Cesc Fàbregas: Nadal będziemy tą samą Barceloną

Eoren

4 listopada 2013, 19:53

Guardian

50 komentarzy

Przedstawiamy drugą część wywiadu, który Sid Lowe przeprowadził z Ceskiem Fàbregasem. Zawodnik Barcelony opowiada o zmianach, które przyniósł ze sobą Gerardo Martino, ewolucji swojej własnej pozycji na boisku oraz trudnościach, z jakimi przyszło mu się zmierzyć po powrocie do Katalonii.

Ciepło wypowiadasz się o czasach, które spędziłeś w Anglii. Tego lata istniała sposobność, by tam wrócić. Kusiło cię, żeby pójść do Manchesteru United, czy jedynym czego chciałeś był powrót do Arsenalu?

Nie wiem. Nigdy nie planowałem, że wrócę tam tego lata. To nie jest coś, o czym kiedykolwiek myślałem. Zawsze byłem pewien, że chcę osiągnąć sukces w Barcelonie i dam z siebie wszystko, by tu właśnie triumfować. Powiedziałem szczerze: nigdy nie myślałem o odejściu, nie miałem takiego zamiaru. Usłyszałem o tym, kiedy byłem wraz z przyjaciółmi na Ibizie. Kolega przeczytał to w gazecie i powiedział mi. Wtedy i ja przeczytałem...

Zadzwoniłeś do klubu i zapytałeś: „Hej, co się dzieje?"

Nie, nie, nie. Skontaktowałem się z Darrenem [Deinem, agentem Fàbregasa - przyp. Eoren], a on potwierdził, że ta informacja wypłynęła oficjalnie. Powiedział: „Tak, to prawda", a potem: „Co chcesz zrobić?". Aż do tamtej chwili nie miałem o niczym pojęcia. Jeśli jakiś klub zgłasza się po ciebie, a ty mówisz swojemu reprezentantowi, że chcesz odejść, wtedy odchodzisz. Rozmawiałem z Bartomeu, wiceprezydentem, który powiedział mi: „Nigdzie nie idziesz; masz u nas pełne zaufanie". Wtedy porozmawiałem z prezydentem. Cała ta sprawa w żadnym razie mnie nie niepokoiła po tym, co klub mi przekazał. Faktycznie, mieli oferty i powiedzieli mi o tym, ale jedyne o czym myślałem to zostać w Barcelonie.

Jak wytłumaczysz fakt, że United wydawało się być tak przekonane? To przekonanie musiało skądś pochodzić.

W żadnej chwili nie chciałem odejść. To mnie zaskoczyło. W żaden sposób ich nie zachęcałem.

Twoja decyzja o pozostaniu została wynagrodzona? Tylko Gerard Piqué wystąpił w podstawowym składzie w większej liczbie spotkań ligowych niż Ty. Na dodatek zanotowałeś imponujący start, grając prawdopodobnie najlepiej od czasu swojego powrotu w 2011 roku.

Ten sezon rozpoczął się wybornie. Trener pozwolił mi grać w sposób, który odpowiada mojemu piłkarskiemu profilowi. Czuję się z tym bardzo komfortowo, jestem naprawdę szczęśliwy. Czuję się coraz lepiej, mogąc grać bliżej środka. Trener daje mi więcej szans, wyższy status, większą odpowiedzialność i rolę przywódczą. Pierwszego dnia - no dobrze, może nie pierwszego, ale trzeciego czy czwartego, na samym początku - zawołał mnie i powiedział: „Chcę żebyś był lepszym graczem niż byłeś w Arsenalu". Wtedy pomyślałem: „Wow!", ponieważ zawsze czułem się bardzo dobrym piłkarzem w Arsenalu, wiedziałem, że jestem ważny. Nie gram tak dokładnie jako dziesiątka, ponieważ kwestie pozycji nie są teraz tak jasno zdefiniowane jak za czasów Pepa i Tito, którzy bardzo się na tym skupiali. Kiedy atakujemy, Tata chce w naszej grze odrobiny anarchii - tylko odrobiny - co oznacza, że jeśli jesteś przy piłce, to możesz wyjść ze swojej nominalnej pozycji, żaden problem.

Czujesz się uwolniony?

W zeszłym sezonie nie chciałem wpływać na system gry, czasem myślałem sobie: „Hostia* [hiszp. cholera - przyp. Eoren], jeśli ruszę się stąd i stracimy piłkę, to zostawię kogoś bez krycia, wszystko rozwalę". Teraz mam pewność, że trener chce, żebym wybiegał z pozycji. To co było problemem, przestało nim być.

W Anglii zakładano, że wrócisz do Premier League, ponieważ w Barcelonie nie grasz, mimo że w zeszłym sezonie gościłeś na boisku częściej niż ktokolwiek inny. Jednak prawdą jest, że często zmieniałeś pozycję i gdy nadchodziły najważniejsze mecze nie zawsze trafiałeś do składu...

Grasz w jednym meczu, potem w kolejnym, i kolejnym, i kolejnym, ale kiedy nadchodzi wyjazdowe spotkanie z Bayernem Monachium, w którym twoja drużyna przegrywa 0:4 siedzisz na ławce. W żaden sposób nie jesteś w stanie pomóc. Myślisz sobie: „Hostia, nawet nie zacząłem się rozgrzewać, a oni roznieśli nas 4:0". To wywiera wpływ. To zaskakujące, przygniatające mentalnie, ponieważ czujesz się dobrze, aż tu nagle: bang! Jeśli wygrywasz, asystujesz, grasz dobrze, strzelasz bramki, wtedy wszystko przychodzi naturalnie. Jeśli czujesz się naprawdę ważny i raz na jakiś czas jakiś mecz omija cię z powodu rotacji, wtedy odbierasz to zupełnie inaczej. Ale jeżeli sprawa wygląda właśnie tak, jeśli nie grasz w najważniejszych meczach, wtedy jest trudniej. To kwestia psychiki.

Czułeś, że potrzebujesz większego wsparcia, głębszego zaufania?

Znam swoje możliwości, ale potrzebuję też innych. Myślisz sobie: „Trener mi ufa, wierzy we mnie, gram, jestem ważny". To naprawdę robi różnicę. Zwłaszcza, że zdajesz sobie sprawę z tego, że Xavi jest bardzo ważny, Andrés jest bardzo ważny, i Messi. W końcu możesz zacząć myśleć: „Może nie jestem na tym samym poziomie?". Mógłbym spędzić całe życie powtarzając sobie: „Cóż, są Xavi i Iniesta; nie ma problemu", ponieważ to staje się wymówką dla braku ambicji. Ale czasem tak może się zdarzyć. Chcę udowodnić, że jestem na tym samym poziomie. W tym roku różnica polega na tym, że jestem do tego zdolny. Jeśli wszystko będzie się układać tak, jak układa się teraz, w tym sezonie i w kolejnym będę czuł się coraz ważniejszy.

Jednak fundamentalny problem nadal pozostaje, prawda? Zawodnikami, z którymi musisz rywalizować o trzy, naturalne dla ciebie, pozycje są Xavi, Iniesta i Messi... to poważne wyzwanie.

Tak, ale chodzi tu o pewną ciągłość, która pomaga Xaviemu być tym, kim jest. Tak samo z Iniestą i Messim. Pomaga im i sprawia, że są tak dobrzy. Czasami gubię się gdzieś pośród tej trójki. Ale to co najbardziej podoba mi się u Taty to fakt, że u niego zawodnik w najlepszej formie zawsze gra. Staram się być w mojej najlepszej formie, więc gram. Wszyscy tego chcemy, mnie udało się to osiągnąć. Jeśli trener widzi, że ktoś jest zmęczony, zdejmuje go z boiska i nie patrzy na nazwisko.

Jednak wciąż jeszcze twoja pozycja na boisku nie jest ustalona. Masz względem niej jakieś preferencje czy cieszy cię sama gra?

Hombre, ahora sí. [hiszp. Człowieku, teraz tak.] Chcę grać. Ale w dłuższej perspektywie czasowej każdy gracz chce mieć swoje stałe miejsce, móc powiedzieć: „to jest moja pozycja".

Która to pozycja?

Na całe moje szczęście lubię wszystkie trzy. Wyobraź sobie to: mogę grać na lewym skrzydle, ale mam tam konkurenta, Neymara, który jest... po prostu wow! Zaczynałem grać jako pivot w 3-4-3, razem z Piqué i Messim w drużynie do lat trzynastu. Wtedy grałem na samym dole diamentu w środku pola - na pozycji Guardioli. Wraz z upływem czasu zacząłem przesuwać się do przodu.

Masz na myśli pozycję Sergio Busquetsa?

Dokładnie, Busiego. W Arsenalu grałem w dwójce przed obroną, czasami Wenger ustawiał mnie na prawej stronie pomocy, ponieważ tam nie było tak silnego pressingu, miałem więcej swobody. Później, przez dwa czy trzy ostatnie lata w Arsenalu, grałem jako mediapunta, tuż za napastnikiem. Teraz czasami gram nawet w ataku, albo na lewej stronie... Mógłbym wrócić na pozycję czwórki, ale sądzę, że zaliczyłem parę udanych sezonów grając bardziej z przodu, hahaha! Ale czemu nie? Wielu kreatywnych graczy pod koniec kariery przesuwa się do tyłu.

Byłeś bardzo młody, gdy w Arsenalu spadła na ciebie wielka odpowiedzialność: zostałeś kapitanem, dostałeś koszulkę Patricka Vieiry i dorastałeś w niej. Tak samo będzie w Barcelonie?

Jako kapitan, jako ktoś, kto spędził tam kawał czasu, w Arsenalu czułem, że muszę motywować kolegów i kierować nimi. Miałem tę odpowiedzialność. W Barcelonie jestem na razie tylko dwa lata i nadal czuję się na uboczu, nieco odsunięty poza to wszystko, ponieważ ta rola należy do innych.

Nie próbuję się chować, jeśli trzeba, daję odczuć swoją obecność, to leży w mojej naturze. Jednak czuję różnicę w porównaniu do Arsenalu w tym, jak ludzie na mnie patrzą. Robisz krok do przodu i cała drużyna podąża za tobą. Uwielbiałem tę odpowiedzialność, ale w Barcelonie jej nie mam. To nie jest coś, czego możesz szukać, samo musi cię znaleźć. Musi nadejść naturalnie, tak jak w Arsenalu. Nagle budzisz się w sytuacji, w której ta odpowiedzialność już na tobie spoczywa, wyczuwasz to. W Barcelonie jest Xavi i Valdés, Puyol i Messi, to ich rola. Reszta znajduje się krok za nimi.

Twój powrót do Barcelony nie był łatwy, to zupełnie inne środowisko...

Trudno to wytłumaczyć, ale w klubie takim jak Barcelona czy Real istnieje wielka presja, która nie zawsze jest dobra dla młodych piłkarzy. Jeśli wszystko układa się pomyślnie, to najlepszy klub na świecie, jednak jeśli zaczyna być źle, trudno nawet wyjść z domu. Tymczasem w Londynie, nawet gdy przegrywasz, kibice nadal śpiewają twoje imię. W Anglii masz tę dodatkową przewagę psychiczną: wiesz, że jeśli podasz niecelnie, fani będą cię wspierać, zawsze będą po twojej stronie. W Hiszpanii większa jest też presja ze strony mediów. Piłkarski rozwój w Arsenalu był dla mnie bardzo korzystny.

A teraz, gdy wróciłeś... ?

Mój przypadek był inny, ponieważ kibice widzieli we mnie kogoś, kto był już tutaj jako dziecko, kto odszedł i za kogo klub musiał zapłacić sporo kasy. Gdyby nie to, spoglądanoby na mnie inaczej. Spadła na mnie dodatkowa odpowiedzialność, dodatkowe wymagania. To były trudne chwile. Jednak przez cały ten czas, zwłaszcza teraz, ludzie w Barcelonie byli wspaniali.

Barcelona naprawdę jest tak odmienna?

Kiedy wracasz, uświadamiasz sobie jaka naprawdę jest Barça. Nie tylko w kwestii zdobywania trofeów, ale modelu gry. Ostatnio graliśmy z Rayo Vallecano. Wygraliśmy 4:0, a ludzie nie byli zadowoleni, ponieważ Rayo miało minimalnie większe posiadanie piłki niż my. I nagle z niczego wybuchła debata. To niewiarygodne: jeden mecz na przestrzeni pięciu lat, pierwszy raz kiedy nie dobiliśmy do 50% posiadania piłki i wygraliśmy 4:0! To nie było 1:0. Ale dlatego właśnie ten klub jest wyjątkowy. Nikt nie gra tak, dokładnie tak, jak Barca. W Anglii nie ma takiej kontroli, ale ludzie nie chcą, żeby grano tam w inny sposób. Oglądasz mecz, w którym jedna drużyna świetnie klepie piłkę - pam, pam, pam - i myślisz: „Hostia, oni grają wspaniale!", ale publiczność chce czegoś innego. Ktoś podaje piłkę do tyłu, a fani ryczą, żeby grać do przodu: musisz atakować, atakować, atakować. Na Camp Nou czasem bywa odwrotnie - wyrywasz się do przodu, ale nacisk kładzie się na cierpliwość. Możesz przez jakąś minutę podawać piłkę, ot tak, żeby ludzie się zabawili. Oni tego chcą.

Barcelona zdobyła mistrzostwo 2012/13, jednak sezon przyjęto jako rozczarowanie. Sumaryczną porażkę 0:7 w dwumeczu z Bayernem Monachium potraktowano bardzo poważnie, tak samo chorobę Tito Vilanovy, którego znasz odkąd skończyłeś 12 czy 13 lat.

Zdobycie tej ligi po to, by zadedykować ją Tito i Abidalowi było bardzo ważne. Powtarzam wszystkim krytykom, że gdyby jakikolwiek inny klub zaliczył taki sezon, uznano by to za sukces. Wygrywasz ligę ze 100 punktami na koncie, 15 oczkami przewagi nad Realem Madryt, co stanowi rekord. Przegrywasz z Madrytem w pucharze, tak bywa - w końcu to Madryt. Docierasz do półfinału Ligi Mistrzów z Xavim pod formą, z Messim pod formą, z Tito, który dopiero co wrócił z trwającego trzy czy cztery miesiące leczenia. Nie byliśmy w formie pod względem fizycznym. I przegrywasz. To nadal dobry sezon. W każdym innym klubie to mógłby być nawet świetny sezon, zwłaszcza ze względu na to co spotkało Tito...

To musiało mieć ogromny wpływ na drużynę...

Wywarło wielki wpływ. Pewnego ranka przychodzisz na trening i mówią ci o tym. Przez kolejne dni nie jesteś w stanie myśleć o niczym innym. Pytasz: dlaczego? Dlaczego zawsze tutaj? To straszne, bardzo, bardzo ciężkie. Ale jako drużyna: wygramy z tym... wygramy z tym... wygramy z tym... aż nagle trafiasz na Bayern, rozpędzony niczym motocykl. To bardzo, bardzo dobra ekipa. To była ich chwila na wygranie turnieju: dotarli do trzech półfinałów i przegrali dwa finały. Zasłużyli na to zwycięstwo, do jasnej cholery! Nie da się zawsze wygrywać, ale to pokazuje jakie wymagania panują w Barcelonie.

Czy nie zapominamy o elemencie ludzkim, o presji?

Niektórzy są w stanie to zrozumieć, docenić klasę Bayernu, docenić to, że zdobyliśmy 100 punktów, to, że nie zawsze możemy zwyciężać... Inni są bardziej fanatyczni i wciąż narzekają, skarga za skargą, bez przerwy. A tutaj jest ich tylu, ech! Ale zobacz, potrzebujemy tak wysokich wymagań, by cały czas się rozwijać. Cieszę się, że tak jest. Oczywiście nie może to być krytyka dla samej krytyki.

Mówiłeś o Bayernie, znów są faworytami?

Widziałem ich w meczu z City, to było ich najlepsze spotkanie. To fascynujące widzieć jak grają pod wodzą Pepa. Z początku niewiele zmienili, a to co uległo zmianie nie zadziałało w Superpucharze Niemiec. Więc Pep wrócił do gry z środkowym napastnikiem, jak w poprzednim roku, ale w meczu z City znów widziałem fałszywą dziewiątkę, wysoki pressing i Lahma w linii pomocy...

Więc teraz to Pep Team?

Przeciwko City, tak. Sí, sí, sí, sí. Ich sposób poruszania się po boisku był identyczny jak ten, którego wymagał od nas Pep, ich pressing... To było wspaniałe spotkanie z perspektywy widza.

Jak sądzisz, jak zaadaptuje się w Hiszpanii Gareth Bale? Czy mniejsza ilość wolnego pola będzie dla niego problemem?

To jest dobre pytanie, to jedna z rzeczy, do których będzie musiał przywyknąć. Wiele zależy od tego, w jaki sposób będzie grać Madryt. Jeśli będą chcieli utrzymywać się przy piłce, może to być trudniejsze dla Bale'a, ponieważ nie będzie miał przed sobą wiele przestrzeni; przeciwnicy nie pozostawią im wiele pola. Ale jeśli nie będą się skupiać na posiadaniu futbolówki, ale na grze z kontry, jak za Mourinho, to powinno pasować Bale'owi. Przez parę lat rywale Madrytu myśleli: „Utrzymujemy się przy piłce", nabierali pewności siebie, przesuwali się do przodu i nagle - bang! - kontratak i gol! Bale'owi powinno się to podobać.

To sugeruje, że z punktu widzenia stylu, najlepszym przeciwnikiem dla Realu jest... Barcelona. „Ułatwialiście" im grę w ten sposób?

Tak. Ostatnimi czasy Madryt lubił oddawać piłkę rywalowi i czekać. Cristiano znajdował się gdzieś między linią pomocy a obrony przeciwnika. Bale może grać tak samo. Benzema ustawiony był dalej, oddzielnie. Chcieli grać z drużynami takimi jak Rayo; chcieli żeby przeciwnik wychodził do ataku i tracił piłkę. Dwa podania i Madryt był już na przeciwległym końcu boiska. Mają do tego świetnych zawodników, dysponujących imponującym przyspieszeniem. W ostatnich Klasykach wychodziło im to bardzo dobrze. Utrzymywali się przy piłce, byli agresywni, i sprawili, że było nam bardzo trudno, szczególnie przy kontrach.

Wszystko sprowadza się do tego, że chcecie wygrywać, więc nasuwa się oczywista konkluzja: Barcelona powinna zmienić styl, czyż nie? Przynajmniej przeciwko Madrytowi.

To może być jedna z opcji, ale Barça musi grać jak Barça. Jeśli przegrywamy, przegrywamy grając jak Barça, jeśli wygrywamy, także robimy to w naszym stylu. To coś czego nauczyłem się po powrocie. W Barcelonie nikt nie lubi przegrywać. Jeśli grasz dobrze i przegrywasz, albo grasz źle i przegrywasz, efekt jest jeden: jesteś przegranym. Ale istnieją ludzie, którzy potrafią docenić to, że robimy pewne rzeczy w naszym własnym stylu. Teraz mamy nowego trenera, który czasem wprowadza swoje własne pomysły. Zobaczymy jak to będzie. Ale, w teorii, nadal będziemy tą samą Barceloną co zawsze.

*Fàbregas udzielił wywiadu w języku angielskim. Wszystkie hiszpańskojęzyczne wtrącenia Cesca zostały pozostawione w oryginalnym języku i w nawiasie kwadratowym przetłumaczone na język polski.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (50)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze