Artykuł jest dłuższy niż zwykle, ale ufam, że nie bez powodu. Dedykuję go wszystkim kibicom, "kibicom", dziennikarzom i bezstronnym obserwatorom, którzy po wtorku nie tylko obwieścili koniec Barcelony, ale są o nim dogłębnie przekonani. Poniżej inne spojrzenie.
Wtorkowy mecz miał jedną ogromną zaletę. Był półfinałem Pucharu Króla. Nie Ligi Mistrzów.
Pucharowe starcie na Camp Nou zapowiadało się dla gospodarzy jako mecz o sezon, łatwiejszy, szczęśliwszy i spokojniejszy sezon. Po wyrzuceniu madrytczyków za burtę jednych z dwóch rozgrywek, które pozostały im w sezonie, o realizację wszystkich pozostałych celów kampanii 2012/2013 - z remontadą z Milanem na czele - byłoby Barcelonie o niebo łatwiej. Jednak dla klubu z Katalonii nie był to najważniejszy mecz sezonu. Ten dopiero za dwa tygodnie.
Byłoby miło na przystawkę przed starciem z Włochami zrewanżować się ligowo Madrytowi. Wypada pożegnać Real Mourinho srogim wybatożeniem, bo następnych okazji może nie być. Barça miała do tego doskonałą okazję we wtorek, ale po raz trzeci z rzędu źle dobrała taktykę.
Jasne, sobota może być traktowana jedynie w kategoriach meczu drugiej kategorii, „rewanżu”, a cudzysłów przekracza swymi rozmiarami ramy tego artykułu. Choć ewentualna wiktoria w lidze nie zdoła zwrócić utraconego już na rzecz jednego z madryckich klubów pucharu, na pewno poprawiłaby humory. I piłkarzom, i fanom. Trzeba brać, co jest. Wygrana z Madrytem Mou zawsze ma dla tej generacji barcelonistów ogromne znaczenie psychologiczne w kontekście dalszych wyzwań sezonu.
Możliwość powiększenia przewagi w tabeli do 19 punktów za zawód, jaki sobie, fanom, socis uskuteczniła drużyna Vilanovy i Roury swoją bezzębną, nieudolną i beznadziejną postawą we wtorek, wydaje się wynagrodzeniem cienkim. Ale lepszym niż żadne. Mając świeżo w pamięci klęskę na Camp Nou, czy jakikolwiek inny wynik ligowych GD niż zwycięstwo da fanom „Dumy Katalonii”, piłkarzom i publicystom nadzieję, wiarę na odwrócenie losów rywalizacji z Milanem? Nie.
Anatomia klęski
Recenzja wtorkowego meczu wydaje się prosta: tym razem Barcelona na ten puchar nie zasłużyła. Okazała się słabsza, dramatycznie wręcz słaba, bezsilna i bez argumentów, mówiąc o całym dwumeczu. A Real? Real nie zasłużył mniej. Nie musiał nawet rozegrać ani jednego wielkiego meczu w tym półfinale, by ostatecznie zneutralizować atuty Barçy. Katalończycy pozbawili się ich sami, boleśnie przegrywając w taktycznym egzaminie na Camp Nou. Portugalczyk efektownie potwierdził, że pomimo różnych błędów strategicznych podczas swojej przygody z Madrytem nadal pozostaje najlepszym taktycznie, najelastyczniejszym i najinteligentniejszym trenerem na tę chwilę w grze. W nagrodę, w pełni zasłużenie przechodzi ze swymi piłkarzami do finału.
Mówiąc ogólnie, powtórzę, co wszyscy dobrze wiemy: Barça zgrzeszyła przewidywalnością. Mou przeczytał taktykę Blaugrany jak z otwartej książki, wykorzystując ideologiczną naiwność „Dumy Katalonii”, która znów wyszła pomocą all-star, zostawiając na ławce posiadane elementy zaskoczenia w postaci Villi, Tello, Songa, Thiago i Masche. Zadaniem trenera „Królewskich” było tylko dostosowanie do tego własnych założeń taktycznych, z czego wywiązał się wzorcowo. W kolejnym meczu po Milanie, sztab Barçy wybitnie się pomylił. Przebieg meczu wraz z wynikiem stanowiły logiczną konsekwencję wyjściowego składu. I nic więcej.
Pomimo wszystkich doraźnych problemów, GD zawsze mobilizowały podopiecznych Mourinho jak nic. Wtorek pod tym względem nie różnił się niczym od Klasyków przez te 3 lata. Naprzeciw Barçy szaleli na boisku jak z nikim innym w tym sezonie, regularnie wspinając się na wyżyny umiejętności i wyrabiając 200% normy waleczności. Poza aspektem motywacyjnym, to zbyt konkurencyjna drużyna sportowo, ten obecny Real, zbyt silna indywidualnościami i kolektywem, z za dobrym trenerem i - szczególnie tym razem, przy tak słabym sezonie w lidze i Europie - zbyt zdeterminowana, by lekkomyślnie wypuścić z rąk szansę na finał CdR zaoferowaną wspaniałomyślnie taktycznym ustawieniem gospodarzy.
Nie można wygrać wszystkiego, Barcelono. Nie można wygrać wszystkiego na jedno kopyto. Nie wtedy, gdy ignoruje się kontekst i okoliczności. Nie, gdy „kompletnie-konkretnie” ignoruje się tak sugestywne lekcje, jak ta sprzed tygodnia w Mediolanie. Jedenastka Barçy z Fàbregasem w środku, Iniestą na „skrzydle” i Villą na ławce nie mogła wyrządzić Realowi Mou żadnej porządniejszej krzywdy. Z kordami na czołgi.
Przykre i smutne, że wszyscy wiedzieliśmy to aż za dobrze po pierwszym półfinale na Bernabéu (gdzie Cesc, Iniesta i Xavi grali razem do 85 minuty), Milanie i drugiej połowie z Sevillą. Sztab trenerski Barçy też powinien.
Zero argumentów piłkarskich, bo zero wniosków taktycznych
Pojawienie się w pierwszym składzie Di Maríi oznaczało, że José Mourinho nie miał zamiaru się patyczkować, bawić w zagęszczanie środka pola i zamiast postawić na zagadkę w postaci niekompatybilnego z drużyną Modricia czy niepewne mianem Ricardo Kaki - postanowił dążyć do celu (goli na wyjeździe) najprostszymi możliwymi środkami: Özil, CR7, Di María, Higuaín. I wystarczy(ło). Czterech ofensywnych piłkarzy Realu "zrobiło" trzykrotnie więcej goli niż sześciu w Barcelonie (Messi, Pedro (70' Tello), Iniesta, Fàbregas (59' Villa), Xavi (72' Thiago) i Alba), wspomagani okazjonalnie przez siódmego Busquetsa. Barcelona nie potrafiła zdobyć się na większą inwencję taktyczną niż wystawienie wszystkich największych gwiazd razem. Trenerzy zrezygnowali z „bezpiecznego” 4-3-3 z Villą i Pedro/Tello na skrzydłach i w konsekwencji polegli z kretesem w żenującym stylu.
O elastyczności Mou najlepiej świadczy, że nie przestał myśleć o taktyce nawet przy prowadzeniu 0:3. Na ostatni kwadrans trener gości sięgnął po lekko omszałe już trivote (Khedira-Essien-Pepe), niemal do zera ograniczając szanse Barçy na gole. Mourinho zawsze ma plan B, C, a niekiedy i Z. Skoro Madryt wraca nagle do absolutnie uzasadnionego z przebiegu meczu ustawienia ultradefensywnego, to czemu Barça nie może „się zniżyć” do ustawienia z trójką napastników i Xavim (bądź Iniestą), których zabezpieczają z tyłu jednocześnie Busi i Song?
Zmiany Barçy nie mogły dać żadnego efektu. Nie tylko dlatego, że zostały wprowadzone „po herbacie”, ale przede wszystkim dlatego, że doskonale zsynchronizowane z wynikiem zmiany Mourinho przyniosły zamierzony efekt. A co do oceny Villi czy Tello, którzy zdaniem wielu uczonych „i tak nic by nie dali”, pragnę dyskretnie nadmienić, że inaczej gra zawodnik wprowadzany na wynik 0:2 (czytaj 1:4 w dwumeczu), a inaczej gdy zaczyna mecz od 0:0. Jak można to zrównywać?
Dlaczego?
Można wyłącznie na siłę, z zaopatrzeniem się w lupę o silnej ogniskowej, doszukiwać się jakiegoś sensu w takim, a nie innym ustawieniu wyjściowym Azulgrany. Wyniku to nie zmieni, ale i tak spróbujmy... Sztab trenerski Barçy doskonale wie o słabej dyspozycji obrony swego zespołu, bo w tym sezonie wie o niej cały świat. Co gorsza, jest to dyspozycja słaba i równie błędogenna zupełnie niezależnie od personaliów. 12 meczów bez czystego konta z rzędu (najpewniej 13 po sobocie) stanowi tego najlepsze potwierdzenie. W każdym razie, to niestabilną (czytaj: stabilnie złą) formą defensywy sztab Vilanovy mógł sobie motywować ponowne ustawienie pomocy z Xavim, Iniestą i Ceskiem jednocześnie, by zabezpieczyć się przed huraganowym początkiem „Blancos” - jaki zafundowali oni Barcelonie przez kilka ostatnich GD z rzędu, z najbardziej pamiętnym skutkiem w grudniu 2011 - i zagęścić środek pola, runiemożliwiając Realowi regularne płodzenie ataków z ulubionej strefy Mesuta Özila. Ten element planu się powiódł. Jak na swoje standardy, Niemiec był niewidoczny w pierwszej połowie i praktycznie przez cały mecz plątał się gdzieś po drugim planie. Ponadto, pomimo widocznych starań Realu pierwsze 10 minut minęło jako całkiem wyrównane, z okazjami po jednej (akcja Coentrão, podanie Khediry do CR7) i drugiej (strzał Messiego w 2’, szarża Alvesa z faulem Di Maríi na Messim) stronie.
Felerem takiej interpretacji taktycznej meczu przez gospodarzy szybko okazało się, że w poszukiwaniu wolnych przestrzeni Real błyskawicznie przestawił się na skrzydła. Pomimo heroicznej momentami postawy Alvesa (dwie wspaniałe interwencje na Ronaldo), skrzydłowi gości wnet zwietrzyli swoje szanse i poczęli raz po raz kąsać Barcelonę z obu bocznych sektorów boiska. Przy najmniej doświadczonym w GD, zachęconym taktyką zespołu (Iniesta blisko linii środkowej, wolny korytarz pod lewą skrajną linią boiska) do frontalnego ataku od pierwszych minut, grającym bardzo wysoko, okrutnie nieskutecznie zabezpieczającym tyły Albie, Realowi tylko w to graj. Ryzyko rosło. Bomba pod bramką Barcelony tykała i tykała, aż w 14. minucie wzięła i wybuchła Piqué prosto w twarz. Real bardzo szybko zgarnął nagrodę, na którą w pełni zasłużył. Od tego momentu gra trzema ofensywnymi pomocnikami, z wiecznie cofającym się w poszukiwaniu gry Messim, przetrąconym lewym skrzydłem i bez Villi była już tylko niczym nieuzasadnionym, czystym idiotyzmem.
Bramka z niczego, powie ktoś. „Alba niewinny!”, dodadzą inni. Błąd. Winny Alba, bo Alves nie rwał się do przodu jak szalony! Brazylijczyk grał mądrze i odpowiedzialnie, były gracz Valencii ma po prostu mniejsze doświadczenie w GD. Dlatego winna taktyka i trenerzy, bo odpowiednio nie zdyscyplinowali lewego obrońcy przed meczem, a ustawieniem Iniesty dali Albie pretekst do tak ofensywnej postawy.
Przebieg całych pierwszych 15 minut w wykonaniu Realu, inteligentne rozłożenie akcentów w ataku, przeniesienie szarż na skrzydła i oszczędność w grze środkiem - wskazują, że 0:1 Real ciężko sobie wypracował. Trenerzy Barcelony decydując się na takie ustawienie wyjściowe, powinni mieć świadomość, że Alba często zostawia za sobą lotnisko, a z Iniestą w ataku lewe skrzydło nie będzie efektywne. Poza tym takie ustawienie gospodarzy kompletnie straciło rację bytu po pierwszej bramce Realu! Pomocnicy dublują się wzajemnie, Messi nie ma z kim grać z przodu, Alba musi stale przebywać na desancie w poszukiwaniu jakiejkolwiek gry na lewym skrzydle, a wynik sam się nie dogoni. Stoperzy Real nie zawodzili, przez co strzały z dystansu barcelonistów i próby wymuszenia stałych fragmentów gry wyglądały, jak SOS ze środka oceanu. Z bramką w plecy, Villa powinien pojawić się przed przerwą kiedy Real jeszcze czekał przyczajony na swojej połowie. „El Guaje” wybiegł na boisko po godzinie gry. Przy wyniku 0:2.
Do drugiego trafienia CR7, przez całą pierwszą połowę lider ligowej tabeli nie miał żadnych taktycznych uwarunkowań - tym bardziej przy uspokojonym jednobramkowym prowadzeniem, cierpliwym Realu - by dogonić wynik. Nic dziwnego, że Barça do przerwy waliła głową w madrycki mur, skoro ze zmianami czekała nie-wiadomo-na-co. To znaczy: wiadomo. Na pogorszenie sytuacji. Co każe tym gorzej (tak, jeszcze gorzej) ocenić zachowanie sztabu Barcelony.
Dlatego zamiast mówić o nieobecności dowódcy, należy głośniej mówić o totalnej katastrofie wypracowanych przez Vilanovę, Rourę i cały sztab rozwiązań taktycznych tak na Milan, jak i Real. Pierwsze było ostrzeżeniem, drugie już klęską, ale jeśli była potrzebna do wyciągnięcia wniosków - trzeba to zaakceptować. Z wnioskami jest jak z zadbaniem o linię: lepiej późno niż wcale.
Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem
Pomimo bolesnej nieskuteczności strategii, z jaką Barça wyszła na wtorkowy wieczór, z arytmetycznego punktu widzenia 1:3 nie jest tak złym wynikiem, jakim wydawało się tuż po meczu; jak próbują wmówić nam media; jak życzyliby sobie gracze Realu w pomeczowych wypowiedziach. To ledwie połowa pamiętnego pół tuzina do dwóch, gdzież wynikowi z wtorku do nadzwyczajnej „manity”?! Histeryzowanie o Barcelonie po rozstrzygnięciu półfinału CdR jest naturalne w przypadku mediów, kibiców innych klubów, madridismo, ale ta panika nie powinna udzielać się kibicom Barçy. Mimo wszystko.
2:6 i manita to rezultaty bez precedensu w ostatnich kilkunastu latach, wyjątkowe w sięgającej 1916 roku historii barcelońsko-madryckiej rywalizacji. Pozostaną symbolami piłkarskiej supremacji jednej drużyny nad drugą przez pięć ostatnich lat, wymownie ugruntowane czwartym na tym dystansie czasowym mistrzostwem Hiszpanii 2013. Które może stać się nową „Ligą Rekordów”, jeśli tylko Barcelonie starczy motywacji. Pierwszy test za półtora dnia.
Patrzyć wprzód
Optymizm po porażce jest największym wyzwaniem w zawodzie sportowca (...i kibica.), jednak nawet w chwili klęski nie wolno zapominać, że porażki są dobre. Tak, dobre, bo uczą na błędach. Szczególnie dla drużyn, które ścigają się z historią. Dostarczają argumentów, wniosków, stanowią bezcenną lekcję w drodze po dalsze sukcesy. To, czy i kiedy wykorzysta się płynącą z nich naukę - to już osobna sprawa, ale w złych chwilach nie wolno ulegać depresyjnej pokusie wpadnięcia w sportową melancholię i defetyzm. Przegrane hartują. Bez ich goryczy nie ma wielkich zwycięstw ani
Komentarze (266)