Mój syn - gwiazda światowego formatu

Ola

9 kwietnia 2013, 13:30

Kicker

90 komentarzy

Lionel Messi jest obecnie bez wątpienia najlepszym piłkarzem na świecie. Ale jak do tego doszedł? Kicker podążył śladami tego zaledwie 25-letniego zawodnika. W efekcie powstała seria: „Lionel Messi: jego droga na szczyt światowej piłki". W pierwszym odcinku prezentujemy ekskluzywny wywiad z ojcem Leo, panem Jorge Messim.

Kicker: Panie Messi, mówi się, że mały Lionel kopał wszystko, co przypominało piłkę. Teraz ma na swoim koncie cztery Złote Piłki. Kto podarował mu pierwszą futbolówkę?
Jorge Messi: Najprawdopodobniej my, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam.

Ale pamięta pan, kiedy zdał sobie sprawę, że Leo nie jest zwykłym zawodnikiem? Pytam, ponieważ był pan, poza niestety nieżyjącym już Salvadorem Aparicio, pierwszym trenerem Lionela. W klubie Grandoli.
Owszem, dokładnie to trenowałem rocznik 1987 i w tej drużynie, nie mówię, że wszystko, ale praktycznie większość dobrego robił on: strzelał bramki, stwarzał groźne okazje, robił różnicę, wyróżniał się. W porządku, to mój syn, ale nie mówię tak z tego powodu. Tak było.

W którym to było dokładnie roku?
1994.

Kogo Lionel bardziej słuchał: trenera Jorge Messiego czy ojca?
Zawsze był bardzo zorganizowany w grze, wykonywał i robił to, o co został poproszony.

Pomimo tego, że był najlepszy ze wszystkich?
Zawsze mnie słuchał, kiedy przemawiałem do niego jako trener. Nawet dziś tak jest. Albo gdy Frank Rijkaard w Barcelonie ustawił go na prawej stronie. Zawsze wykonywał to, o co prosił go trener, zawsze grał tam, gdzie go ustawiano, nie ważne kto wydawał to polecenie. I nigdy na to nie narzekał. Zawsze tak było.

Według legendy, Doña Celia, babcia od strony matki, zabrała go do klubu Grandoli i tak się to wszystko zaczęło. To naprawdę Doña Celia popchnęła go ku piłce?
Starsi bracia, Matías i Rodrigo, grali już w Grandoli. Rodrigo ponadto występował jeszcze w Newell's, bo to była inna liga. Babcia Celia zaprowadzała swoich wnuków do klubu.

I co robił Leo?
Wieszał się na ramieniu babci i ona go przynosiła. Miał wtedy cztery latka. Owszem, to po części dzięki niej Leo grał w Grandoli.

Ta historia wygląda jak bajka. Najlepszym przyjacielem Messiego zawsze była piłka. Naprawdę tak było?
Bez wątpienia, odkąd używał rozumu, zawsze była to piłka, chociaż robił też inne rzeczy ze swoimi przyjaciółmi, jeździł na rowerze, grał w kulki, był normalnym chłopcem.

I wygląda na to, że pan też jest normalnym ojcem. Przestał pan go trenować, kiedy przeszedł do Newell's. W tamtym okresie jego trenerem był Enrique Dominguez, który powiedział nam: „Jorge zawsze siedział spokojnie na trybunach albo jeszcze dalej, na krześle i nie wrzeszczał, jak to miało w zwyczaju wielu ojców". Dlaczego nie przeżywał pan, jak inni ojcowie, którzy od wczesnych lat wszystko mieli zaplanowane?
Lubię oglądać mecze samemu, nawet dzisiaj. Z dala od całego świata. I to robiliśmy z moją żoną. Teraz jest trochę inaczej, bardziej się emocjonuję, oglądając mecze. Ani moja żona, ani nikt inny nie chce oglądać ich ze mną.

Dlaczego?
Bo czasami krzyczę i potrafi mi się wymsknąć taka czy inna obelga (śmiech).

W kierunku Lionela?
Jakiś czas temu mój syn dowiedział się, że gniewałem się na niego za to, co robił w jednym spotkaniu z Realem, w którym strzelił bramkę. Leo zadzwonił do mnie i powiedział, śmiejąc się: „A więc mnie zwyzywałeś tato?". Ale to wszystko było w formie żartu.

20 lat temu podczas prezentacji Diego Maradony w Newell's, Leo zaprezentował swoje umiejętności na boisku. Nie denerwował się pan przed tym? On miał wtedy ledwie 6 lat.
Nie, co więcej, bardzo mu kibicowałem, nie denerwowałem się ani nie czułem presji. Leo mi powiedział: „Nie ma sprawy, zrobię to z przyjemnością". I powtórzył to też przy innych okazjach, przeciwko Unión de Santa Fe czy Belgrano. Ludzie wołali na niego: „Maradooo, Maradooo".

Wygląda na to, że kibice już wyczuwali, co się stanie za parę lat.
To pan powiedział.

Tak też mówią ludzie w Barcelonie. Ci, którzy byli przy Lionelu od pierwszych dni, jak Carles Rexach czy Albert Benaiges. Powiedzieli nam, że on nigdy nie czuł żadnej presji. Skąd Leo ma taką cechę?
Po prostu tak ma. To prawda, Leo nigdy nie czuł presji, że musi wygrać mecz albo zagrać dobre spotkanie. Dla niego to wszystko zawsze było normalne.

Normalne w tym wieku to jest chodzenie do szkoły. Oczywiście on też chodził. Ale zdarzały się chwile, w których nie przykuwał większej uwagi do nauki? Mogę sobie wyobrazić, że na lekcjach wiele razy myślami był już na przerwie, na szkolnym boisku.
Cóż, nigdy nie był wzorowym uczniem. Ale wszystko było w porządku, może czasami trzeba było go trochę zmusić, ale szkołę podstawową skończył bez problemów, a w Barcelonie ukończył też szkołę średnią.

A propos Barcelony. Klub później opłacił leczenie hormonalne, którego potrzebował Lionel. Można powiedzieć, że potrzeba tego leczenia była „szczęściem w nieszczęściu"? Już wyjaśniam:  gdyby Barça nie była jedynym klubem, który zgodził się zapłacić za tę kurację, Leo być może zadebiutowałby w jakiejś argentyńskiej drużynie i nigdy nie zostałby tym niesamowitym zawodnikiem, jakim jest teraz.
Tego nie wie nikt. Ale oczywiście, jeśli mój syn nie potrzebowałby tego leczenia hormonalnego, nie odczuwalibyśmy takiej presji, aby znaleźć klub, który to opłaci.

Kto podjął tę decyzję? Pan, Lionel, choć był wtedy dzieckiem, czy cała rodzina wspólnie?
Wszyscy się pytaliśmy: „Co robimy?". Myśleliśmy o Włoszech, ale potem pojawiła się możliwość wyjazdu do Hiszpanii i Barcelony. Wszyscy wyrażaliśmy swoje zdanie, pamiętam, jak usiedliśmy do kolacji i zadecydowaliśmy wspólnie, całą rodziną. Również dzieci, choć przecież były tylko dziećmi.

A co powiedział Leo?
On bardzo chciał pojechać.

Ale wyobrażam sobie, że pomimo iż była to jednomyślna decyzja, nie obyło się bez nerwów, strachu i wątpliwości.
Cóż, do tego miałem pracę w Acindar , gdzie pokładano we mnie nadzieje, a ja czułem się tam dobrze. To były czasy, kiedy relacja peso do dolara wynosiła jeden do jednego, a moja pensja 1600 pesos nie była taka zła.

W tamtym okresie pensje były równe i dobre. Wiem to, bo mieszkałem wtedy w Argentynie.
Tak, chyba, że leczenie kosztowało 900, ponad połowę. Fundusz zdrowia przyznał leczenie tylko na dwa lata.

A potrzebne były kolejne dwa, jak nam powiedział endokrynolog, dr Diego Schwarzstein, który prowadził to leczenie.
Tak, ale kłamstwem jest to, co mówią niektórzy, że państwo się w to zaangażowało. Nikt do mnie nie dzwonił i ja też niczego nie mogłem osiągnąć. Może gdybym mógł porozmawiać z ludźmi z wyższych sfer. Ale byłem zwykłym obywatelem, nikt mnie nie znał...

Powiedział pan kiedyś tak: „Dziś może nie zrobiłbym tego drugi raz, nie pojechałbym z synem do Hiszpanii, podczas gdy reszta rodziny została w Argentynie". Naprawdę pan tak sądzi?
To było ryzyko, jednak mój pracodawca obserwował, jak nam się wiedzie w Hiszpanii. Ale te wszystkie podróże, niepewność, to na pewno nie było łatwe.

Dziś, wiedząc, że wszystko poszło dobrze, ktoś może powiedzieć: pomimo tego całego zła, jakim była choroba Lionela, ta historia jest szczęśliwa dla rodziny i dla niego samego. Pan też tak to ocenia?
Szczęściem było, gdy zmieniła się relacja peso do dolara. Ponieważ w 2002 roku moja żona i dwójka dzieci wrócili do Argentyny, a ja zostałem z Leo w Barcelonie. My żyliśmy w Europie za połowę hiszpańskiej pensji, a resztę wysyłaliśmy do Argentyny. Ale dopiero po dewaluacji moja żona i dzieci mogły dobrze żyć za tę połowę pensji, którą wysyłaliśmy. To było szczęście.

Czy pański syn dotarłby tak daleko jako piłkarz, gdyby trafił do np. River Plate?
Może byłoby to trochę trudniejsze, ale uważam, że tak, biorąc pod uwagę jego warunki. Technikę miał już wieku 4 czy 5 lat. Robił „bum, bum, bum" i docierał pod bramkę. Ale w Barcelonie uporządkowano jego grę, nauczono podporządkowania się  taktyce, innego stylu gry, innej filozofii.

A co mówili w Newell's?
Kiedy wróciliśmy, powiedzieli w Newell's: „Zapłacimy za leczenie, bądź spokojny".  Ale nic się nie wydarzyło, znowu z nimi rozmawiałem, to było jak proszenie o jałmużnę. Dali mi 300 pesos i to wszystko. Ale nie chodzi mi o to, że zawiodło Newell's jako instytucja, tylko ludzie, którzy wtedy tam rządzili.

Krótko mówiąc, jeśli jakiś argentyński klub zapłaciłby za leczenie, Lionel nie wyjechałby do Hiszpanii?
Jeśli Newell's by zapłaciło, to oczywiście, że by tam został.

Pod koniec grudnia 2000 roku podpisano w Barcelonie przedwstępny kontrakt  - chodzi o legendarną serwetkę. Ówczesny dyrektor Barçy, Carles Rexach, powiedział nam, że obawiał się, iż ucieknie im taki talent i że być może poszedłby spróbować swoich sił do Realu. Był taki pomysł z pana strony?
Nie, nie. Ja nigdy nie widziałem tej słynnej serwetki. Ale zażądałem od Barçy, aby mi powiedzieli, co mamy robić, ponieważ niepokoiłem się o swoją pracę. Leo nie mógł opuścić więcej zajęć w szkole. Nie wiedzieliśmy, co planował klub. Musiałem uporządkować mnóstwo spraw, dlatego zażądałem, aby mi coś powiedziano, bo inaczej wszystko by było stracone.

Z punktu widzenia Barçy.
Tak i dla Leo też skończyło się dobrze i dziś jest, kim jest.

Zabrał go pan, aby zaprezentował się w River Plate. Dlaczego akurat tam?
Zabrałem go, aby sprawdzić i porównać sytuację do Newell's. W szkółce Newell's powiedziano, że zafundują leczenie, a w rzeczywistości 30 razy zamykano mi drzwi przed nosem i z 900 pesos otrzymałem 400.

W Newell's?
Tak, w Newell's. Dlatego spróbowaliśmy w River, aby zmierzyć siły i zobaczyć, co powiedzą w Newell's.

A reakcja Barcelony?
Wtedy Rexach wysłał mi list, w którym napisał, abym był spokojny i że wszystko pójdzie dobrze.

Rzeczywiście wszystko poszło dobrze dla Leo... Zmieniło się życie pańskiej rodziny, kiedy zdobył cztery Złote Piłki i został najlepszym piłkarzem na świecie?
Wszystko wciąż jest takie samo, może wyprowadziliśmy się z dzielnicy, chociaż nie do końca. Moja córka Maria Sol zawsze jeździ do naszego starego domu, praktycznie tam mieszka. Tam są jej przyjaciele.

Niektórzy mówią, że to jest niebezpieczny rejon, ale wygląda jak dzielnica zwykłych ludzi.
Tam mieszkają ludzie pracy, a przestępczość jest w każdym miejscu na świecie.

Był pan jednym z pierwszych trenerów Lionela, ale na zawsze pozostanie pan jego ojcem. Mimo że teraz jest najlepszym piłkarzem na świecie. Upomina go pan od czasu do czasu, tak jak inni ojcowie?
Tak, oczywiście. I nigdy mi nie powiedział: „Mam już 25 lat, jestem wielkim, najlepszym na świecie piłkarzem". Tak, jak mówiłem: pewnego dnia przekazałem mu kilka uwag po meczu z Realem. Jestem takim samym ojcem, jak byłem, kiedy trenowałem do w Grandoli.

Teraz zajmuje się pan klubem Sarmiento i Fundacją Leo Messiego. Macie nadzieję, że wyrośnie nowy Leo?
Fundacja Leo Messiego współpracuje z klubem, ale nie zarządzamy nim. Mamy kilku zawodników w Boca, River, Newell's...  Jest pewien plac do gry, ale niedługo to wszystko będzie rozbudowane, powstaną nowe szatnie, boiska ze sztuczną nawierzchnią.

A fundacja?
Z fundacją pracujemy nad nowym skrzydłem w szpitalu dziecięcym. Teraz 40 dzieci korzysta z jednej łazienki, a w przyszłości powstaną indywidualne sale i łazienki na dwie osoby. Również wysyłamy np. endokrynologów, onkologów i innych lekarzy na stypendia do Barcelony, aby się ukształtowali. Jest też wiele innych spraw, o których długo by mówić.

Młodzi chłopcy dopiero się kształtują, a pański syn jest już na szczycie futbolu. Jak pan sobie wyobraża jego grę za kilka lat, kiedy z powodu wieku już nie będzie taki zręczny jak dzisiaj?
Ja spoza boiska widzę to tak, że będzie grał jako dyrygent, coś, co czasami już teraz robi w Barcelonie, gdy rozpoczyna akcję z głębi pola.

Powiedział mi, że pan też grał jako konstruktor akcji w przeszłości.
To nie ma nic z nim wspólnego, ale tak, grałem.

Jeśli pan nie grał tak olśniewająco, to po kim to odziedziczył?
Cóż (śmiech), niech już tak będzie.

Lionel ma dopiero 25 lat, a już od ośmiu gra w Primera División. Może pan sobie wyobrazić, że któregoś dnia, ten, który jest teraz numerem jeden na świecie, zakończy swoją karierę?
Właśnie niedawno rozmawiałem o tym z moją żoną.

I co panu powiedziała?
Powiedziałem jej, że kiedy Leo przestanie grać, stracę radość i nie będę już oglądać meczów. Bardzo kocham wszystko, co ma związek z piłką nożną, ale gdy wyobrażam sobie, że Leo pewnego dnia przestanie grać, to mnie boli. Nie chcę nawet o tym myśleć.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (90)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze