W ciszy stadionu. Co wiemy po Gran Derbi?

Karol Chowański 'Challenger'

26 listopada 2013, 13:50

1 komentarz

O Gran Derbi krócej i płyciej już było. Nie chcę tu powiedzieć, że tamten art był szmirą, mnie się podobał. Dziś czas potraktować temat inaczej. Z objętościowym rozmachem i erudycyjną głębią na jakie zasługuje pojedynek na szczycie ligi nr 1* najbardziej pasjonującego sportu świata.

- Hola, hola, a może by tak o sprawach bieżących?!, spyta ktoś motywowany słuszną troską o Barçy stan bieżący?

Bieżącą ligowość, pozwólcie, przy innej (rychłej, jak los da) okazji. Co tu, zresztą, na rozkładzie? Aha, Puchar Króla. Potyczka z Cartageną już za tydzień. Tym różni się od ostatniej wycieczki „La Roja", że nie trzeba opuszczać kontynentu. Pasjonująca okazja do przetestowania młodzieży. Był i mecz z Ajaksem. Mecz bez znaczenia. Skład, układ tabeli LM, kontuzje, napięty kalendarz - doskonała okazja by przegrać. Bogom futbolu oddać uczciwie za wszystkie fartowne wygrane tej jesieni. Porażka, na którą można było sobie pozwolić. Pretekst do wniosków na resztę sezonu i hamulec na odlot w samozachwyt. Jeśli ta Barça zasługuje na pozycję lidera grupy H, spokojnie zapewni ją sobie w VI kolejce. Lament za Ajax typu: „O zgrozo, pierwsza porażka w sezonie!" - to poważnie? Udziałem tylko kibiców bez rozumu i żądnych chwytliwego nagłówka mediów.

Widzicie sami... Nie poradzę, że wszystko, co barcelońsko najciekawsze w ostatnim miesiącu - wydarzyło się miesiąc temu.

Koniec początku

„Początek sezonu" - to brzmi dobrze, gdy mówimy o otwierającym miesiącu. Pierwszych tygodniach. Co, kiedy mamy na myśli okres sezonu zdecydowanie obszerniejszy? Nieomal kwartał. Jak taki międzyczas mądrze nazwać?

Z lata poharatany bardziej wyszedł Real. Odeszli Özil i Higuaín, przyszli młodzi zdolni. Zamiast poważnego napastnika, drużyna należąca do CR7 sprawiła sobie drugą lewą rękawiczkę. Ruchy tektoniczne na Bernabéu - wliczając w to roszadę na trenerskiej ławce - nie odbiły się rażąco na wynikach osiąganych przez „Królewskich" na początku rozgrywek. Pojedyncze wpadki wpisane były w koszta zmian.

Konsekwencja w punktowaniu co tydzień, rekordowe dla klubu wejście w ligowy sezon - to Barça została królową otwarcia. Regularnością w zbieraniu punktów zaskoczyła największych sobie optymistów. Trener z Nikąd zameldował się w La Liga intuicją, kompetencją i skutecznością. Patrząc zaś na postawę poszczególnych piłkarzy nasuwa się wniosek, że oddzielenie w szatni ery Guardioli i Vilanovy grubą kreską było dokładnie tym, czego zespół potrzebował tego lata.

Przedderbowe 3 punkty różnicy wyglądały na niewiele. Zwłaszcza przy lśniącej koronie talentów kolektywnych obu ekip, w których Himalaje umiejętności indywidualnych piętrzą się praktycznie na każdej pozycji.

Było w jesiennych 2013 derbach kilka przyczyn przewagi konkurencyjnej Barçy. Wynik nie wskazuje na nie jednoznacznie głównie dlatego, że Barça ze swojej strony również zagrała zawody niezachwycające - do czego przyzwyczaja od lat obserwatorów. Mimo to, potwierdziły się nieśmiałe tezy obserwatorów twierdzących, że na progu nowej kampanii to Real ma więcej kłopotów od Barçy.

Po pięciu „Klasykach" bez zwycięstwa, karta wreszcie się odwróciła. Najwyższa pora. Ze względu na wygraną i powiększenie punktowej przewagi nad Realem, wynik wydaje mi się adekwatnym podsumowaniem tego, co umownie nazwałem sobie w śródtytule „końcem początku" obecnego sezonu. Pierwszą fazę sezonu obu hiszpańskich gigantów zakończył pierwszy prawdziwy test. Co więcej po nim wiemy?

Po pierwsze: środek pola

Jako się rzekło, w przededniu 225. Klasyku Barça też miała swoje problemy i ma je do dziś. Ma też rozgrywających. Trzech. W przeciwieństwie do Realu, który playmakera na poziomie stosownym do swoich celów nie ma ani jednego. Modrić rozczarowuje. W porównaniu do Özila pod względem spójności współpracy, boiskowego zrozumienia i synergii z Cristiano Ronaldo oraz Benzemą, mój rówieśnik z Zadaru nie jest nawet na początku drogi ku piłkarskiemu Olimpowi. Asysty Niemca pokonywały ją niemal od pierwszego miesiąca w klubie. W tę i z powrotem, z góry na dół, rok w rok przez 3 lata.

Stwierdzenie, że sportowo nieracjonalne pozbycie się przez Florentino Péreza Mesuta Özila wygrało Barcelonie Gran Derbi byłoby przesadą, uproszczeniem. Jednak coś w nim jest... Coś silnie skorelowanego z genezą, genealogią przebiegu tego meczu. Istotna słabość, niedoskonałość (pomoc Realu z Özilem była doskonała) rywala, którą gospodarze musieli jeszcze umieć wykorzystać.

Brak Xabiego Alonso, słaba forma Bale'a i pozostawienie na ławce Francisco Isco tylko uwypukliły, jak bardzo Blancos cierpieli podczas ostatnich „Wielkich Derbów" na brak tego dyrygenta w środku pola. To na ten moment główna - jak pokazał przebieg meczu i jego wynik - przewaga konkurencyjna między dwoma największymi klubami Hiszpanii. Był nim Mesut. Modrić nim nie jest.

Po drugie: feeling

Poza kompetentnymi kreatorami gry, ma też Blaugrana feeling. Pojęcie spopularyzowane z powodu Ibry w kontekście mało przyjemnych epitetów ma fundamentalne znaczenie dla wszystkich współczesnych sukcesów klubu z Katalonii. Oddaje choćby tożsamość narodową szatni, co determinuje jej jedność, konsekwencję budowania zespołu opartego na Katalończykach i Hiszpanach, wierność swojemu stylowi, płynność gry, a także rolę jaką w klubie - i nawiasem mówiąc najnowszej historii „La Roja" - odegrali wychowankowie La Masíi.

Mimo zmiany na pozycji trenera, feeling Barçy w derbach miał się całkiem nieźle. Potencjał indywidualny najlepszych obecnie graczy Realu (Cristiano Ronaldo, Di María, López, Ramos, Marcelo, Alonso, Pepe, Khedira, Varane, Benzema, może trochę na wyrost dodajmy temu gronu Modricia) wciąż pozostaje niemierzalny. Tymczasem wszystkie najgroźniejsze akcje „Królewskich" w październikowym starciu z Azulgraną były pochodną umiejętności indywidualnych dwóch-trzech tym samych zawodników; lub współpracy w ich wąskim gronie. Real nie jest dziś „drużyną" w tym stopniu co Katalończycy. Dość powiedzieć, że nawet Ancelotti miał świadomość pewnej ułomności swojego zespołu jako kolektywu. Grającego dla zespołu i z zespołem Isco, Włoch postanowił poświęcić na rzecz* kolejnego solisty: Bale'a.

„Na alibi", jakby „za nazwiska", zagrał zresztą i Martino. Postawił na środek pola Iniesta-Xavi, Fabsa wyeksmitowawszy* do ataku. Sęk w tym, że duet „Generała" z najsłabszym pomocnikiem Barçy w tym sezonie zagrał w tym akurat meczu zdecydowanie lepiej niż trio ofensywne Realu w składzie Modrić, Di María, CR7 to magia GD tak działa na Hiszpanów w Barçy! Trudno do grona głównych aktorów widowiska po stronie gości zaliczyć Walijczyka. Zamiast grać zmagał się ze zdrowiem, formą, oczekiwaniami i metką.

Niezależnie od personaliów na boisku i ustawieniu Fàbregasa, gra Barçy była w tym meczu i jest od startu sezonu płynniejsza w porównaniu do postawy Realu, nie taka rwana. Mniej nerwowa - w znaczeniu: gwałtowności, nieuporządkowania poczynań graczy; nie: zagubienia czy braku umiejętności. Kolektywności w poczynaniach gospodarzy oglądaliśmy dużo więcej niż gości.

A jednak kolektywność w futbolu to nie wszystko. O tym, że Blaugrana też jest na ten (czy to 26 października, czy 26 listopada) moment rozgrzebanym placem budowy najlepiej świadczy, że koniec końców przełożyła się ta katalońska synergia na tyle okazji podbramkowych, ile miał w tym meczu operującymi innymi środkami Real. Jak nie mniej.

Jak to możliwe?

Najlepsza formacja Realu na Camp Nou: obrona

Jednym z kilku pozytywnych osiągnięć José Mourinho na Bernabéu było nauczenie defensorów Realu radzenia sobie z Messim. O tym, jak bardzo trwale, świadczyły zarówno mecze na wiosnę w Lidze i Pucharze Króla - kiedy to Portugalczyk wychodząc z domu, potykał się o wystawione już w przedpokoju walizki - jak i przed miesiącem. Gdy w „królewskim" klubie już go dawno nie ma.

Zasługi Portugalczyka w tym względzie zostały zupełnie pominięte przez obserwatorów. Relatywnie gorsza forma wizualna argentyńskiego maga w październikowych GD to jedno, ale ten sam facet od lat strzela jak na zawołanie. Doskonale widać to na liście meczów transfermarktu - wystarczy kontekst zdobyczy bramkowych Leo w ostatnich meczach przeciwko Realowi w postaci spojrzenia w jego statystyki w meczach przed i po „Królewskimi". GD jak samotna wyspa na morzu bramkarskich ofiar Lionela Messiego... Real naprawdę nauczył się przed nim bronić. A raczej został nauczony. Przez trenera, którego z Bernabéu właśnie przegoniono.

Messi nie jest sobą w meczach z Realem, bo obrona Blancos oplata go jak rafa koralowa zrzuconą z luksusowego liniowca plastikową butelkę. Przy przekazywaniu sobie krycia Messiego przez Ramosa, Pepe, Arbeloę, Marcelo, Coentrão, Khedirę, Alonso (gdy zdrowy), rezerwowego Albiola (przed opuszczeniem Madrytu) i młodego Varane'a (jeśli gra) widać... pełną harmonię. To jak oglądanie baletu, gdzie żaden ruch nikogo z członków zespołu nie jest przypadkowy. A na pewno przypadkowe nie są w nim faule. Dzielone w tym przypadku na 5-6 graczy, a nie dwóch (Ramos i Pepe) jak za Schustera i Juande... OK, to balet szczególny. Wyjęty żywcem z „Kill Billa". A mimo to - zachwyca.

Wnikliwi obserwatorzy piłkarskich spektakli widzą ten proces od dłuższego czasu. Resztę powinny przekonać statystyki argentyńskiego napastnika Barçy.

Sądzę, że Real Madryt po raz ostatni pozwolił Messiemu zagrać El Clásico na miarę jego umiejętności i możliwości 17 sierpnia 2011 roku, przy 3:2 w Superpucharze Hiszpanii. Od tego czasu FCB grała z Realem 4 razy w lidze, 4-krotnie w CdR i dwumecz Superpucharu Hiszpanii 2012. Przez ten okres z 10 meczów Barça wygrała dwa (XII 2011, VIII 2012). Przegrała z Realem 2 trofea (pośrednio: Liga 2012, bezpośrednio: Supercopa 2012) i jeden półfinał (Puchar Króla 2013).

Jedyny wyjątek na tej playliście rozczarowań to mecz ligowy z zeszłorocznej jesieni. W zakończonej remisem 2:2 potyczce Messi ustrzelił dublet. Mówiąc jednak o całym spotkaniu, warto zwrócić uwagę, że napastnik Barçy nie miał wtedy ani tyle miejsca, ani tym bardziej swobody, co choćby podczas pamiętnego 2:6. Bramek zdobył wtedy arytmetycznie tyle samo, ale piłkarsko wyglądał pod każdym względem lepiej. I to o kilka nieb, nie tylko jedno.

W pozostałych 9 ostatnich pojedynkach madrycko-barcelońskich Leo ustrzelił 3 bramki - z czego 1 z karnego, a wiosną 2013 w Lidze po jedynej swej udanej akcji w calutkim meczu. Mówimy tu o dwóch sezonach, 2011/2012 i 2012/2013, gdy Argentyńczyk poza starciami z MouTeamem strzelał jak najęty. Notował w La Liga i Europie statystyki rodem z innej epoki. Z każdym. Tylko nie z Realem.

Jak często w tym samym czasie trafiał do bramki Barçy Cristiano Ronaldo? Co to mówi o obronie Barçy? Że Mourinho wykonał robotę u siebie lepiej niż Guardiola z Vilanovą. Lepiej też niż Zarząd FCB - ale tu znów zahaczamy o kwestię polityki (głównie kadrowej) klubu ze stolicy Katalonii. Czemu chciałbym poświęcić tekst osobny.

Oczywiście, portugalski trener za wdrożone metody żadnego Pokojowego Nobla nie dostanie. To tu bez znaczenia. Osiągnął swój cel, i to tak trwale, że defensywa Realu będzie korzystać na tym tak długo, jak Pepe, Ramos, Arbeloa, Coentrão, Khedira, Alonso, Marcelo, Varane będą grali w tym klubie... Zupełnie jak z „Death Proof". Ocieka cysterną krwi, przez co dla zwykłego to projekcja niestrawna. W swoim gatunku, kręgu - to arcydzieło. Kwestia konwencji. Gra obronna Realu pod hasłem „powalaj Messiego po gwizdek sędziego" to też swoista konwencja, m.in. cechami: korzystająca do granic ze strachu arbitrów. A skoro w obronie Merengues grają do dziś ci sami piłkarze co przed rokiem i dwoma - to czy można mieć nadzieje, że wpojone przez Mou nawyki nagle wyparowały w 4 miesiące? Bzdura.

Po trzecie: reakcja. Barça uniezależnia się od Messiego

Jeszcze w zeszłoletnim Superpucharze Hiszpanii Barça jako zespół wyglądała od Realu na boisku lepiej, choć to samo trudno powiedzieć o wyniku... Jeszcze rok temu w Primera oglądaliśmy Messiego „ostatnie tango w Gran Derbi". Potem było tylko wtórne przeżywanie tych samych błędów. Bezradność drużyny, jej lidera i trenerów podczas passy trzech GD wiosną tego roku. To nie przypominało Barçy sezonu Triplete ani nawet Barçy La Manity. Przypominało piłkarski „Dzień świstaka".

Brakowało odpowiedniej reakcji: taktycznej, kadrowej, transferowej albo wszystkich naraz. Jaj trenerom, dyrekcji sportowej i Rosellowi. Wyzbycie się skrawka tożsamości w imię wyniku w Klasyku nie jest zamachem na serce Barçy.

Choć Mou przyuczył Real wyłączać z gry Messiego w każdym sektorze pola gry i każdej boiskowej sytuacji, dopiero Barcelona Taty Martino po blisko 3 latach całowania pięt Realowi znalazła właściwe remedium. Jest mniej uzależniona od swojej „10-ki".

Po czwarte: Fàbregas i Alexis

Były szkoleniowiec Nullsów wykazał ogromną inteligencję i przezorność, już w presezonie redefiniując miejsce w zespole Alexisa i Fàbregasa. W przypadku tego pierwszego - szybko przewijamy do października - efekt widzieliśmy w 70. minucie meczu z Realem. Ten drugi praktycznie w pojedynkę wygrał drużynie zawsze trudny „mecz po" - grany w dodatku na wyjeździe, tak nielubianym przez Barçę jeszcze półtora roku temu.

Zatrzymam się najpierw na Sánchezie. On nie zdobył bramki z Madrytem fartem, zrządzeniem losu czy przypadkowym zbiegiem okoliczności. Zdobył ją hartowaną konsekwentnie od lipca na byka pewnością gry. Ograniem, minutami na boisku i wywindowaną w chmury zaufaniem trenera oraz kolegów świadomością własnej wartości.

Ba, Chilijczyk nie zdobył tego gola prawą nogą. Tylko głową. Noga była jedynie narzędziem. Do Fabsa pasuje praktycznie identyczny opis, z kosmetycznymi ledwie zmianami. Wielkie wydarzenia często przysłaniają fanom prozę codzienności. Tymczasem podczas GD i kolejkę później w Vigo na boisku leży tyle samo punktów. Jeśli „Tata" Martino potrafi to samo przekazać Cescowi - w swojej misji na Camp Nou zyska wielkiego sojusznika. Fabs narzekał, że w takim meczu jak GD nie grał, ale poza tym jego forma od zmiany trenera wyraźnie kwitnie. Rola w zespole również.

Z taką formą tej dwójki, na ten moment Barçy nie przeszkadza nawet (póki co, prawdziwe wyzwania dopiero wiosną) niknąca potęga Xaviego ani gówniana trzeci rok z rzędu forma obrony, bo fenomenalnie gra Valdés. Przemiana Bartry z łajzy w gladiatora też się przydała w zebraniu wolumenu punktów, jaki dziś ma Barca. Przyda się nie tylko na resztę sezonu, ale może i na długie lata.

Po piąte: nowy magik

Dodajcie do tego Neymara a robi się jeszcze ciekawiej... Wychowanie na Camp Nou drugiego grajka pokroju Messiego byłoby chyba niemożliwe. Kupno - to co innego.

Real został wyuczony, wytresowany na Messiego. Na Neymara - nie. I to właśnie Brazylijczyk, nikt inny, w mierze głównej wygrał Barçy ten mecz. Niesygnalizowany strzał ze strony, z której Messi nigdy nie był Realowi zagrożeniem. Fenomenalna piłka do tego, któremu Messi w takiej sytuacji poda raz na 100 okazji. Dwa ciosy, po których wygrana oddaliła się od gości na odległość, której nie zdołali już nadrobić.

Boiskową wydajność Ney'a w tamtą sobotę należy uwypuklić tym bardziej ze względu na kontrast z mało twórczą tego dnia - jak na swoje możliwości - linią barcelońskiej pomocy. Iniesta zagrał wybornie. Żadne jego zagranie nie przełożyło się na wynik. Xavi - podobnie jak Messiego, madrytczycy znają nie od wczoraj. Przy tak wymagającym rywalu jego witalność, dynamika gry, powtarzalność klasowych zagrań, wpływ na wynik już nie te same co jeszcze 2-3 lata temu. Minęły czasy, gdy Creus był takich meczów postacią decydującą, ale to temat na inną „wciszową" bajkę.

Trudniej wygrać mecz, w którym nie wszystko wychodzi

Łatwo wygrać mecz, grając śpiewająco. Pamiętamy Manitę. Tym razem Barçy długo nie szło. Do gola Neymara - nic. Dlatego trudno powiedzieć, że był to mecz ładny. Chyba nawet się nie da. Zacięty - to na pewno. Dobrze dla zwolenników Blaugrany, że z tego klinczu dwóch przeciwników o równie ambitnych planach na ten sezon, zwycięsko udało się wyjść Katalończykom. Pokonanie Realu to najlepsza na tym etapie sezonu zachęta dla „Taty" Martino i jego wojowników aby konsekwentnie realizować swoje dotychczasowe założenia. Wyeliminować mankamenty, udoskonalić koncepty taktyczne, podszlifować atuty. Dobrze dla culés, bo kolejny ranek był miłą odmianą po nerwowej niepewności poprzednich dni.

Gorsze to doświadczenie dla Madrytu, ale przed udaniem się w towarzystwie drinków z palemką w krainę euforii, wszyscy culés powinni moim zdaniem bardzo zdecydowanie wstrzymać konie.

Derbowo silniejsi słabościami rywala

W przeciwieństwie do pamiętnej manity, finałów Ligi Mistrzów 2009 i 2011 czy swych ostatnich KMŚ, Barça pokonała wymagającego rywala nie tylko orężem klasy własnej. Zwycięstwo miesiąc temu nad klubem z Madrytu mimo wszystkich wymienionych w tym tekście zasług, w równej mierze co własnej skuteczności - „Duma Katalonii" zawdzięcza taktycznym błędom (Bale w ataku, ustawienie Ramosa na pozycji DP), niewykorzystanym możliwościom kadrowym (nie tylko brak Isco, ale też decydującego już wiosną o losach GD Moraty) oraz całej paczce świetnych, wymarzonych i zmarnowanych sytuacji, jakie Real miał na zmianę wyniku.

Pamiętajmy o tym, gdy w grudniu, styczniu, lutym i może jeszcze dłużej, dzięki wynikowi sprzed miesiąca będziemy sobie wyniośle spoglądać na Real z ligowego Olimpu.

Na drodze do odrodzenia

Mecz sprzed miesiąca jest najlepszym dowodem na to, że jedyną szansą na odrodzenie Barçy w tym sezonie (i najbliższych latach) w aspektach: taktyki, płynności gry, odzyskania (odtworzenia?) przewagi konkurencyjnej, powrotu na ścieżkę wielkich zwycięstw i ogromnych sukcesów na miarę tej grupy piłkarzy, tej klasy fachowców wokół oraz finansowej stabilizacji - jest postępująca dywersyfikacja w grze ofensywnej. Konsekwentne stawianie na Fàbregasa, Neymara, Sáncheza w tych sektorach boiska, w których obaj poprzedni trenerzy Barçy widzieli jedną osobę. Messiego.  

Po październikowych Gran Derbi wiemy przede wszystkim to, że kolejny Klasyk bez gola (ani nawet asysty) Messiego może wskazywać Barçy drogę do wielkości precyzyjniej niż wydawało się nam podczas przekacowanego ranka po meczu. Ekipa pełna mistrzów świata, Europy, z największym talentem młodego pokolenia na świecie i innymi graczami stanowiącymi ścisłą światową czołówkę na swoich pozycjach - wciąż może być tą wielogłową hydrą, jak za czasów swoich największych sukcesów ostatnich lat, kąsającą golami i manitami wszystkie najlepsze kluby świata. Dobro Barçy wymaga tylko jednego. Pełnej współpracy z kolektywem ze strony jej największej gwiazdy.

Trzymajcie kciuki za Tatę Martino. Jeśli przebudowa zespołu polegająca na aksamitnej relokacji akcentów pomiędzy jej głównymi postaciami powiedzie się Argentyńczykowi, ten sezon będzie wielkim krokiem Barçy z powrotem na tron. Jeśli mu się nie uda - ten sam sezon będzie gwoździem do trumny Barçy ery „Sześciu Pucharów".

* Ze względu na sumę technicznych umiejętności piłkarzy i dominującą w lidze taktykę, La Liga to najbardziej pasjonujące rozgrywki dla sympatyków otwartego, ofensywnego, epickiego futbolu. Premiership od bez mała dekady uwielbiam za inne przymioty i ostatnio nawet oglądam częściej. Numerem 1 niezmiennie Hiszpania.

* Swoją drogą, z perspektywy miesiąca można zaryzykować tezę, że tą jedną decyzją Włoch złamał kręgosłup pewności siebie Hiszpana, którego dyspozycja z września i października może być w tym sezonie już nie do odzyskania. Hurtowe na starcie rozgrywek gole i asysty byłego gracza Málagi dziś są na Bernabéu mglistym wspomnieniem.)

* Tata Martino wystawił go w nielubianym punkcie boiska i ściągnął już w 70. min. GD, lecz przezornie dowartościował minutami i znaczeniem przy innych okazjach.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (1)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze