Saviola: Brakowało mi egoizmu

Eoren

24 stycznia 2013, 11:37

El Pais

41 komentarzy

Ten wywiad rozpoczął się w czwartek (10 stycznia) w Benalmádenie zaś zakończył dopiero w niedzielę w strefie mieszanej na La Rosaleda, po zakończeniu ligowego spotkania Málaga - Barcelona  (1:3). Javier Saviola (Buenos Aires, 1981) opuszcza płytę boiska z dwiema koszulkami pod pachą: jedną należącą do Xaviego, drugą - do Mascherano.

„Tę Messiego zgubiłem po drodze" - żartuje. W wieku szesnastu lat zadebiutował w River Plate. Mono Burgos nazwał go wtedy El Conejo - Królikiem. Na Camp Nou przybył mając dziewiętnaście lat. W tę środę, w wieku 31 lat, wrócił tam jako zawodnik Málagi, a dziś staje przed szansą wyrzucenia Barçy z Pucharu Króla.

Byłeś w wielu klubach, czy szatnie różnych klubów są do siebie podobne?
Nie, są zupełnie różne. To dlatego, że osobowości i kultury są odmienne. Holender, który przychodzi, trenuje i odchodzi. Argentyńczyk, który gra muzykę nawet dwie godziny po zakończeniu treningu. Ludzie bardzo religijni, jak Kanouté, który przestrzega Ramadanu, przychodzi na trening nie zjadłszy wcześniej śniadania i modli się na uboczu. Zawsze znajduję przyjaciela. To dla mnie prawdziwy powód do dumy, wiem, że gdziekolwiek się udam znajdę tam bratnią duszę. Jestem z natury nieśmiały, jednak w każdej drużynie znajduję kompanów. Praktycznie nie ma takiego rywala, w którego drużynie nie miałbym przyjaciela.

W Barcelonie jest to Xavi...
Jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Xavi jest jedną z osób, które wywarły największy wpływ na moje życie, gdy dorastałem. Od pierwszego treningu była między nami jakaś więź i trwa aż do teraz.

Jak wspominasz swoje przybycie do Barcelony?
Kiedy wracam na Camp Nou, wracam do domu. To były trudne czasy, bardzo ciężkie. Nie wygraliśmy niczego, sprawy się komplikowały. Miałem wtedy 19 lat, byłem nastolatkiem i dopiero co pochowałem ojca. Wtedy, gdy najbardziej potrzebowałem jego wsparcia i rad - straciłem go. Oczywiście zawsze była przy mnie mama i przyjaciele, którzy mi pomagali, jednak mimo to czułem się samotny. Dorastałem szybko, w jednej chwili musiałem stać się mężczyzną. Mam wiele wspomnień związanych z Charlym (Rexachem), dobrze się razem bawiliśmy. To radosny typ osobowości, jest wyjątkowy, inny niż wszyscy, wszystko co robi, jest naturalne, chce żeby zawodnicy czuli się zrelaksowani. Rexach jest inny niż wszyscy, których znałem. A znałem ich tysiące!

Pod względem piłkarskim, co zostało z tamtego Conejo?
Trochę. Tyle się wydarzyło! Nie, nie zostało nic. Wtedy byłem chłopcem, który dopiero zaczynał. Teraz jestem kimś innym, bardziej dojrzałym, wiem, że znajduję się na ostatnim etapie mojej kariery; jednak jestem szczęśliwy i zadowolony z niej, ze wszystkiego, co było mi dane poznać. Zawsze chciałem dobrze wykonywać swoją pracę.

Jesteś tak kochany w Barcelonie, że wybaczono ci nawet przejście do Realu. Odczuwasz to w ten sposób?
Tak, zawsze mnie tu traktowano bardzo dobrze. Oklaskiwano mnie, gdy wróciłem tu razem z Realem! Powrót na Camp Nou to powrót do domu. Spędziłem w Barcelonie pięć lat, wracałem tu wielokrotnie, również na wakacje, i zawsze spotykałem się z sympatią. Mojego odejścia nie potraktowano jako zdrady, bo nie zrobiłem tego ani z pretensjami, ani pogardą... Szukałem drużyny, w której mógłbym grać, mój kontrakt w Barcelonie dobiegł końca i nie mogłem odmówić Realowi. Na dodatek trafiłem tam w szczególnym momencie.

Rok Ramona Calderóna... Z perspektywy twojego doświadczenia, czy wpływ Barcelony i Realu na Hiszpanię znacząco się od siebie różni?
Tak naprawdę to nie. Od środka zawsze dostrzegasz dwa wielkie kluby. To było niesamowite grać w Barcelonie, tak samo w Madrycie. Nie, w tym kontekście, w przypadku obu klubów wymiar jest ten sam.

Długo nie widziałeś Gasparta?
Widziałem go kiedyś w hotelu. Miałem w mojej karierze wielu prezydentów. Zazwyczaj widuję się z nimi w dniu podpisania kontraktu, na koniec sezonu oraz w dniu pożegnania z klubem.

Dlaczego nigdy nie zdecydowałeś się na kontynuowanie kariery w jednym klubie?
To pytanie dotyczy tylko mnie, nie mam zamiaru nikogo winić; to jest spowodowane moją osobowością. Brakowało mi pewnego egoizmu, sposobu bycia kogoś, kim nie jestem. Dlatego mogło się wydawać, że nic mnie nie obchodzi, że się nie angażuję. Ktoś mógł pomyśleć, że łatwo będzie pominąć Saviolę, bo on nie protestuje. Z powodu mojej osobowości, z powodu tego, że jestem typem introwertyka, ciężko mi było narzekać i ten sposób bycia działał na moją niekorzyść. Mówiono mi: „idź do trenera, powiedz mu to czy tamto, zaprotestuj...", ale nie. Zawsze starałem się przystosować i zaakceptować wytyczne, które dostawałem. Grałem wysoko, w polu karnym albo tuż za napastnikiem. Wolę grać na plecach dziewiątki, wtedy nie jest się takim osamotnionym w grze, więcej operuje się piłką, łączy linie... Ale zawsze starałem się grać dobrze, wszystkiego nauczyć, nie ma we mnie żadnego gniewu. Jeśli miałbym wskazać na jednego trenera byłby to Gabriel Rodríguez. To on nauczył mnie jak się zastawiać, kiedy biec, w jaki sposób się poruszać... nauczył mnie wszystkiego. Był także Ramón Díaz, który odważył się postawić na mnie, gdy miałem 16 lat, gdy nikt się z nim nie zgadzał. Ale zdobył się na to i wyszło nieźle.

A kogo przypomina ci Pellegrini?
W stylu bycia, w spokoju, który potrafi przekazać, w sposobie mówienia do zawodników, przypomina mi Rijkaarda. Jednak kiedy jest zdenerwowany, przypomina van Gaala. To, co robił van Gaal, było straszne. Krzyczał na ciebie i krzyczał, bardzo blisko twojej twarzy, czasem zwyczajnie się go bałeś. Jednak miał taki sam sposób czucia gry, pełen życia, pasji... Rijkaard był bardzo spokojny i łagodny. Za to van Gaal był niczym kabel bez izolacji. Z Bielsą zdobyliśmy złoto w Atlancie, z Juande, w Sevilli, zdobyliśmy Puchar UEFA... Tylu ich było!

Lista kolegów, z którymi grałeś też nie jest krótka...
Tak, tak, grałem z największymi, z Ronaldinho w jego najlepszych czasach. Z imponującym Crespo. Z Patrickiem Kluivertem i Rivaldo, wspaniałymi zawodnikami.

Grałeś z Rivaldo, ale nie był to długi czas.
(Śmiech) Tak, ale było cudownie móc go widzieć. Za to z Pablo Aimarem znaliśmy się od dziecka i sądzę, że bardzo dużo łączy naszą grę. Grałem z Navasem, z van Nistelrooy'em... I z Raúlem... Grałem też z Riquelme! Román był spektakularny, kiedy naprawdę chciał grać, nie byłeś w stanie odebrać mu piłki. Cały Román! To wszystko bardzo cieszy. Czuję się uprzywilejowany. Sądzę, że mam koszulki każdego z nich.

I grałeś też z Messim.
Tak, w 2006 roku w Niemczech. Prawdopodobnie tamten mecz wspominam najlepiej z całego mundialu.

Podarowałeś Leo koszulkę, gdy był dzieckiem?
Tak. Złamał sobie wtedy nos i mój przyjaciel, dziennikarz, Topo López, który zawsze mi opowiadał o tym, jak dobry jest Messi, powiedział, że teraz Leo źle się czuje... więc podarowałem mu swoją koszulkę, by go pocieszyć. Później spotkaliśmy się w Barcelonie, trenowaliśmy razem i w 2006 roku pojechaliśmy na mundial. Bardzo miły facet, skromny... Wciąż jest takim samym człowiekiem, ale piłkarsko się zmienił. Teraz jest wielki, potrafi wybrać właściwy czas i zamordować przeciwnika. Wtedy grał inaczej, teraz wybiera moment, rozumie grę i po prostu decyduje kiedy zadać ostateczny cios, dzięki swojemu najczystszemu talentowi. To potrafi bardzo niewielu.

Żyłeś z bramek?
Nauczyłem się tego nie robić, starałem się żyć z czegoś więcej.

Z wszystkich bramek, które strzeliłeś, która zapadła ci najbardziej w pamięć?
Ta z dnia mojego debiutu w River, w Jujuy. Miałem wtedy szesnaście lat, grałem w River, w moi klubie... jak mógłbym to zapomnieć?

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (41)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze