W ciszy stadionu. "Rewanż" już w sobotę

Karol Chowański 'Challenger'

1 marca 2013, 10:42

266 komentarzy

Artykuł jest dłuższy niż zwykle, ale ufam, że nie bez powodu. Dedykuję go wszystkim kibicom, "kibicom", dziennikarzom i bezstronnym obserwatorom, którzy po wtorku nie tylko obwieścili koniec Barcelony, ale są o nim dogłębnie przekonani. Poniżej inne spojrzenie.


Wtorkowy mecz miał jedną ogromną zaletę. Był półfinałem Pucharu Króla. Nie Ligi Mistrzów.

Pucharowe starcie na Camp Nou zapowiadało się dla gospodarzy jako mecz o sezon, łatwiejszy, szczęśliwszy i spokojniejszy sezon. Po wyrzuceniu madrytczyków za burtę jednych z dwóch rozgrywek, które pozostały im w sezonie, o realizację wszystkich pozostałych celów kampanii 2012/2013 - z remontadą z Milanem na czele - byłoby Barcelonie o niebo łatwiej. Jednak dla klubu z Katalonii nie był to najważniejszy mecz sezonu. Ten dopiero za dwa tygodnie.

Byłoby miło na przystawkę przed starciem z Włochami zrewanżować się ligowo Madrytowi. Wypada pożegnać Real Mourinho srogim wybatożeniem, bo następnych okazji może nie być. Barça miała do tego doskonałą okazję we wtorek, ale po raz trzeci z rzędu źle dobrała taktykę.

Jasne, sobota może być traktowana jedynie w kategoriach meczu drugiej kategorii, „rewanżu”, a cudzysłów przekracza swymi rozmiarami ramy tego artykułu. Choć ewentualna wiktoria w lidze nie zdoła zwrócić utraconego już na rzecz jednego z madryckich klubów pucharu, na pewno poprawiłaby humory. I piłkarzom, i fanom. Trzeba brać, co jest. Wygrana z Madrytem Mou zawsze ma dla tej generacji barcelonistów ogromne znaczenie psychologiczne w kontekście dalszych wyzwań sezonu.

Możliwość powiększenia przewagi w tabeli do 19 punktów za zawód, jaki sobie, fanom, socis uskuteczniła drużyna Vilanovy i Roury swoją bezzębną, nieudolną i beznadziejną postawą we wtorek, wydaje się wynagrodzeniem cienkim. Ale lepszym niż żadne. Mając świeżo w pamięci klęskę na Camp Nou, czy jakikolwiek inny wynik ligowych GD niż zwycięstwo da fanom „Dumy Katalonii”, piłkarzom i publicystom nadzieję, wiarę na odwrócenie losów rywalizacji z Milanem? Nie.

Anatomia klęski

Recenzja wtorkowego meczu wydaje się prosta: tym razem Barcelona na ten puchar nie zasłużyła. Okazała się słabsza, dramatycznie wręcz słaba, bezsilna i bez argumentów, mówiąc o całym dwumeczu. A Real? Real nie zasłużył mniej. Nie musiał nawet rozegrać ani jednego wielkiego meczu w tym półfinale, by ostatecznie zneutralizować atuty Barçy. Katalończycy pozbawili się ich sami, boleśnie przegrywając w taktycznym egzaminie na Camp Nou. Portugalczyk efektownie potwierdził, że pomimo różnych błędów strategicznych podczas swojej przygody z Madrytem nadal pozostaje najlepszym taktycznie, najelastyczniejszym i najinteligentniejszym trenerem na tę chwilę w grze. W nagrodę, w pełni zasłużenie przechodzi ze swymi piłkarzami do finału.

Mówiąc ogólnie, powtórzę, co wszyscy dobrze wiemy: Barça zgrzeszyła przewidywalnością. Mou przeczytał taktykę Blaugrany jak z otwartej książki, wykorzystując ideologiczną naiwność „Dumy Katalonii”, która znów wyszła pomocą all-star, zostawiając na ławce posiadane elementy zaskoczenia w postaci Villi, Tello, Songa, Thiago i Masche. Zadaniem trenera „Królewskich” było tylko dostosowanie do tego własnych założeń taktycznych, z czego wywiązał się wzorcowo. W kolejnym meczu po Milanie, sztab Barçy wybitnie się pomylił. Przebieg meczu wraz z wynikiem stanowiły logiczną konsekwencję wyjściowego składu. I nic więcej.

Pomimo wszystkich doraźnych problemów, GD zawsze mobilizowały podopiecznych Mourinho jak nic. Wtorek pod tym względem nie różnił się niczym od Klasyków przez te 3 lata. Naprzeciw Barçy szaleli na boisku jak z nikim innym w tym sezonie, regularnie wspinając się na wyżyny umiejętności i wyrabiając 200% normy waleczności. Poza aspektem motywacyjnym, to zbyt konkurencyjna drużyna sportowo, ten obecny Real, zbyt silna indywidualnościami i kolektywem, z za dobrym trenerem i - szczególnie tym razem, przy tak słabym sezonie w lidze i Europie - zbyt zdeterminowana, by lekkomyślnie wypuścić z rąk szansę na finał CdR zaoferowaną wspaniałomyślnie taktycznym ustawieniem gospodarzy.

Nie można wygrać wszystkiego, Barcelono. Nie można wygrać wszystkiego na jedno kopyto. Nie wtedy, gdy ignoruje się kontekst i okoliczności. Nie, gdy „kompletnie-konkretnie” ignoruje się tak sugestywne lekcje, jak ta sprzed tygodnia w Mediolanie. Jedenastka Barçy z Fàbregasem w środku, Iniestą na „skrzydle” i Villą na ławce nie mogła wyrządzić Realowi Mou żadnej porządniejszej krzywdy. Z kordami na czołgi.

Przykre i smutne, że wszyscy wiedzieliśmy to aż za dobrze po pierwszym półfinale na Bernabéu (gdzie Cesc, Iniesta i Xavi grali razem do 85 minuty), Milanie i drugiej połowie z Sevillą. Sztab trenerski Barçy też powinien.

Zero argumentów piłkarskich, bo zero wniosków taktycznych

Pojawienie się w pierwszym składzie Di Maríi oznaczało, że José Mourinho nie miał zamiaru się patyczkować, bawić w zagęszczanie środka pola i zamiast postawić na zagadkę w postaci niekompatybilnego z drużyną Modricia czy niepewne mianem Ricardo Kaki - postanowił dążyć do celu (goli na wyjeździe) najprostszymi możliwymi środkami: Özil, CR7, Di María, Higuaín. I wystarczy(ło). Czterech ofensywnych piłkarzy Realu "zrobiło" trzykrotnie więcej goli niż sześciu w Barcelonie (Messi, Pedro (70' Tello), Iniesta, Fàbregas (59' Villa), Xavi (72' Thiago) i Alba), wspomagani okazjonalnie przez siódmego Busquetsa. Barcelona nie potrafiła zdobyć się na większą inwencję taktyczną niż wystawienie wszystkich największych gwiazd razem. Trenerzy zrezygnowali z „bezpiecznego” 4-3-3 z Villą i Pedro/Tello na skrzydłach i w konsekwencji polegli z kretesem w żenującym stylu.

O elastyczności Mou najlepiej świadczy, że nie przestał myśleć o taktyce nawet przy prowadzeniu 0:3. Na ostatni kwadrans trener gości sięgnął po lekko omszałe już trivote (Khedira-Essien-Pepe), niemal do zera ograniczając szanse Barçy na gole. Mourinho zawsze ma plan B, C, a niekiedy i Z. Skoro Madryt wraca nagle do absolutnie uzasadnionego z przebiegu meczu ustawienia ultradefensywnego, to czemu Barça nie może „się zniżyć” do ustawienia z trójką napastników i Xavim (bądź Iniestą), których zabezpieczają z tyłu jednocześnie Busi i Song?

Zmiany Barçy nie mogły dać żadnego efektu. Nie tylko dlatego, że zostały wprowadzone „po herbacie”, ale przede wszystkim dlatego, że doskonale zsynchronizowane z wynikiem zmiany Mourinho przyniosły zamierzony efekt. A co do oceny Villi czy Tello, którzy zdaniem wielu uczonych „i tak nic by nie dali”, pragnę dyskretnie nadmienić, że inaczej gra zawodnik wprowadzany na wynik 0:2 (czytaj 1:4 w dwumeczu), a inaczej gdy zaczyna mecz od 0:0. Jak można to zrównywać?

Dlaczego?

Można wyłącznie na siłę, z zaopatrzeniem się w lupę o silnej ogniskowej, doszukiwać się jakiegoś sensu w takim, a nie innym ustawieniu wyjściowym Azulgrany. Wyniku to nie zmieni, ale i tak spróbujmy... Sztab trenerski Barçy doskonale wie o słabej dyspozycji obrony swego zespołu, bo w tym sezonie wie o niej cały świat. Co gorsza, jest to dyspozycja słaba i równie błędogenna zupełnie niezależnie od personaliów. 12 meczów bez czystego konta z rzędu (najpewniej 13 po sobocie) stanowi tego najlepsze potwierdzenie. W każdym razie, to niestabilną (czytaj: stabilnie złą) formą defensywy sztab Vilanovy mógł sobie motywować ponowne ustawienie pomocy z Xavim, Iniestą i Ceskiem jednocześnie, by zabezpieczyć się przed huraganowym początkiem „Blancos” - jaki zafundowali oni Barcelonie przez kilka ostatnich GD z rzędu, z najbardziej pamiętnym skutkiem w grudniu 2011 - i zagęścić środek pola, runiemożliwiając Realowi regularne płodzenie ataków z ulubionej strefy Mesuta Özila. Ten element planu się powiódł. Jak na swoje standardy, Niemiec był niewidoczny w pierwszej połowie i praktycznie przez cały mecz plątał się gdzieś po drugim planie. Ponadto, pomimo widocznych starań Realu pierwsze 10 minut minęło jako całkiem wyrównane, z okazjami po jednej (akcja Coentrão, podanie Khediry do CR7) i drugiej (strzał Messiego w 2’, szarża Alvesa z faulem Di Maríi na Messim) stronie.

Felerem takiej interpretacji taktycznej meczu przez gospodarzy szybko okazało się, że w poszukiwaniu wolnych przestrzeni Real błyskawicznie przestawił się na skrzydła. Pomimo heroicznej momentami postawy Alvesa (dwie wspaniałe interwencje na Ronaldo), skrzydłowi gości wnet zwietrzyli swoje szanse i poczęli raz po raz kąsać Barcelonę z obu bocznych sektorów boiska. Przy najmniej doświadczonym w GD, zachęconym taktyką zespołu (Iniesta blisko linii środkowej, wolny korytarz pod lewą skrajną linią boiska) do frontalnego ataku od pierwszych minut, grającym bardzo wysoko, okrutnie nieskutecznie zabezpieczającym tyły Albie, Realowi tylko w to graj. Ryzyko rosło. Bomba pod bramką Barcelony tykała i tykała, aż w 14. minucie wzięła i wybuchła Piqué prosto w twarz. Real bardzo szybko zgarnął nagrodę, na którą w pełni zasłużył. Od tego momentu gra trzema ofensywnymi pomocnikami, z wiecznie cofającym się w poszukiwaniu gry Messim, przetrąconym lewym skrzydłem i bez Villi była już tylko niczym nieuzasadnionym, czystym idiotyzmem.

Bramka z niczego, powie ktoś. „Alba niewinny!”, dodadzą inni. Błąd. Winny Alba, bo Alves nie rwał się do przodu jak szalony! Brazylijczyk grał mądrze i odpowiedzialnie, były gracz Valencii ma po prostu mniejsze doświadczenie w GD. Dlatego winna taktyka i trenerzy, bo odpowiednio nie zdyscyplinowali lewego obrońcy przed meczem, a ustawieniem Iniesty dali Albie pretekst do tak ofensywnej postawy.

Przebieg całych pierwszych 15 minut w wykonaniu Realu, inteligentne rozłożenie akcentów w ataku, przeniesienie szarż na skrzydła i oszczędność w grze środkiem - wskazują, że 0:1 Real ciężko sobie wypracował. Trenerzy Barcelony decydując się na takie ustawienie wyjściowe, powinni mieć świadomość, że Alba często zostawia za sobą lotnisko, a z Iniestą w ataku lewe skrzydło nie będzie efektywne. Poza tym takie ustawienie gospodarzy kompletnie straciło rację bytu po pierwszej bramce Realu! Pomocnicy dublują się wzajemnie, Messi nie ma z kim grać z przodu, Alba musi stale przebywać na desancie w poszukiwaniu jakiejkolwiek gry na lewym skrzydle, a wynik sam się nie dogoni. Stoperzy Real nie zawodzili, przez co strzały z dystansu barcelonistów i próby wymuszenia stałych fragmentów gry wyglądały, jak SOS ze środka oceanu. Z bramką w plecy, Villa powinien pojawić się przed przerwą kiedy Real jeszcze czekał przyczajony na swojej połowie. „El Guaje” wybiegł na boisko po godzinie gry. Przy wyniku 0:2.

Do drugiego trafienia CR7, przez całą pierwszą połowę lider ligowej tabeli nie miał żadnych taktycznych uwarunkowań - tym bardziej przy uspokojonym jednobramkowym prowadzeniem, cierpliwym Realu - by dogonić wynik. Nic dziwnego, że Barça do przerwy waliła głową w madrycki mur, skoro ze zmianami czekała nie-wiadomo-na-co. To znaczy: wiadomo. Na pogorszenie sytuacji. Co każe tym gorzej (tak, jeszcze gorzej) ocenić zachowanie sztabu Barcelony.

Dlatego zamiast mówić o nieobecności dowódcy, należy głośniej mówić o totalnej katastrofie wypracowanych przez Vilanovę, Rourę i cały sztab rozwiązań taktycznych tak na Milan, jak i Real. Pierwsze było ostrzeżeniem, drugie już klęską, ale jeśli była potrzebna do wyciągnięcia wniosków - trzeba to zaakceptować. Z wnioskami jest jak z zadbaniem o linię: lepiej późno niż wcale.

Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem

Pomimo bolesnej nieskuteczności strategii, z jaką Barça wyszła na wtorkowy wieczór, z arytmetycznego punktu widzenia 1:3 nie jest tak złym wynikiem, jakim wydawało się tuż po meczu; jak próbują wmówić nam media; jak życzyliby sobie gracze Realu w pomeczowych wypowiedziach. To ledwie połowa pamiętnego pół tuzina do dwóch, gdzież wynikowi z wtorku do nadzwyczajnej „manity”?! Histeryzowanie o Barcelonie po rozstrzygnięciu półfinału CdR jest naturalne w przypadku mediów, kibiców innych klubów, madridismo, ale ta panika nie powinna udzielać się kibicom Barçy. Mimo wszystko.

2:6 i manita to rezultaty bez precedensu w ostatnich kilkunastu latach, wyjątkowe w sięgającej 1916 roku historii barcelońsko-madryckiej rywalizacji. Pozostaną symbolami piłkarskiej supremacji jednej drużyny nad drugą przez pięć ostatnich lat, wymownie ugruntowane czwartym na tym dystansie czasowym mistrzostwem Hiszpanii 2013. Które może stać się nową „Ligą Rekordów”, jeśli tylko Barcelonie starczy motywacji. Pierwszy test za półtora dnia.

Patrzyć wprzód

Optymizm po porażce jest największym wyzwaniem w zawodzie sportowca (...i kibica.), jednak nawet w chwili klęski nie wolno zapominać, że porażki są dobre. Tak, dobre, bo uczą na błędach. Szczególnie dla drużyn, które ścigają się z historią. Dostarczają argumentów, wniosków, stanowią bezcenną lekcję w drodze po dalsze sukcesy. To, czy i kiedy wykorzysta się płynącą z nich naukę - to już osobna sprawa, ale w złych chwilach nie wolno ulegać depresyjnej pokusie wpadnięcia w sportową melancholię i defetyzm. Przegrane hartują. Bez ich goryczy nie ma wielkich zwycięstw ani

zwycięzców.

Sezon nie kończy się w lutym

Mam pełną świadomość, że takie postawienie sprawy po wyniku wtorkowego meczu i - tym bardziej - obrazie gry gospodarzy nie jest dziś popularne. Zajęcie punktu widzenia, z którego można dostrzec korzyści z królopucharowej klęski w kontekście rewanżu z Milanem i całej przyszłości drużyny Vilanovy, nie jest łatwe. Ale warto. Na końcu tej wycieczki można nawet dojść do wniosku, że Barcelona jest potencjalnym faworytem sobotniej potyczki.

„Faworyt”?! Nie spodobałoby się w Madrycie, to pewne. Przyjmując taką optykę, nie wydaje mi się na miejscu startowanie wnet z zarzutami o hipokryzję, relatywizowanie faktów i zaklinanie rzeczywistości. Mistrz przeinaczania faktów jest tylko jeden i póki co zasiada na ławce Realu Madryt. Chodzi mi wyłącznie o zaznaczenie, że kampania sukcesu jaką zaraz (już!) rozkręci Madryt będzie znowu oparta na glinianych nogach. Na dwubramkowej „dominacji” w skomplikowanym meczu.

Skoro w te same pięć lat Barça zdobyła 14 tytułów i celuje w piętnasty, a klub z Bernabéu uzbierał puchary trzy i zagra w finale o czwarty - cieszy się każdym sukcesem jak wygraną w totolotka i nie ma w tym nic dziwnego. Niezależnie od tego, co mówi się na Bernabéu (a może właśnie dlatego?), kompleks wstecznego lusterka trwa w najlepsze. To dlatego każda szansa na wyrwanie jakiegokolwiek pucharu tej Barcelonie urasta w Madrycie do rangi Mistrzostwa Świata, wygłodniałemu kloszardowi będzie smakowało nawet kocie żarcie. Dawno zapomniał jak smakują krewetki.

Pérez, Mourinho, Roncero i PR’owców Realu zrobią wszystko by wmówić całemu światu tezę o końcu ery Barçy. Mogą przekonać cały świat. Prawdziwy sukces odniosą tylko wówczas, gdy przekonają sympatyków FC Barcelony.

Madryt w pośpiechu chce stawiać Barçy epitafium. Rozpadnie się samo

1:3 brakuje doniosłości pięciu czy czterech goli różnicy. Nieważne, jak bardzo Mou ze swoim sztabem chcieliby by było inaczej, to nie jest rezultat o spektakularności, efektowności „łapki”. W 1:3 nie ma doskonałości treści i formy manity, wtorkowi zwycięzcy mogą się legitymować banalną połową półtuzina. Wynik jak całe setki co tydzień.

Dlatego słuchajcie uważnie wszystkich promadryckich oszołomów, którzy jak grzyby po deszczu ujawnili się po wtorku i na wyścigi publikują euforyczne artykuły. Słuchajcie uważnie. Będzie wesoło.

Zaraz, już jest. Madryccy archeolodzy odkryli najlepszego piłkarza świata, który nie nazywa się Messi. Varane wyrósł co najmniej na faworyta przyszłorocznej Złotej Piłki. Arbeloa najlepszym prawym obrońcą świata, krzyczy ktoś z pełną powagą. Di María - skrzydłowym, odtrąbią heraldzi Marki. Nie trzeba czekać na Casillasa, skoro mamy „wielkiego Lópeza”, zapieje wnet Relaño. A Roncero za chwilę uzna Özila lepszym rozgrywającym od Xaviego z Iniestą razem wziętych. Jeśli już tego nie zrobił.

Gdy całe madridismo obudzi się dziś koło 14-ej na tęgim trzydniowym kacu, strata -16 w lidze nie zelżeje ani trochę. Po wtorku Madryt jest syty. Barça ma doskonałą okazję zadbać, by wpierw „uczcił” to porażką.

Mądrzejsi na Milan

To jasne, oczywiste, nie ma co do tego wątpliwości i nawet solenne zapewnienia Vilanovy ustami Roury nie mogą upewnić nikogo bardziej. Po ostatnim gwizdku Mallenco rewizja taktyki Barcelony na sobotę bardziej pewna być po prostu nie może.

Wszyscy uczymy się na błędach. Jedni szybciej, inni później. Jeśli wypadnięcie z rozgrywek o szyldzie Pucharu Króla okaże się lekcją, jakiej potrzebował Vilanova i cały sztab szkoleniowy „Dumy Katalonii”, kosztem jaki ponieść musiała drużyna, aby dokonać lepszych wyborów przed rewanżem z AC Milan, będzie to koszt wart swej ceny, a Puchar Króla - wart poświęcenia. Mówimy o największych profesjonalistach w swojej dziedzinie. Tym razem podejmą nareszcie właściwsze decyzje i mamy to na taśmie!

Potrzebowali do takiej deklaracji „o jednego meczu za dużo”. Dlatego pucharowej okazji na pognębienie Realu i Mou tak szkoda. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności z przedednia tego półfinału, wszystkie okoliczności i wojenki na Bernabéu... szkoda bardzo. Zostaje sobota i szansa na dodatkowe wysforowanie się w lidze. Chociaż tyle.

Sobota, 16:00

Propaganda sukcesu reżyserowana prosto z Bernabéu, w kontekście sobotniego meczu może wyjść Realowi tylko kantem. Madrycka drużyna już wielokrotnie pokazywała w tym sezonie, że ma wyjątkowe problemy z motywacją; mam tu na myśli nie tylko oczywiste wpadki ligowe, zeszłoroczny Superpuchar czy przebieg dwumeczu z Borussią oraz kłopoty w wielu innych meczach tego sezonu. Oczywiście, że ich skład silnie zdeterminuje wtorek, co może tylko wzmocnić jutro efekt taktycznych modyfikacji Blaugrany. Bez roszad w ustawieniu drużyny Vilanovy i Roury nie będzie co liczyć na dobry wynik w Madrycie. Cała reszta (skład Realu, nazwisko sędziego, pogoda, kierunek wiatru, stan murawy) być może będzie mieć znaczenie, OK - ale mniejsze.

Tak, jak we wtorek kluczowa okaże taktyka Barcelony. Oby z lepszym rezultatem. Co oznacza „inaczej”? Kto? Villa, Tello, Song, Mascherano, Thiago? Wszyscy? Kto w środku pola? XavIniesta, jednak Iniesta z Fàbregasem, a może zaskoczenie Alcântarą? Oby tylko wytrzymali Messi z Piqué, żeby wytrzymali zdrowotnie, żeby nie „popsuli się” przed Milanem. Obaj nie schodzili z boiska od półtora miesiąca.

Czemu Barça miałaby nie wykorzystać szansy na „rewanż” i nie uprzykrzyć trochę wycieczki MouTeamu na Old Trafford? Przed Katalończykami okazja doskonała, a Madryt nic nie dostanie od Blaugrany za darmo. Te derby takie już są. Już od kilku dekad.

Era się nie kończy

Nie można być niesprawiedliwym wobec Realu, posądzając ich o kalkomanię wydarzeń z San Siro. Real zagrał inaczej, ale wykorzystał te same błędy taktyczne Barcelony, co Allegri. Dobry mecz, chapeau bas i... tyle. Żadna piłkarska era nie skończyła się w lutym.

A czas „tej Barçy” ku rozczarowaniu madridismo i wielu publicystów potrwa jeszcze trochę. Co najmniej do dnia, w którym kariery pokończą Messi, Piqué, Busquets, Thiago, Sánchez, Alba, Pedro nawet Tello. Inni będą przychodzić i odchodzić, a władze klubu zrobią wszystko, by regularnie wzmacniać drużynę. To tylko półfinał Pucharu Króla, którego Madryt nawet jeszcze nie wygrał. Nie tragizujmy.

Poza tym jestem przekonany, że pełna dominacja krajowa Blaugrany trwać będzie bez przeszkód, gdy Mou wreszcie opuści kiedyś Madryt. Mniejsza już o to, kiedy faktycznie stanie się to faktem, ale do tego czasu takie porażki jak wtorkowa wpisane są w barcelońsko-madrycką rywalizacją. Mourinho jest zbyt mądrym piłkarsko, zbyt inteligentnym taktycznie, zbyt przebiegłym rywalem - by było inaczej. Wypada taki stan rzeczy znosić z honorem. I pokorą.

By „zmrozić” Madryt, by odzyskać morale i...

To kwestia mentalności na Camp Nou, tego „DNA Barçy” charakteryzującego nie tylko piłkarzy, lecz cały klub, że trenerzy na mecz z Madrytem za wszelką cenę chcieli wyjść ze wszystkimi największymi magami na raz, wbrew rzeczywistości, wbrew rozsądkowi. Wynik takiej postawy był do przewidzenia już po spojrzeniu w wyjściowe składy, nie można przesadzać z krytyką; jakby każdy culé obudził się dopiero po meczu.

Oddanie ofensywnemu stylowi dało nam wiele pięknych chwil. Tym razem piłkarska tożsamość FC Barcelony okazała się jej największą słabością, determinując decyzje personalne trenerów i ogólną taktykę. Dwie gorzkie pigułki. Czy były konieczne? Przekornie stwierdzę, że tak: Tito z Rourą to też „dzieci La Masíi”; być może sztab jest "zachęcany" przez władze klubu ze względów marketingowych by w meczach najcięższego kalibru nie odstawiać na boczny tor Fàbregasa?; no i nikt nie chce być pierwszym trenerem, który zrezygnuje w kluczowym meczu sezonu z Puyola...

Mając w pamięci wynik z San Siro, ta klęska była „potrzebna” Barcelonie jako instytucji - od trenerów i piłkarzy po dyrektorów i prezesa - by wreszcie przejrzeć na oczy, że to nie działa; że takie ustawienie w kluczowych meczach sezonu, przeciw silnym kadrowo i taktycznie rywalom jest jednoznaczne z potężną porażką.

Można być pewnym, że pomimo bolesnych wspomnień z wtorku barcelonistom nie zabraknie motywacji na sobotę. Oni też są wściekli - przede wszystkim na siebie samych. Uwolnieni taktycznie zagrają na Bernabéu na 150% swych możliwości. Zostawią na boisku wszystko, co mają najlepsze – tym bardziej, że nie muszą oszczędzać się na środek tygodnia. Barça ma wolne, Real nie.

Drużyna Tito już nie będzie w sobotę marzyć ni się łudzić. Barça zaplanuje i zrealizuje. Najlepiej jak potrafi. Temu zespołowi nie zabraknie motywacji do końca świata i o jeden dzień dłużej. Zawsze znajdą w sobie energię, siłę, determinację. Zawsze znajdą cel(e). Niezależnie od aktualnej formy, zmęczenia, rywala, kontuzji, sędziego, pogody, wyjścia z plaży czy autobusu. Na Real Mourinho trenerzy, Messi, Xavi, Iniesta, Alexis, Villa, Alves, Pedro, Puyol, Piqué, Mascherano, Valdés i wszyscy ci inni wspaniali mężczyźni w swych wspaniałych koszulkach mają tylko jeden sposób. Futbol. Znajdą w sobie wiarę do pokonywania tego zespołu tego trenera nawet po największym triumfie i najgorszej porażce.

Barça - w ciągu paru ostatnich lat tak wielokrotnie zniesławiana, kopana, uderzana, pomiatana, kpiona i obrażana. Powiększenie przewagi w tabeli i wzmocnienie morale na rewanż z Milanem to przy tych czynnikach „panowie Pikusie”. Nie ma lepszego motywatora dla sportowca niż jego urażona duma. Wydaje mi się, że to ona determinuje najodważniejsze i najbardziej bezkompromisowe wypowiedzi wiecznego dyplomaty Xaviego, skrajną sportową złość na Real „grzecznego” Messiego, nieustępliwą nieustępliwość nieustępliwego Puyola, erupcję wielkości i kreatywności Iniesty i nerwy spokojnych zazwyczaj Valdésa czy Piqué.

To dlatego Barça grała we wtorek tak, jak grała. Do ostatniej minuty. Robiąc wszystko co mogła, by strzelić chociaż tę jedną jedyną bramkę. Nie poddała się jak Real podczas manity, tym razem nikt nie pobił nikogo. Świadoma, że jej cele, plany, „kamienie milowe” tego meczu – nie kończą się na TYM meczu, na TYM Pucharze Króla, nie kończą się w luTYM.

Dla klubu, dla narodu, dla drużyny, dla trenera, dla chwały, dla kibiców, dla historii. I na końcu, si, señor, dla siebie samych. Lecz zawsze na końcu, dopiero, nigdy na początku. Nic innego niż miks tych motywatorów nie potrafiłoby zrodzić nadludzkiej energii, której samotny na oceanu smutku efekt widzieliśmy w 88 minucie wtorkowego meczu.

Myślę, że Vilanova, Roura i piłkarze, a może nawet Rosell i wielu kibiców gdzieś w głębi swych bordowo-granatowych dusz czują, że tylko ciągłość triumfów Barçy „zwolni” kiedyś portugalskiego trenera z Realu. A to z kolei oznaczałoby klęskę najbardziej zadufanego w sobie trenera świata. Klęskę trenera rekordowo opłacanego i wykupionego od poprzedniego pracodawcy za 15 milionów euro. Klęskę drużyny nie: wychowanej, choćby w ćwierci, lecz zwerbowanej za setki milionów euro; pełnej cech nielubianych na ulicy i w sporcie; pełnej typów niegodziwych, perfidnych i dwulicowych, których w Madrycie stale przybywa (patrz: Xabi Alonso), którzy nigdy nie przepuszczą okazji do chamskiego faulu bez piłki. Klęskę Florentino Péreza, który sankcjonuje ten stan rzeczy, oznaczającą jedno. Dymisję.

Każda okazja jest dobra, by do obu tych chwil dokładać kolejną, kolejną i kolejną cegiełkę. Najbliższa  już w sobotę. Nadzieja nie umiera ostatnia. Z tą drużyną, z tymi piłkarzami - nadzieja culés nie powinna umierać wcale. Wczorajszy wynik z Val di Fiemme wyraźnie przypomina, że w sporcie nigdy nie ma rzeczy niemożliwych...

Naprzód, Barcelono!

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (266)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze