Prezentujemy dziś kolejną rozmowę z serii "Wywiad FCBarça.com". Po m.in. Jacku Laskowskim, Bartłomieju Rabiju, członku zarządu Didacu Lee, naszym gościem jest Marcin Grzywacz, ekspert ligi angielskiej i miłośnik piłki hiszpańskiej. Jego rzeczowy, barwny, "angielski" do pewnego stopnia styl relacjonowania meczów i charakterystyczny głos sprawiają, że wystarczy usłyszeć choć raz mecz relacjonowany przez redaktora Grzywacza, by zapamiętać go na długo.
Z komentatorem stacji Orange Sport Marcinem Grzywaczem spotkaliśmy się na granicy warszawskiej Woli i Śródmieścia. W pobliżu redakcja, finansowe centrum stolicy z wieżowcami WFC i Rondo 1 oraz teren budowy II linii metra, ruchliwy jak hipodrom na Służewcu w środku zimy. Rozmawialiśmy o FC Barcelonie i obecnym układzie sił w całej europejskiej piłce, zeszłym sezonie w wykonaniu "Dumy Katalonii" i perpsektywach na przyszłość, transferach przychodzących i wychodzących, Neymarze, obronie i życiu w Realu "po" José Mourinho.
Zapraszamy do lektury części pierwszej!
FCBarça.com: Barcelona Vilanovy w pewnych elementach różni się od drużyny z ostatniego sezonu Pepa. Która różnica najbardziej rzuca się w oczy?
Marcin Grzywacz, Orange Sport: To, że jest bardziej ospała. Moim zdaniem jest w niej mniej żywiołu, mniej improwizacji, a więcej korzystania z wypracowanych schematów. Tym Barcelona traciła w tym sezonie. U siebie nie. Na krajowym podwórku taka gra nadal jest skuteczna, ale na arenie europejskiej te schematy nie przynoszą korzyści. Przecież gra Barcelony jest cały czas analizowana, odczytywana przez jej czołowych rywali w Lidze Mistrzów i to było widać w tym sezonie. Katalończykom nie gra się już tak łatwo jak jeszcze jakiś czas temu z drużynami pokroju Milanu czy PSG.
A jeśli trudno jest Barcelonie udowodnić swoją wyższość naprzeciw ekip z tego drugiego europejskiego planu, to gdy dochodzi do konfrontacji z takim zespołem jak Bayern rozgrywający najlepszy sezon w historii - to musi się skończyć źle.
W sztabie Guardioli to Tito odpowiadał za taktyczne rozpracowanie przeciwnika, dostosowanie strategii na konkretne mecze. Czy widać to po jego drużynie w tym sezonie? Czy można mówić o jakichś szczególnie rzucających się w oczy innowacjach taktycznych wprowadzonych przez Vilanovę?
Szczerze, nie widzę żadnych istotnych nowinek taktycznych. Doszło wręcz do jakiejś regresji, bo Barcelona dalej szuka piłki po stracie, jest ruch w pressingu, ale nie ma tej szybkości w przejściu do ataku, którą oglądaliśmy wcześniej. To zostało gdzieś kompletnie zatracone. Nie ma tego wigoru, dynamiki, elementu zaskoczenia rywala.
Fakt, że Barcelona więcej teraz, zauważyłem, wykonuje wrzutek w pole karne przy stałych fragmentach gry. Kiedyś było prawie zawsze krótkie rozegranie. Co prawda Barça nie ma graczy wysokich, którzy mogliby strącać te górne piłki na dół, albo groziliby strzałem głową, w dodatku Barcelona nie zagęszcza przy takich okazjach strefy pola karnego, ale kilku graczy czeka w takich sytuacjach na piłkę przed szesnastką na tzw. „drugą piłkę" - to też jest jakaś metoda. Kolejna sprawa to częstsze strzały z dystansu. Skoro Barcelonie rzadziej udaje się „wjeżdżać" w pole karne, trudniej, to trzeba zadziałać z daleka... To jednak detale; nowych, wyrazistych i skutecznych pomysłów Barcelony nie widzę.
Czy można powiedzieć, że Vilanova jeszcze bardziej uzależnił Barcelonę od Messiego?
Myślę, że to nie jest wina Vilanovy. Moim zdaniem to wina większości pozostałych kluczowych zawodników, którzy byli wielkimi gwiazdami zanim Messi stał się tym słońcem świecącym nad Barceloną, które przygasiło wszystkie inne gwiazdy. Xavi, Iniesta, Piqué, teraz Fàbregas, którzy od lat zdobywają trofea w Barcelonie, ale też triumfują z reprezentacją - jeżeli zawodnicy tego formatu nie potrafią zmienić oblicza klubu w tych decydujących meczach, to trudno winić za wszystko trenera.
Gdzie zatem leży błąd? Może w doborze kadr, strategii zbudowania drużyny, transferach?
Konstruowanie drużyny wokół Messiego może być skuteczne. Przypuszczam tylko, że trzeba by to robić co roku na nowo, systematycznie wymieniać poszczególne ogniwa. Cały czas z tymi samymi graczami wokół jednej wybitnej jednostki chyba się nie da grać.
W obecnej sytuacji trener powinien usiąść z prezesem i się wspólnie zastanowić nad różnymi sprawami. Jeżeli kiedyś gdy Messi był młodszy, faktycznie był taki plan długofalowy, żeby budować wielką Barcelonę wokół niego - jeszcze jako nastolatka czy niewiele później - to teraz warto by pomyśleć, jak zweryfikować te plany o wnioski z zeszłego sezonu; jak kontynuować sukcesy z ostatnich lat. Może to jest kwestia niektórych graczy, którzy już nie są tak wielcy, tak skuteczni by w tym układzie, który jest, dawać drużynie tyle co dawali wcześniej. Może wystarczy kilka korekt w składzie, taktyce, inaczej zagospodarować posiadanych graczy i rozdzielić minuty, do tego pojedyncze transfery na poszczególne newralgiczne pozycje... A może niezbędna jest gruntowna przebudowa.
Obserwując działania Barcelony w ostatnich tygodniach, te pytania w klubie są teraz właśnie zadawane. Trzeba odpowiednio filtrować informacje, ale na pewno będzie to intensywne lato na Camp Nou. Są analizowane różne pomysły. Zobaczymy, jakie decyzje zostaną ostatecznie podjęte.
Który okręt szykowany na największe bitwy utrzyma się w walce długo bez kapitana? Mam tu na myśli skomplikowany proces leczenia Tito Vilanovy, jego długą nieobecność w ważnej fazie sezonu. Co zrobiłby pan na miejscu prezesa Barcelony w tej sytuacji, czy istniało jakieś inne, może korzystniejsze dla zespołu wyjście w tej wyjątkowej, delikatnej sytuacji?
Nie, myślę, że wybrano odpowiednie rozwiązanie. Roura cały czas widział bezpośrednio jak Vilanova pracuje, był najbliżej. Piłkarze go znali, doskonale orientował się w sytuacji w La Masíi, wiedział kto w razie potrzeby nadaje się ze szkółki, komu dać parę minut w meczu o mniejszym znaczeniu. Ze wszystkim był na bieżąco i uczestniczył w kontaktach, takim codziennym „życiu drużyny" u boku Vilanovy. Dlatego myślę, że obgadali wszystkie rzeczy jeszcze zanim wyjechał Vilanova i nikt inny lepiej by tego nie zrobił niż taki właśnie „insider", osoba będąca na miejscu.
Nie był to na tyle długi okres [pobytu Vilanovy w Nowym Jorku] żeby trzeba było ściągać kogoś z większym, wielkim doświadczeniem. Gdy Vilanova wyjeżdżał do Stanów, podjąłbym tę samą decyzję. Zostawiłbym Rourę. Moim zdaniem na ten okres, kiedy nie było Vilanovy, Roura radził sobie z Barceloną całkiem nieźle. Osobna sprawa, że w moim odczuciu ani Vilanova, ani tym bardziej Roura, nie mają takiego miru w drużynie, jaki miał Guardiola.
Czy Barça i Real to ze względu na historyczny i społeczny kontekst dwaj sąsiedzi, którzy momentami się nienawidzą, ale nie mogą bez siebie żyć? Czy ta ich historia zawsze będzie się przenikać?
Oba kluby są dla siebie jak Bóg i diabeł, jak dobro i zło, czarne i białe. Żadna biel nie będzie „bielsza" niż na czarnym tle. Taka jest siła kontrastu. W piłce takim kontrastem jest Barcelona i Real. Dobro też może mieć swoją rację bytu tylko wtedy, gdy zdefiniujemy obok niego zło. Bóg w pewnym sensie istnieje dlatego, że mamy pojęcie diabła, zła, przed którym Pan Bóg nas chroni. Jest coś podobnego w tej odwiecznej rywalizacji Realu i Barcelony, rywalizacji regionów, kultur, ich historii. To dobrze, że tak jest. Te podteksty mają swój wielki udział w tym, że ten pojedynek jest wyjątkowy, niepowtarzalny.
Można się różnić i rywalizować na wiele sposobów. Od zawsze tak było: kłótnie, wojny. To jest na swój sposób taka futbolowa wojna, bo przecież sam wiesz dobrze, że piłka nożna to są totemy, to są znaki, barwy wojenne. Coś, co kiedyś było prowadzone na miecze, topory i włócznie, dziś prowadzone jest na boisku. Dlatego właśnie poza rozgrywkami klubowymi tak ważne są rozgrywki międzynarodowe: mistrzostwa świata, Europy czy też eliminacje do nich.
Coraz śmielej media zaczynają informować, że może odejść Thiago Alcântara. Wielki talent, teraz radzi sobie wybornie na Mistrzostwach U-21. Wierzy pan, że Barcelona go wypuści?
Wszystko będzie zależało od niego. Jeżeli sam uzna, że nie dostaje wystarczająco szans, jeżeli wszyscy będą mu dookoła mówili „jesteś zdolny, ale jeszcze poczekaj, bo są Xavi, Iniesta, Fàbregas i musisz być cierpliwy", no to chłopak sam sobie musi odpowiedzieć na pytanie, czy warto czekać, czy on chce czekać, czy może tej szansy trzeba poszukać gdzie indziej. Byli tacy piłkarze, którzy odchodzili z Barcelony i do niej wracali po latach. Może dla niego będzie lepiej gdy teraz pójdzie grać do innego klubu, a wróci - jeśli będzie chciał - jako dojrzały, ukształtowany zawodnik.
W innym środowisku może też mieć szansę nauczenia się czegoś nowego, czegoś innego niż uczył się do tej pory w Barcelonie, co z dobrym skutkiem zaprocentuje u niego później jako doświadczonego gracza wracającego do FC Barcelony.
W starciu z piłką niemiecką, hiszpańska poniosła właśnie dotkliwą kapitulację. Czy to oznacza, że w najbliższych latach to Niemcy będą rozdawać karty w europejskim futbolu?
Niemcy budują swoją nową piłkarską markę od wielu, wielu lat. Rośnie liczba ludzi chodzących na mecze, interesujących się piłką i uprawiających ten sport.
To charakterystyczne, że Niemczech piłka nożna jest sportem wszystkich. Nie ma monopolu, że to zajęcie tylko dla chłopców - tam wszystkie dzieciaki w wieku szkolnym grają w piłkę, zarówno w dużych miastach, jak i małych miasteczkach.
Dokładnie. Dlatego przybywa osób na stadionach - par, rodzin, młodszych, starszych. Bundesliga od kilku lat jest też ligą najbardziej „rozrywkową" dla widza. Nie chodzi mi tu o sukcesy w europejskich pucharach, mówiąc o lidze trzeba popatrzyć na nią jako całość. Liga niemiecka to rozgrywki, w których pada najwięcej bramek na mecz, jest najwięcej strzałów średnio w meczu, gdzie na trybuny co kolejkę przychodzi średnio najwięcej ludzi i wszystko to buduje atrakcyjność tej ligi, markę. Klubem, który ma najwięcej zarejestrowanych członków jest oczywiście Barcelona, ale klub, który każdego roku sprzedaje najwięcej karnetów na mecze w Europie - to Borussia Dortmund, i to już od kilku ładnych lat. Na 81-tysięcznym stadionie sprzedaje się ponad 67 tysięcy karnetów, to ponad 3/4.
Także nic nie zaczęło się wczoraj. Dzisiejsze sukcesy niemieckiej piłki klubowej są konsekwencją jej dynamicznego rozwoju na przestrzeni ostatnich lat i trzeba Niemcom pogratulować tego, że tam jest wszystko porządne i poukładane. Trzeba też przyznać, że niemiecki system własności, czyli klub oparty o kibiców, bo praktycznie wszystkie niemieckie kluby z zupełnie pojedynczymi wyjątkami są stowarzyszeniami kibiców, co w trochę innej postaci znamy też z Hiszpanii - to też przyczyniło się do tego rozwoju, bo dawało stabilizację.
Która z kolei zapewniała przewidywalność całego projektu pod nazwą Bundesliga.
Poza tym jeśli spojrzymy na sytuację gospodarczą ostatnich lat, to krajem, który najmniej dotknął kryzys - są Niemcy. W Europie „rządzą". Hiszpania czy Włochy - duże bezrobocie, frustracja ludzi, rosnąca presja społeczna, media i to w jakimś sensie kładzie się na plecach tych zarabiających krocie piłkarzy. Mnóstwo hiszpańskich klubów ma teraz ogromne problemy finansowe, trzy zostały z tego powodu wykluczone z europejskich pucharów, to o czymś świadczy. Sytuacja finansowa w Bundeslidze to zupełnie co innego, otoczenie społeczne też jest inne. Niemieckie kluby nie mają długów, są stawiane za wzór pod względem zarządzania, są zdrowe finansowo i to wszystko też ma znaczenie.
Borussia była blisko sięgnięcia po trofeum, ale Bayern zdawał się panować nad sytuacją i w ostatecznym rozrachunku był lepszy. Jaki to był mecz?
Bayern był lepszy tylko dlatego, że wygrał, moim zdaniem. Piłkarsko nie było dużej różnicy. Na boisku wcale nie dominował. To nie był Bayern, który wyszedł na Barcelonę, który pokonał Juventus. Bayern wyglądał w tym finale na drużynę, która wyszła na mecz ligowy z Borussią Dortmund, z równorzędnym sobie rywalem. Na koniec okazał się o tę jedną bramkę lepszy i tyle.
W którym kierunku potoczą się kariery każdego z polskich uczestników tego finału?
Lewandowskiego potoczą się w kierunku Monachium. To wiemy wszyscy, bo on sam zdaje się być z Bayernem dogadany. Na przeszkodzie stoi tylko stanowisko kierownictwa Borussii.
Błaszczykowski zostanie moim zdaniem na długie lata w Dortmundzie. Piszczek jeżeli tylko ominą go na przyszłość kontuzje, też chyba nie wyjedzie, a przynajmniej ja na jego miejscu bym tego nie robił, bo może stać się nie tyle legendą klubu, co symbolem pewnej jego przemiany. Takim piłkarzem, który przyczynił się do mistrzostw, pucharów, do zaistnienia klubu z powrotem na arenie europejskiej.
Barcelona pierwszy mecz presezonu zagra w Polsce. Jak to interpretować? To w jakimś sensie ukłon ze strony katalońskiego klubu dla polskich kibiców.
Pytanie, w jakim składzie ta Barcelona przyjedzie - jeżeli w tym silnym, którym straszy najlepszych, to na pewno z korzyścią dla widowiska.
Podobno kontrakt zawarty na ten mecz przewiduje minimum 15 minut Messiego...
To oby ten Messi w 15 minut coś jeszcze pokazał, a nie przespacerował się po boisku. Gorzej, że nie umniejszając niczego klubowi i jego kibicom, to ta Barcelona zmierzy się z przeciętną nawet na nasze warunki Lechią Gdańsk. Gdyby Barça miała zagrać z Lechem Poznań czy Legią Warszawa, to taki mecz mimo wszystko - mimo zdecydowanej siły Barcelony - wydawałby się bardziej nieprzewidywalny, atrakcyjny dla kibiców niż pojedynek z Lechią na PGE Arenie. No ale tego już nie zmienimy.
Zostając w pewnym sensie „w kraju" - nowego Mistrza Polski stać na awans do Ligi Mistrzów? Wtedy szansa na ponowne zobaczenie Barcelony w Polsce mogła by się szybko powtórzyć, ranga meczu też byłaby odpowiednia.
Jeżeli się nie osłabi kadrowo, to przy obecnych zasadach kwalifikacji stać, jak najbardziej. I to od dwóch-trzech lat, gdy Platini i spółka zmienili zasady awansu do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Teraz walczymy w tej ostatniej turze kwalifikacji już nie z trzecią czy czwartą siłą Premier League, La Liga albo z Bundesligi, ale z klubami będącymi bardziej w naszym zasięgu - z Czech, Słowacji, Cypru albo Rumunii. Szansa jest, trzeba ją tylko wykorzystać. Przede wszystkim mistrz Polski nie może się osłabiać przed walką o Ligę Mistrzów, bo to na pewno w niczym nie pomoże.
Czy po przyjściu Neymara, Messi zostanie wreszcie przez kogoś mocniej odciążony i gra rozłoży się na dwóch „cracków" w ataku zamiast jednego?
Dobre pytanie. Pamiętam bardzo dobrze Barcelonę z czasów Franka Rijkaarda, kiedy ona dopiero rosła w siłę. Przyszedł Guardiola i zrobił z Barcelony maszynę do wygrywania, ale za Rijkaarda kiedy Messi jako młody chłopak dopiero wchodził do drużyny, to wszyscy mówili, że Barcelona nie może istnieć najpierw bez Ronaldinho, a potem Xaviego i Iniesty, że to oni „tworzą" grę.
Minął jakiś czas, Messi okrzepł i zaczął funkcjonować w tej drużynie jako gwiazda - wszyscy mówią, że Barcelony nie ma bez Messiego, że jest niezastąpiony. Przyjdzie Neymar i przypuszczam, że na boisku będą musieli się jakoś podzielić odpowiedzialnością za wynik. Przecież Neymar nie przeszedł do Barcelony, żeby stać sobie gdzieś z boku i patrzyć jak gra Messi; a może dla Messiego też będzie to jakaś ekstra motywacja, że przyszedł człowiek, który też potrafi grać w piłkę, umie robić z piłką cuda i trzeba się postarać, żeby cały zespół miał z tego jak największą korzyść.
Kibice się cieszą. Piłkarze Barçy też. Czy Neymar sprawdzi się na Camp Nou? Jakie ma pan o nim zdanie?
Na ten moment moje zdanie jest takie, że więcej w nim gwiazdora niż piłkarza. W Brazylii mogło to funkcjonować, mogło się podobać, w Europie swoją jakość trzeba udowodnić piłkarsko. W Europie nie da się przejść koło meczu, nie da się pożonglować piłką, poprzekładać ją pięć razy nad głową żeby zostać wielką gwiazdą. Tu niestety tak się nie da. Konkurencja po tej stronie oceanu jest taka, że przed Neymarem długa droga. Moim zdaniem musi jeszcze włożyć sporo pracy - i zdrowia, bo trzeba też cały czas uciekać z nogami przed innymi - by odnieść sukces w Barcelonie. Leo Messi najlepiej o tym wie, że to nie jest łatwy, szybki proces.
Myśli pan, że Neymar ze swoją charakterystyką pasuje do Barcelony i w ogóle europejskiej piłki?
Szczerze mówiąc, to myślę, że nie. Chciałbym się mylić, ale wróżę mu niestety niewypał jeśli chodzi o Europę. Chciałbym się mylić, bo z zasady ludziom źle nie życzę, ale w moim odczuciu za dużo w nim cyrkowca, a za mało sportowca. Oby udowodnił, że się mylę.
Pozostając w temacie wzmocnień na przyszły sezon: środek obrony. Kto najlepiej nadaje się na tę pozycję do Barcelony?
David Luiz. Stuprocentowo David Luiz.
Nawet mimo tego, że on miewa błędy, które są bardzo kosztowne dla drużyny?
On jest silny w obronie i jest silny w ataku. To piłkarz, który jako obrońca potrafi strzelać piękne bramki, nie tylko z rzutów wolnych. Oprócz tego potrafi dobrze dośrodkować, znakomicie gra głową, a do tego może grać jako defensywny pomocnik i w Chelsea wszystkie te cechy udowodnił, i to wielokrotnie. Nie wiem, na ile silna jest to kandydatura dla władz Barcelony, ale powinna być.
Hiszpańskie media stale donoszą, że Luiz znajduje się w ścisłym gronie kandydatów na nowego stopera.
Ze względu na zainteresowanie ligą angielską, polecałbym jeszcze Gary'ego Cahilla, który fenomenalnie rozwinął się w Chelsea, w Boltonie też grał świetnie. To trochę opcja science-fiction, w Chelsea doskonale zdają sobie sprawę z jego wartości, ale mówiąc o najlepszych stoperach na rynku nie można pominąć tego nazwiska. Wydaje mi się, że w Anglii gdzie w czołowych klubach na środku obrony zawsze jest duża konkurencja to jest gracz na lata i sprawdziłby się w każdym klubie europejskiego formatu.
Wracając jeszcze do Davida Luiza - angielskie media są de facto pewne, że on będzie latem do wyjęcia, za odpowiednią cenę, ale nie padają na razie kwoty z kosmosu, czy w związku z tym istnieje jakikolwiek powód, dla którego José Mourinho dopuszczałby w ogóle pozbycie się go z klubu? Skoro to taki świetny stoper, silny, skuteczny w powietrzu, przydatny w ataku, uniwersalny - to czemu tak znakomity trener jak Mourinho miałby wystawiać go na sprzedaż, i to do jego „ulubionej" Barcelony?
Teraz, po przyjściu Mourinho będzie ciężej o transfer Davida Luiza do FC Barcelony. Znając José Mourinho, jeżeli będzie faktycznie chciał się pozbyć Davida Luiza z klubu...
... to wszędzie, ale nie do Barcelony.
Dokładnie - powiedziałeś to, co chciałem powiedzieć. Moim zdaniem Luiz to dla Barcelony najlepsza opcja, ale póki co jest zawodnikiem Chelsea, której trenerem jest José Mourinho.
Zostańmy przy Portugalczyku na chwilę, bo to przecież ważny aspekt tegorocznego mistrzostwa Hiszpanii zdobytego przez Barçę. Jaka była główna przyczyna klęski Realu w tym sezonie? Mówiąc o „klęsce" pamiętamy oczywiście o tym, że Real zdobył Superpuchar oraz udowodnił swoją zdecydowaną przewagę nad Barceloną w Pucharze Króla, odniósł korzystniejszy bilans w spotkaniach ligowych, ale mimo to nie sposób uznać tego sezonu dla Realu za udany.
Dwoma meczami nie wygrywa się mistrzostwa. Liczą się jeszcze pozostałe i je też trzeba wygrać. Rozproszenie, wiara we własną wielkość - to były główne przyczyny. No i krótka ławka, mimo wszystko, krótka ławka Realu. Brakowało zmienników, którzy mogliby wejść i od razu zmienić oblicze drużyny, wpłynąć pozytywnie na cały zespół.
Poza tym inna rzecz, co może wyda się niektórym dziwne, ale kontuzja Marcelo. Brakowało takiej iskierki, ducha drużyny, który gra do przodu i takim duchem jest właśnie Marcelo. Fabio Coentrão to kompletnie co innego, jest jak jakiś cień tego, co drużynie daje Marcelo. To jest człowiek, który w Realu jak był zdrowy zaczynał rządzić, i to naprawdę przez duże „R", co widać również po reprezentacji Brazylii kiedy jest zdrowy. Marcelo to taki nowy Cafu, który ma mnóstwo energii do biegania do przodu, walki od pierwszej do ostatniej minuty. To widać nawet na Twitterze, po zdjęciach. Marcelo to jest ten, który mobilizuje kolegów, zawsze uśmiechnięty, scala to wszystko. Prawdziwy duch zespołu, zresztą po Ikerze Casillasie to drugi najdłużej grający piłkarz Realu Madryt.
Czy nie nasuwa się wrażenie po zakończeniu rozgrywek, że Mourinho wybrał się w tym sezonie na za dużo wojen naraz? Kiedyś był „tylko" przypadek Valdano. Teraz co chwilę ktoś inny: Toril, Benzema, Casillas, dziennikarze.
Zgadzam się, chociaż mimo wszystko ja zostawiłbym José Mourinho na stanowisku, gdyby to zależało ode mnie i gdyby on sam nie chciał odejść. Bo on chciał odejść, miał dość i stąd nawiązanie kontaktu z Chelsea... Ogólnie on się poddał. To jest jak na niego niezwykłe, dziwne moim zdaniem, ale się poddał i uciekł. On przegrał tę wojnę.
Gdyby chciał zostać, a ja byłbym Florentino Pérezem - to bym go zostawił. Powiedziałbym: „Stary, chcesz udowodnić, to proszę, udowodnij, że masz rację." Chociaż może, najprawdopodobniej zakończyłoby się to jeszcze większą klapą niż w tym sezonie, ale wtedy Mourinho nie miałby żadnej wymówki. Dostałby carte blanche, dostałby wolną rękę, wszystko by mógł robić, no i pytanie: jak by to wykorzystał?
Czyli Real bez Mourinho będzie silniejszy czy słabszy? Kto zyska bardziej na odejściu Mou, Real czy Barcelona?
To zależy z kim będzie ten Real.
Ma pan swojego faworyta?
Ja swojego faworyta mam, ale on mówi teraz, że ma swoje lata i potrzebuje odpocząć [uśmiech]. Uznał, że bardzo dobrze mu się wyrzuca śmieci i robi śniadania swojej żonie, więc ta opcja przestała być aktualna. Przecież Heynckes pracował już z Realem i zdobywał trofea. No ale przynajmniej w tym roku trenerem w Madrycie zostanie ktoś inny.
W ostatnich latach FC Barcelona miała dwa wspaniałe tercety napastników. Pierwszy z nich to Henry-Eto'o-Messi w sezonie 2008/2009 i MVP w rozgrywkach 2010/2011. Który z nich był „lepszy" jeśli by je porównać, oglądanie którego dawało fanom większą przyjemność?
O ile mogę powiedzieć, że widok Barcelony strzelającej mnóstwo bramek, szczególnie Realowi, sprawia mi jakąkolwiek przyjemność [śmiech]. Tu powiem przewrotnie - z całym moim „nielubieniem" Pedro, to jednak MVP, zdecydowanie, bo wszystko odbywało się tam bardzo szybko. To był szybki, zabójczy atak. Taki atak żmii.
Trochę taki piłkarski Blitzkrieg, atak błyskawiczny.
Tak, tak, tak - wszystko szybko. Raz, dwa, trzy i piłka była w polu karnym albo już w siatce, jak jeszcze nikt nie zdążył się obejrzeć.
Na pewno ten pierwszy tercet, o którym wspomnieliśmy, grał bardziej finezyjnie. Było więcej takich „miękkich ruchów", takiego tańca z piłką. Tutaj, w przypadku MVP - to była „krótka piłka". Raz-raz, bam, bam i gol. Taki atak jest mi bliższy i taki atak podobał mi się zawsze w Realu niezależnie od tego, kto akurat był w kadrze. Gdy wszystko działa sprawnie, dynamicznie - taki atak bardziej mi się podoba.
Co zadecydowało o tym, że latem 2008 roku Sir Alex tak lekką ręką pozbył się z Manchesteru Gerarda Piqué?
Moim zdaniem po prostu tym razem się pomylił. Źle ocenił tego zawodnika. U Sir Alexa to rzadka przypadłość. Ale jednak raz na sto przypadków mu się zdarza. I to właśnie była ta jedna setna.
Rozmawiał challenger.
Komentarze (42)