bramek, a nie minął nawet półmetek sezonu! Utrzymanie równej formy jest od kilku tygodni ponad siły byłego gracza Liverpoolu, a efektem są najprostsze wpadki po kilku świetnych interwencjach z rzędu. Wygląda niestety na to, że piłkarz spisujący się świetnie w roli Robina jednego z dwóch nominalnych stoperów, zupełnie nie nadaje się, by pod nieobecność Batmana przewodzić środkowi barcelońskiej obrony w pojedynkę.
Przy Argentyńczyku, wynikający z dylematów egzystencjalno-transferowych i problemów osobistych zjazd formy Daniego Alvesa nie wywołuje u fanów szczególnej ekscytacji, lecz zwyczajnie wpisuje się w ogólną beznadzieję formy barcelońskiej obrony.
Zbawcą barcelońskiej defensywy nie będzie też nigdy Adriano. Jeden z najwszechstronniejszych członków składu ma szybkość i skuteczność w wejściach „na raz”, ale na dłuższą metę na stopera nie nadaje się z powodu braku odpowiednich nawyków i umiejętności. Popełnia liczne błędy w kryciu (szczególnie przy stałych fragmentach) i brak mu timingu w przerywaniu akcji rywali. Zostaje mu wtedy obserwacja zmykających pleców albo faule. Ani jedno, ani drugie nie zwiastują niczego dobrego dla bramkarza; szczególnie gdy jest nim mnożący ostatnio błędy własne Valdés.
Młody i niedoświadczony Bartra po niezłym starciu z Celtikiem na Camp Nou, kompletnie zawiódł w rewanżu. Doprawdy, wraca Gerard Piqué w sam czas.
Póki jeszcze czas
Skoro jest tak źle, to czemu jest tak dobrze? Troski epidemią błędów barcelonistów im bliżej własnego pola karnego nie powinny przysłaniać tej drugiej, lepszej, strony medalu. Oddany gorszym bilansem bramek Superpuchar to póki co jedyna rysa na tym sezonie. Silny intuicją Vilanovy, pewnością Busquetsa, odzyskaniem formy przez Cesca, świetną dyspozycją Iniesty z Xavim i zabójczą skutecznością Messiego kolektyw Blaugrany wielokrotnie przyćmiewał najtęższe błędy kolegów na przeciwległej stronie boiska. Przynajmniej na tablicy wyników. Naiwnością byłby wniosek, że taki luksus potrwa wiecznie, a mecze typu 4:5 na Riazor zawsze będą miały jednego i tego samego zwycięzcę. Rezultat ze Szkocji jest tu ostrzeżeniem czytelnym aż nadto.
Wbrew pozorom, to nie jest wysoki koszt za wszystko, co widzieliśmy ostatnio w wykonaniu barcelońskiej obrony. Faza grupowa LM, w której dokarmiana słabowitym poziomem konkurentów Barça pozostaje (mimo porażki na Celtic Park) matematycznym i rzeczywistym faworytem do pierwszego miejsca w grupie - to doskonała okazja do płacenia za błędy i wyciągania z nich wniosków. Tabela ligowa, z tęsknie wyczekującym zmniejszenia punktowego dystansu Realem, jest do tego miejscem znacznie gorszym... Wystarczy, że przed końcem sezonu doczekamy chwili, gdy Valdés, Mascherano i Alves wezmą się wreszcie w garść, a fizjoterapeuci zadbają o Piqué i Puyola lepiej niż o własne małżonki - a FC Barcelona wciąż zachowa szansę na spełnienie optymistycznych zapowiedzi niektórych piłkarzy, że w tym sezonie znów celują w potrójną koronę.
Naturalnie, po wyprawie na Majorkę nie ma co spodziewać się cudów. Problemy minionych (tygo)dni nie znikną w szeregach defensywnych Barçy jak za tknięciem różdżki od pana Garricka, ale póki jest czas trzeba robić wszystko by eliminować je krok po kroku. Powrót do zdrowia Gerarda Piqué wydaje się zatem świetną okazją do tego, by obrona FC Barcelony wykonała pierwszy z nich i wreszcie się ogarnęła. Na trwałe efekty rehabilitacji Puyola i Abidala możemy czekać znacznie dłużej.
Komentarze (44)