Futbol według Tarantino

Eoren

23 września 2013, 17:07

78 komentarzy

„- Co się stało to się nie odstanie, Crokus. Powinieneś też wiedzieć, że ważniejsze jest, iż wujek cię kochał i opiekował się tobą, niż to, że był wielkim kapłanem. Gdyby miał okazję, na pewno powiedziałby ci to samo.
- Nie rozumiesz? On miał moc, Skrzypek, ale nic, do cholery, z nią nie robił! Cały czas ukrywał się w swym pokoiku w walącej się kamienicy!" Steven Erikson,
Bramy Domu Umarłych

Po przeczytaniu kolejnego W ciszy stadionu odniosłam wrażenie, że chciałabym wdać się w polemikę z Challengerem w kwestii poruszonych przez niego problemów. Jasne, w głębi idealistycznego serca chciałoby się powiedzieć: „Chłopie, jakie zmęczenie? Jakie znudzenie? Jesteśmy na samym starcie ligi z kompletem punktów, LM też dopiero co ruszyła... Będzie lepiej!" Chciałoby się, oczywiście, problem w tym, że byłoby to wyjątkowo naiwne. Lepiej chyba po prostu ugryźć tę kwestię z innej strony. 

target="_blank">Szukając pomocy u Quentina

Skąd taki dziwny tytuł? Co właściwie robi tu Tarantino? I dlaczego Mia Wallace spogląda na nas ze zdjęcia spod nieodłącznych wpółprzymkniętych powiek?

Gdybym chciała przyciągnąć więcej czytelników powinnam napisać w podtytule, że będzie to tekst hedonistyczny. Poniekąd taki właśnie będzie. Quentina Tarantino i jego filmy można, jak wieść gminna głosi, albo kochać albo nienawidzić. Podobnie jest chyba z Barçą, która wydaje się mieć tyluż fanatycznych kibiców co zaciekłych przeciwników. Ale zanim posunę się o krok za daleko w porównywaniu drużyny „grzecznych chłopców", jak pisał o Barcelonie Zlatan, z jednym z najbardziej kontrowersyjnych reżyserów... czas się zatrzymać i przejść do meritum.

Tarantino wyznaje filozofię kina, która bardzo mnie pociąga. Filozofię hedonistyczną. Kino istnieje dla przyjemności, tak jego z robienia filmów, jak i widzów, z ich oglądania. W końcu to rozrywka i to właśnie ma na celu: dawanie ludziom przyjemności. A czym innym jest futbol?

Gra która powstała by wychowywać wiktoriańską młodzież w duchu zdrowej rywalizacji i odciągnąć ją od zainteresowań mniej „zdrowych" i mniej pruderyjnych, szybko stała się religią mas. Oczywiście zaraz podniosą się głosy, że dzisiejszy futbol jest skomercjalizowany, że liczą się w nim tylko pieniądze a walka o trofea też ma na celu głównie sięgnięcie po premie, które się z nimi wiążą. Ale to wszystko jest tylko przykrywką, narosłą przez wieki wokół tego sportu warstwą, która pojawia się zawsze, gdy do gry wkracza biznes. Podstawą i powodem istnienia piłki nożnej jest przyjemność, którą nam ona daje. Zarówno gdy sami kopiemy piłkę po boisku, jak i wtedy, gdy oglądamy na ekranie telewizora performance zawodników najlepszych w swoim fachu na świecie. Przyjemność. Gdyby ona zniknęła nie byłoby miejsca dla biznesu. Kto zarobiłby wtedy na tym sporcie? Gdyby przyjemność zniknęła nie pozostałaby nawet rywalizacja, bo to ona, przyjemność jaką niesie zwycięstwo, jest motorem napędowym zmuszającym do walki.

W ostatecznym rozrachunku futbol tak jak kino, jest dla ludzi, tych zwykłych, najzwyczajniejszych, bynajmniej nie dla, mniej lub bardziej domorosłych, ekspertów. Jest dla nas. I jest tarantinowski, nawet jeżeli Quentin nie ma o tym zielonego pojęcia.

Barcelońska przyjemność

Pozostańmy w klimatach hedonistycznych - jako kibice, jako widzowie, mamy pełne prawo do przyjemności jaka płynie (czy raczej płynąć powinna) z oglądania naszej ulubionej drużyny. Mamy prawo wymagać od niej tego, co chcielibyśmy widzieć nie z tego powodu, że w jakiś sposób zasłużyliśmy się klubowi, nie dlatego, że jesteśmy mu wierni, bynajmniej. Po prostu dlatego, że po to kluby piłkarskie istnieją. Dla naszej rozrywki. Egoistyczne, hedonistyczne podejście do sprawy - tak, wiem o tym. Ale ten, kto nie ogląda piłki nożnej dla swojej własnej przyjemności, nich rzuci we mnie kamieniem jako pierwszy.

Jednak w tym właśnie miejscu docieramy do punktu, w którym cała sprawa zaczyna się komplikować. Przyjemność i estetyka, która się z nią często bezpośrednio wiąże, są pojęciami względnymi i indywidualnymi. Każdy z czego innego w futbolu jest w stanie czerpać przyjemność. Jedni będą żądać by Barça grała zawsze na miarę swojego występu podczas manity czy w finale na Wembley w 2011 roku. Innym wystarczy fakt, że mogą oglądać ten zespół niemal co trzy dni, niezależnie od tego jak drużyna zagra. Sam fakt jej istnienia i jej gry jest powodem do radości. Kwestia indywidualna i nie da się rozstrzygnąć, które podejście jest bardziej dojrzałe, bardziej poprawne, bardziej licujące z profilem tego mitycznego „prawdziwego kibica". Oba są. A pomiędzy nimi jest jeszcze cały wachlarz subiektywnych odczuć na temat poszczególnych spotkań odczuwanych przez każdego z nas.

Kwestia estetyki

Przyznam otwarcie, ja się nie dziwię w żaden sposób tym, którzy są Barçą znudzeni. Nie dziwię się, bo po przełączeniu się z gry Pep Teamu, (z jej szybkości, z radości, która się wręcz wylewała z boiska, jak w premierowym sezonie 2008/09) na obecną Barçę można poczuć wyraźne szarpnięcie skrzyni biegów. I nie dlatego, że wrzuciliśmy bieg wyższy przy zbyt niskich obrotach silnika, wręcz przeciwnie - dlatego, że został on zredukowany. To trochę tak jakby, znów powołując się na Tarantino, ktoś dziwił się, że wielbiciel jego radośnie krwawych crash-filmów z niecierpliwością przebiera kończynami i poziewuje na seansie Królestwa Von Triera, nie potrafiąc docenić subtelności scenariusza i nowatorskich ujęć „z ręki". Kwestia estetyki.

W pełni rozumiem tych zawiedzionych i znudzonych. Rozumiem też tęsknotę za najlepszymi latami Barçy, nie ma w niej nic dziwnego, każdy z nas ma do niej pełne i niezbywalne prawo. Rozumiem, ale sama tego znudzenia, zmęczenia czy bezsilności - nazwijcie to jak chcecie - nie podzielam.

Pewnie powinnam w tym miejscu rzucić kilkoma frazesami, jak to wierny kibic zawsze jest z klubem, zawsze wspiera swoich piłkarzy etc. etc. Nie pozwala mi na to jednak mój wewnętrzny cynizm. Przyznam za to uczciwie: ja osobiście oglądam futbol dla przyjemności, uwielbiam to robić i przyjmuję go w dużych dawkach ze strony rozmaitych drużyn, czy to mojego ukochanego podwórkowego Rayo czy unoszącego się na fali Bayernu. Z obejrzenia Barçy rezygnuję tylko wtedy jeśli uniemożliwi mi to tak zwane „zdarzenie losowe". I nie jestem tego w stanie umotywować w jakikolwiek racjonalny sposób: po prostu nie umiem wyłączyć telewizora albo streamingu wiedząc, że Barça gra. Nie zmienia to faktu, że na rewanżowym meczu z Atlético Madryt w ramach Superpucharu Hiszpanii niemal zasnęłam, ale ponieważ pamiętam wynik wydaje mi się dzisiaj, że zdołałam utrzymać resztki przytomności do końca spotkania.

Począwszy od sezonu 2010/11 zaczęłam nagrywać wszystkie najbardziej interesujące spotkania Barçy - ot tak, należę do tych dziwnych osób, które potrafią odczuwać przyjemność z oglądania meczu nie tylko na żywo, ale już po fakcie. Taka kolekcja do pokazania kiedyś przyszłym, hipotetycznym dzieciom. W tamtym sezonie uzbierałam w sumie kilkadziesiąt spotkań i skrótów. Sezon później liczba ta stopniała do kilkunastu, jeszcze sezon później... do jednego. Rewanżowego spotkania z Milanem. Barça na pewno nie notuje najlepszego okresu pod względem jakości gry z perspektywy kibica. Zeszły sezon był dla mnie pod tym względem wielkim zawodem. Oczywiście nim zaczęły się wiosenne katastrofy (Milan, Real, w końcu Bayern) była ligowa efektywność. Jednak sposób w jaki Barça odnosiła te zwycięstwa po prostu pozostawiał wiele do życzenia. Oczywiście, jeśli ktoś żywi takie właśnie wymagania.

Obserwując ewolucję

Jak już wspomniałam nie jestem zmęczona, ani zrezygnowana. Kiedy oglądam mecz, który w wykonaniu Barçy jest po prostu kiepski nie czuję się bezsilna. Czuję się wściekła. W swojej arogancji uważam, że mam do tego prawo, że wszyscy je mamy. Jeśli widzę błędy, czy to trenera, zawodników czy zarządu, to kolejnego dnia meczowego siadam przed telewizorem w naiwnej nadziei, że cokolwiek się w tej kwestii zmieniło. Gdybym ten telewizor wyłączyła przyznałabym, że do niezadowolenia nie mam prawa. Nie oglądam Barçy z żadnego górnolotnego i patetycznego powodu, takiego jak wierność barwom klubowym, o nie. Oglądam z własnej potrzeby. Egoistycznej. Bo nawet jeśli drużyna gra, kolokwialnie mówiąc, „piach" to chcę o tym wiedzieć i chcę widzieć kto ponosi największą odpowiedzialność za błędy. Nie dlatego, że w ten sposób coś zmienię. Po prostu dlatego, że to właśnie jest mi potrzebne.

W tej chwili mam wrażenie, że rozważania nad estetyką gry Barçy i naszym jej odbiorem nieco mijają cel. Jest to spowodowane prozaicznym faktem: drużyna jest w przebudowie. Tak, tak, w przebudowie, mimo że skład pozostał niemal nietknięty*. Jednak zmienił się chyba najistotniejszy trybik w maszynie, jaką jest drużyna - trener. Już widać, że Martino zaczyna narzucać Barcelonie swój sposób gry. Jak na razie jeszcze mnie on nie porwał, ale w żadnym momencie nie spodziewałam się, że porwie mnie okres przejściowy. Zanim Barça Martino się uformuje, zanim przestanie tak dynamicznie szlifować pomysły i mierzyć swoje siły, z przyjemnością będę oglądać ewolucję tego tworu. Z przyjemnością i z nadzieją, że kiedy proces budowy FC Barcelony Gerardo Martino dobiegnie końca ta przyjemność będzie mi towarzyszyć nadal.

Bezsilność a bezczynność

Teraz pozwolę sobie zatoczyć koło i wrócić do rozpoczynającego ten dość atroficzny i emocjonalny** tekst cytatu z Malazańskiej Księgi Poległych. Ilustruje on jedyną rzecz, która moim zdaniem jest niewybaczalna: bezczynność. Barcelona (nadal) cieszy się złotą generacją piłkarzy, (nadal) ma kadrowo jedną z najsilniejszych drużyn na świecie, (nadal) ma gargantuiczny potencjał. Nie wybaczyłabym decydentom zasiadającym w zarządzie ani sztabowi trenerskiemu gdyby został on zaprzepaszczony. Nie wybaczyłabym gdyby gracze tacy jak Messi czy Iniesta, znajdujący się w optymalnym dla piłkarzy wieku, zmarnowali teraz choć rok swojej kariery przez bierność klubu. W poprzednim sezonie, w obliczu problemów zdrowotnych Vilanovy, miałam wrażenie, że liczono na to, iż Barça sama potoczy się do finału na Wembley siłą inercji. W lidze dała radę się potoczyć, w Champions inercja już nie wystarczyła. Teraz chyba jasnym już jest, że nie dysponujemy perpetuum mobile w sposób cudowny nakręconym przez Pepa. Dlatego główną rzeczą której wymagam od Barçy, główną a może jedyną, jest świadomość tego, że maszynę, którą mamy trzeba regularnie nakręcać, czasem oliwić a czasem nawet wymieniać jej części. To konieczne żeby działała.

Dopóki będę widzieć Gerardo Martino pracującego z okularkami na nosie nad barcelońską maszynerią, dopóty będę cierpliwa. Jeśli po drodze zdarzą mu się potknięcia, takie jak mecz-katorga z perspektywy kibica - rewanż w Superpucharze Hiszpanii, jestem w stanie je wybaczyć. Jestem w stanie także wybaczyć fakt, że na razie oglądamy jeszcze pewną niedoróbkę i prowizorkę. O ile Argentyńczyk nie pozostawi drużyny w takim „stanie surowym", o ile ma na nią plan, który wyraźnie powinien się wykrystalizować w najbliższych miesiącach. Na razie zdaję się na jego i jego pomysły. Czas na moje zrzędzenie i narzekanie przyjdzie wtedy, gdy Martino owych pomysłów zabraknie.

Rzeczywistości zakłamywać nie będę, nie stwierdzę, że wino z kartonu smakuje jak szampan a wszystkie ostatnie mecze Barçy były ucztą dla oczu kibica. Raczej nie były. Ale jeśli za jakiś czas okaże się, że były placem budowy i lekcją, z której Martino wyciągnie słuszne wnioski - to mogę takich vontrierowskich i raczej sennych spotkań obejrzeć jeszcze całkiem sporo. Byle nie były one sztuką dla sztuki ani celem samym w sobie. Z mojej prywatnej perspektywy biologa jestem w stanie przyznać, że na ewolucję warto poświęcić trochę czasu, a formy przejściowe zwykle mają do to siebie, że nie uwodzą urodą ani doskonałością.

Przed nami cały sezon, który i tak podda ostrej weryfikacji, nasze nadzieje, obawy i pracę drużyny. A na razie... ¡disfrutarlo!

*Kolejny powód do mojego prywatnego, osobistego niezadowolenia.
**Tak, wiem o tym, wybaczcie mi.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (78)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze