Z barcelońską „19-ką” wiąże się jedno wspomnienie intensywniejsze niż wszystkie inne. Od pewnego momentu czekałem tylko na jakiś megawielki błąd w jego wykonaniu, który okaże się decydujący przy stracie bramki w, nie daj Boże, kluczowym momencie jakiegoś, nie daj Boże, ważnego meczu.
Nic podobnego nie zdążyło się wydarzyć. Klub zareagował szybciej. Maxwell opuścił Barcelonę.
„Obrońca” obrońcy nierówny
Piłkarz przychodził na Camp Nou jako następca Sylvinho. Po zdobyciu upragnionej Ligi Mistrzów na boisku, bardziej znany z gry dla Arsenalu obrońca postanowił zakończyć na Camp Nou przygodę z wielką piłkę przed udaniem się na sowicie opłaconą emeryturę w błękitnej części Manchesteru. Nigdy nie był mistrzem swej profesji, miał swoje lata, warunkami nie powalał też fizycznymi. Mimo to, culés zapamiętali go z szacunkiem, sympatią, jako gościa walecznego, ambitnego i większego od swoich ograniczeń. Symbolem jego klasy na zawsze pozostanie tamten wieczór w Rzymie.
Maxwell wprost przeciwnie. Nie dawał się polubić. Od początku swej przygody w Barcelonie raził prostymi błędami, paniką i nieporadnością, które zupełnie nie przystawały do piłkarza o takim doświadczeniu. W pierwszych tygodniach po transferze można to było jeszcze zrzucić na karb „tremy” przejścia do najlepszej drużyny świata, wdrażania się do zespołu, zgrywania z kolegami. Tygodnie mijały, wady – nie chciały.
Stało się jasne, że ten typ już tak ma. Łatka „ofensywnie usposobionego obrońcy” słabo sprawdzała się w praktyce. Szczególnie w odczuciu sympatyków PepTeamu, którzy po najlepszym sezonie w karierze Daniego Alvesa mieli swoje oczekiwania. Maxwell wykazywał aktywność, ale technicznie nie zachwycał i efektów jak na lekarstwo. Asysty – od święta. Skłonny do wpadek przy grze na jeden kontakt, łatwych strat, bez dryblingu, mało kreatywny, oferujący kolektywowi trochę (wcale nie: wiele) szybkości i niewiele więcej. W grze obronnej trudno byłoby nazwać go skałą. Standardem dla Maxwella na Camp Nou były ledwie 3-4 przechwyty na mecz. W porównaniu do często dwucyfrowych zdobyczy Abidala, Piqué, Alvesa czy Busiego, to wynik co najmniej rozczarowujący.
Przyczyna była prosta: Maxwellowi brakowało zdolności antycypacji, bo nie kształcił się piłkarsko na defensora. Jako wieloletni skrzydłowy (do późnych czasów amsterdamskich) nie miał talentu do skutecznego przerywania akcji rywali, odpowiednich nawyków niezbędnych do gry w tej roli na tym poziomie.
Wszystkie te grzechy Maxwella jako piłkarza Barçy byłyby jeszcze do zniesienia... gdyby nie wyjątkowo frywolne podejście do kwestii krycia. Łatwo było go nabrać „na zamach”, co kiepsko współgra z brakiem zdecydowania (praktycznie nie dostaje kartek). Za czasów Barçy Maxwell miał też irytujący zwyczaj wychodzenia do skrzydłowych „na raz”, a minięty – tym gorzej – z rzadka raczył wracać się za zbiegłym rywalem. Przy charakterystyce gry obronnej Barçy – wysoko grających stoperów – to szczególnie szkodliwa specyfikacja. Nie trzeba magicznego flamastra Jacka Gmocha, żeby przewidzieć, jakie kłopoty oznaczało to dla całej formacji obronnej i zespołu.
Niezłe słabego początki
W pierwszym sezonie po transferze, pełen energii i motywacji Maxwell spisywał się jeszcze jako tako. Solidnie spełniał swoją rolę „dopełniacza” składu. Kumulacja wpadek też była niższa niż później. Regularna gra pozwalała Brazylijczykowi utrzymać jakość gry na akceptowalnym dla trenerów i kibiców poziomie. Wiosną 2010 – po zdiagnozowaniu schorzenia Érica Abidala – notował zdecydowanie swój najlepszy okres na Camp Nou.
Wielu kibiców Barçy na wieść o zakontraktowaniu obrońcy Interu nie szczędziła słów entuzjazmu: „czysta okazja”, „transfer jak za darmo” i tak dalej. Taniej metki nie obdarzono podejrzeniami, powszechnie ignorowano fakt, że Włosi bez żalu pozbywają się gracza teoretycznie „pierwszej jedenastki”... Kilka miesięcy później w Katalonii było już jasne, dlaczego.
Równia pochyła
Przyjście Adriano przed sezonem 2010/2011 naruszyło pozycję Maxwella w zespole. Były gracz Sevilli okazał się kuszącą alternatywą dla trenerów. Na tle rodaka, wychowanek Cruzeiro wypadał blado.
Jak wielu graczy przeciętnych, Maxwell spisuje się gorzej, im rzadszy jego rytm meczowy. W obu jego pełnych sezonach w Barcelonie można mówić o zbliżonej liczbie minut (2009/2010: 2 969 minut; 2010/2011: 2 886 minut). W drugim roku pobytu na Camp Nou średnio otrzymywał w meczu znacznie mniej gry (niższa suma minut przy większej o 5 liczbie występów). Świeżo po transferze Maxwell grał regularniej (miał m.in. serię trzynastu kolejnych występów w pierwszym składzie*), rok później meldował się na boisku mocno w kratkę (4 starty od pierwszych minut w styczniu to jego najdłuższa seria w sezonie). Z tygodnia na tydzień wyraźniej odbijało się na jego dyspozycji.
Ostatnie półtora roku Brazylijczyka w barwach blau i grana wyglądało gorzej i gorzej. Naturalną konsekwencją było jeszcze mniej gry w sezonie 2011/2012. Na półmetku sezonu La Liga obrońca zebrał tylko 426 minut w 7 meczach. Tylko 3-krotnie wystąpił od pierwszej do ostatniej minuty i żaden z tych przypadków nie dotyczył starcia z rywalem z górnej połówki tabelu. W fazie grupowej Ligi Mistrzów pełnił funkcję marginalną. Występy w co drugim meczu i tylko raz od pierwszej minuty: w starciu bez znaczenia ostatniej kolejki z BATE. W sumie 132 minuty.
Paradoksalnie, jeden z najjaśniejszych momentów jego przygody z Barceloną miał miejsce w tym samym roku, w dalekiej Japonii. Półfinał Klubowych Mistrzostw Świata 2011 z Al-Sadd, Scherrer Andrade wchodzi na ostatnie pół godziny spotkania i w 81. minucie ustala wynik, uderzywszy w krótki róg po wspaniałym zagraniu Thiago. Poza trafieniem z Ceutą był to jego jedyny gol w klubie. „W nagrodę” Maxwell nie zagrał w finale KMŚ ani minuty. Jego dni w klubie wyglądały na policzone.
Mierny, bierny, ale cichy
Z lekką dozą humoru, pozycję Maxwella Andrade na Camp Nou można by porównać do słynnego przypadku Gutiego w Realu Madryt – tendencyjnej nieobecności w meczach najważniejszych z ważnych. Brazylijczyka próżno szukać w składzie Barçy na starcia najwyższej rangi (półfinały i finał LM 2011, SE 2009 i 2011, finały KMŚ 2009 i 2011, ligowe GD z grudnia 2011). W innych kluczowych meczach tego okresu nigdy nie był członkiem wyjściowego składu: GD 2009, rewanże z Arsenalem i Interem wiosną 2010, „manita”, finał Pucharu Króla 2010 i GD ligowe z kwietnia 2011.
Obraz pozytywów jego kariery na Camp Nou można tkać tylko z rzadkich momentów: wypracowanie jedynej bramki meczu z Almeríą (2009), asysta w pierwszym meczu z Interem (2010), współudział w remontadzie z Sevillą (Superpuchar) i udany występ na gorącym terenie w Bilbao latem 2010, no i wspomniany gol z Al-Sadd. Słowa, które opisują najlepiej większość pozostałych występów Maxwella w koszulce FC Barcelony to: „nieszkodliwość” i „anonimowość”. Nawet zaopatrzywszy się w dobre chęci, trudno uznać oba za komplementy. Na atakowanej połowie za często zaopatrywał się w bierność.
Fakt, Maxwell nigdy się nie skarżył, nie marudził. Ale to nie tylko świadectwo pokory. W określonych przypadkach może być to także znakiem świadomości własnej wartości, która w tym przypadku wysoka nie była nigdy. Jeszcze tego by brakowało żeby z taką grą, miesiącami prezentując jakość przeciętnie przeciętną, Maxwell Andrade dopominał się na Camp Nou o więcej minut.
Miara...
Przykład Maxwella świetnie pokazuje, że budowanie drużyny doskonałej to proces ciągły. Pośrednim spadkobiercą miejsca Brazylijczyka w składzie jest przecież... Jordi Alba.
Maxwell a Alba, Alba a Maxwell – to ważna miara. Miara postępu.
Gorsza liga = więcej minut
Na koniec przygody z Brazylijczykiem, FC Barcelona jak zwykle od tysięcy lat wyzbyła się zbędnego jej piłkarza poniżej jego rynkowej wartości. Kupiony za 5 milionów euro, dwukrotny mistrz Hiszpanii, zdobywca LM itd. itp. trafił do Paryża za cenę... o 1,5 miliona niższą.
Podobnie jak parę innych spotkań Petro Saint-Germain w sezonie, oglądałem też mecze z Montpellier i Rennes. W kolejce kandydatów na gracza meczu zamykał ją, jak co tydzień. W barwach PSG rzadko należy do graczy wyróżniających się, skupia się na wypełnianiu swoich zadań i niczym więcej, ale w Ligue 1 czuje się wyraźnie lepiej niż w schyłkowej fazie pobytu w Hiszpanii. To słabsza liga. Już w rundzie wiosennej ubiegłego sezonu zanotował dwukrotnie więcej występów niż jesienią w Primera División i blisko trzy razy więcej minut. Od chwili trafienia do „Parku Książąt” Maxwell cieszy się u Carlo Ancelottiego trwałym zaufaniem, gra w tym sezonie non stop. W lidze opuścił 3 mecze.
Chociaż o tyle dobrze, że Maxwell Andrade trafił do drużyny, z którą „Duma Katalonii” mierzy się właśnie w boju o półfinał Ligi Mistrzów – Alves i napastnicy z tak niechlujnymi rywalami z rzadka mają do czynienia nawet w Primera División. Dobrze, że zasilany niesłabnącym strumieniem petrodolarów klub akurat na tej pozycji postanowił przyoszczędzić i nie ma w składzie nikogo lepszego, póki co. Jak widzieliśmy po pierwszym meczu ¼ finału LM i w przededniu rewanżu – to nawet bardzo dobrze. Ale nie dla paryżan.
* Żeby było ciekawiej, w każdym ze wspomnianych 13 meczów, Maxwell grał przez... pełne 90 minut.
Komentarze (24)