Czterej bohaterowie z historią

Jan Kidawa

27 stycznia 2013, 00:09

Mundo Deportivo

34 komentarze

Mecz na La Rosaleda, którym Barcelona potwierdziła swój awans do kolejnej rundy Pucharu Króla, chwilami był futbolem totalnym. Poczynając od udanych parad Pinto, poprzez rozgrywającego swój najlepszy mecz w tym sezonie Daniego Alvesa, autora dwóch asyst, a kończąc na czterech zdobywcach goli. To właśnie każdy z tej „fantastycznej czwórki": „Django" Iniesta, „Tatuś" Piqué, „SuperPedro" i Messi „Dojrzały" z rozmaitych powodów stał się bohaterem pewnej anegdoty.

„Iniesta - Unchained"
3 stycznia tego roku Andrés Iniesta wyjawił na profilu na Twitterze swoje uwielbienie dla kina Quentina Tarantino oraz podzielił się chęcią obejrzenia jego ostatniego filmu pt. „Django - Unchained". Jak dotąd pomocnik Barçy nie powiadomił, czy już zapoznał się z marzycielskimi przygodami pewnego czarnoskórego niewolnika, który po uwolnieniu z łańcuchów, stał się łowcą głów. Jednak tym, co z pewnością ma okazję oglądać cały świat jest to, jak Iniesta oswobodzony z innych więzów, w tym przypadku taktycznych, raz po raz daje pokaz niezwykłych, futbolowych umiejętności. Nie inaczej było w Máladze, gdzie niektóre z jego zagrań otrzymały aplauz od lokalnych kibiców. Znajduje się w szczytowej formie, która objawia się zdobywaniem tak ważnych goli, jak ten na 3:2 w meczu na La Rosaleda, po niesamowitej, kombinacyjnej akcji z Ceskiem.

Po tej bramce wręcz eksplodował z radości, którą zarażał wszystkich dookoła. To dowód na to, że już w pełni cieszy się grą na pozycji, która na początku go nie przekonywała. Zadania „fałszywego lewoskrzydłowego" mające m.in na celu zrobienie w środku miejsca Cescowi przy Xavim i Busquetsie, do niedawna uciskały go psychicznie. Andrés czuje się lepiej jako środkowy. Ale Tito Vilanova przekonał go, rozruszał, a rozmowa z Fàbregasem na temat wymiany pozycji dała mu więcej swobody. Zupełnie jak uwolnionemu Django.Gdy Iniesta strzela gola, Barça nie przegrywa - na 44 takie spotkania, drużyna odniosła 40 zwycięstw i zanotowała 4 remisy.

Szczęściarz Piqué
To, że nad Gerardem Piqué wisi jakaś wyjątkowa aura, potwierdziło się w tym tygodniu. Odnosi sukcesy jako środkowy obrońca, pomimo że posiada duszę napastnika. We wtorek narodził się jego pierwszy syn - Milan, a już w czwartek, przy pierwszej możliwej okazji, piłkarz mógł zadedykować mu gola. I to w niezwykle ważnym, zwycięskim meczu przeciwko Máladze. Przykładowo Leo Messi nie miał tyle szczęścia i 3 listopada nie mógł podarować gola pierworodnemu Thiago, który przyszedł na świat dzień wcześniej. Barça wygrała z Celtą 3:1, ale Argentyńczyk nie potrafił wykorzystać swoich okazji. A ciężko sobie przypomnieć mecz w ciągu ostatnich kilku lat, w którym „10" Barcelony nie zdobyłaby bramki. Jednak tego dnia los mu nie dopisał i nie mógł wyjąć smoczka, który przez cały mecz trzymał schowany w getrze. Kiedy już strzelił, w kolejnym, przegranym 1:2 meczu z Celtikiem, nie miał zbytnio czasu na dedykacje. Śpieszył się do odrabiania strat, których ostatecznie odrobić się nie udało. „Zostało jeszcze wiele meczów na dedykowanie goli Thiago", powiedział wtedy z rozsądkiem. Szczęściarzowi Piqué wystarczył jeden.

„SuperPedro"
Fotografie wyjściowej „jedenastki", klasyk prasy poprzedniej epoki, już od dawna zanikały z szablonu dzienników sportowych. To całkowicie zrozumiałe, że wolimy oglądać zdjęcia z akcji meczowych niż te pozowane. Jednak sam rytuał przetrwał. Drużyny wciąż przed każdym meczem ustawiają się w dwóch rzędach, czekając na fotografa, zupełnie jak za starych czasów. I czasami, przez przypadek, wydarzy się coś niespodziewanego. Coś, co sprawi, że tej właśnie „oldschoolowej" chwili zostanie poświęcone więcej uwagi niż zwykle. Tak oto w ten czwartek Pedro (1,69 m wzrostu) chciał wydać się nieco wyższym na ów fotografii i znajdując się w drugim rzędzie, w tym celu stanął na palcach, żeby zupełnie nie zniknąć za plecami Pinto (1,85 m).

Dla kibiców Barcelony kanaryjski napastnik nie musi stosować żadnych zabiegów estetycznych żeby być „gigantem". Minęły całe 4 miesiące odkąd w sierpniu, w pierwszej ligowej kolejce strzelił gola Realowi Sociedad, a następnie Realowi Madryt w rewanżowym meczu o Superpuchar, aż do niedawnego dubletu w meczu z Espanyolem. Jednak wszyscy wykazali anielską cierpliwość. Piłkarz zasłużył na nią swoją ogromną pracą na boisku, co teraz procentuje. Wraz z trafieniem przeciwko Máladze, ma na swoim koncie już 4 gole w 5 meczach, jakie rozgrał od początku 2013 roku.

Odpowiedzialny Messi
Leo Messi zszedł z boiska po raz pierwszy od 111 meczów, po tym jak w innym pucharowym spotkaniu zastąpił go Jeffren. Na zegarze widniała wtedy 85. minuta. Było to dokładnie 12 stycznia 2011 roku, w wygranym 5:0 pierwszym ćwierćfinałowym meczu z Betisem, który praktycznie rozstrzygnął sprawę awansu do półfinału. Dokładnie tak samo jak teraz. Tamtego dnia zawodnik grający z numerem „10" na koszulce pokazał publiczności swoją Złotą Piłkę przyznaną mu za rok 2010, a następnie strzelił 3 gole. W ten czwartek, w Máladze było inaczej. Już sama zmiana była sporym zaskoczeniem, jednak wiadomość, że poprosił o nią sam, znaczy coś więcej. Nie jest bowiem żadną tajemnicą, że Argentyńczyk chce grać zawsze do końca. To sekret jego szczęścia.

Mimo że kontuzje mięśniowe z pierwszych lat w Barcelonie są już, na szczęście, tylko przeszłością, trzeba podkreślić, że Messi sam wezwał lekarza po tym, jak otrzymał całą gamę, wszelkiego rodzaju kopnięć. Jest to pokaz dojrzałości i odpowiedzialności. Nie prosił o zmianę zanim nie zdobył gola na 2:4. Krótką chwilę grał odczuwając ból, ale nie chciał zejść z murawy La Rosaleda bez trafienia, które ostatecznie przypieczętowałoby awans. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Był to jego piętnasty z rzędu mecz z bramką, w którym wybiegł na boisko od pierwszej minuty. Stratosferyczny wynik.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (34)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze