Kiedy nazwisko Gerardo Martino zaczęło się pojawiać w kontekście objęcia posady trenera Barcelony, niejeden culé zmarszczył brwi. Nie tylko kibice, ale też zawodnicy nie znali zbyt dobrze tego argentyńskiego szkoleniowca.
„Tata? Kim jest Tata?" - takie pytanie można było usłyszeć najczęściej. Minęło półtora miesiąca od jego przybycia do klubu. Martino ma przed sobą ogromne wyzwanie - by stać się godną zaufania postacią tak wielkiego klubu, jak Barca. Argentyńczyk jest na dobrej drodze, by to osiągnąć. Dzięki wynikom i sposobie bycia, który łączy prostotę i determinację.
W poszukiwaniu domu
Wydaje się, że od jego przylotu minęło wiele czasu, ale w rzeczywistości Tata Martino jest w klubie od niespełna dwóch miesięcy. Nie znalazł nawet domu, który by go zadowalał. Zatrzymał się w hotelu Princesa Sofia, niedaleko Camp Nou, oczekując na przybycie żony Angéliki, która do Barcelony przyjedzie pod koniec października. To ona pomoże mu podjąć ostateczną decyzję. W tym samym hotelu wciąż mieszkają jego główni współpracownicy, Jorge Pautasso i Elvio Paolorosso, więc nie jest sam. To z nimi zwykle jeździ do Ciutat Esportiva udostępnionym przez klub Audi.
Serdeczny od samego początku
Gerardo Martino wcześnie pojawia się na klubowych obiektach i życzliwie traktuje wszystkich pracowników klubu, począwszy od recepcjonistek. To jedna z jego cech charakteru, które są najbardziej doceniane przez innych. Martino nie jest typem gwiazdora, jest zwyczajnym facetem, który rządzi, choć stara się tego nie okazywać.
Warto wyjaśnić, że Tata nie jest kukiełką, która na wszystko się zgadza, ma swoje wymagania, ale przekazuje je w formie sugestii i niczego nie narzuca. Jego decyzje zwykle są omówione i zaakceptowane. Nie izoluje się, nie jest nieśmiały, wszystko tłumaczy, począwszy od zmian w składzie (ostatnie dotyczące Alexisa i Xaviego nastąpiły po indywidualnych rozmowach z zawodnikami), aż po szczegóły logistyczne, które tyczą się spraw organizacyjnych.
Jest bliski piłkarzom, stara się dobrze z nimi komunikować i to mu się udaje. Starzy wyjadacze w szatni, którzy są w klubie od lat i potrafią dokonać analizy nowego członka klubu, mówią o nim, że jest małomównym liderem.
Odziedziczył gabinet po Tito Vilanovie, ale jeszcze go nie urządził. Jest raczej trenerem, który woli pracować na boisku, niż siedzieć wpatrzony w laptop. Oczywiście czyta prasę, jednak częściej w wersji papierowej niż elektronicznej.
W tej chwili znajduje się na etapie odkrywania nowego miejsca, również w kwestii otoczenia medialnego. Dużo czasu spędza na oglądaniu meczów. Można powiedzieć, że jest chorobliwym miłośnikiem piłki nożnej. Podczas treningów często interweniuje używając swojego gwizdka, który zawsze wisi na jego szyi. Wspomaga się również stoperem i notesem, nieco w stylu van Gaala, tylko że nie krzyczy.
Jego wydatny brzuszek nie kłamie - nowy trener lubi dużo jeść. Szczególnie smakują mu ryby. Nowy trener nie pali, pije tylko okazyjnie. Ma też kilka ciekawych przyzwyczajeń. Zazwyczaj tuż po rozpoczęciu przez sędziego meczu następuje czubkiem buta na boisko. Drugim z jego „przesądów" jest noszenie medalików, które podarował mu religijny przyjaciel Hindus, który mieszka w Rosario i z którym trener Barçy bardzo lubi rozmawiać.
Abstrahując od jego przekonań, Martino broni prostoty, co widać było, gdy krytykował transfer Bale'a, który był dla niego brakiem szacunku do świata. Te słowa potwierdzają się w jego czynach i zachowaniach, które są raczej prostolinijne. Tata nie ubiera się w sposób wyszukany, nie lubi obnosić się z markami czy odważnym wyglądem. Ubiera się tak, jak średnio zamożni mężczyźni w jego wieku. Jest jednym z wielu.
Kolejna sytuacja, która oddaje jego charakter, miała miejsce podczas meczu o Superpuchar Hiszpanii na Camp Nou. Po końcowym gwizdku, kiedy jego drużyna zdobyła pierwsze trofeum w sezonie, trener schował się na ławce rezerwowych. Pracownicy klubu próbowali przekonać go, by udał się na murawę. „Nie idę, to jest nagroda Tito, Roury, Aureliego i zawodników", mówił, opierając się. Ostatecznie jednak poszedł i zrobił sobie zdjęcie z piłkarzami.
W Rosario, przed wylotem do Barcelony, przyszło pożegnać go wielu kibiców Newell's. Niektórym otworzył drzwi do swojego domu i zrobił sobie z nimi zdjęcia, potwierdzając tym samym tę swoją wrodzoną serdeczność.
W Barcelonie dopiero co go powitano i wszyscy mają nadzieję, że miną lata, zanim nastąpi pożegnanie. Na tę chwilę, początek można uznać za dobry.
Komentarze (15)