Przy Canaletes mówią. Pożegnania

Mateusz Bystrzycki

3 lipca 2014, 19:30

28 komentarzy

„Zrobiła to jeszcze raz, a on pomyślał, kładąc się w łóżku na plecach, wreszcie rozluźniony: i wiele jeszcze usłyszysz, i wiele jeszcze zobaczysz, parę łopat ziemi, które rzucą na twe martwe marzenia, na twe zgniłe już wiosny i zgasłe gwiazdy”.*

Pożegnania nigdy nie są łatwe. Jeszcze jeden uśmiech, jeszcze jeden dotyk, jeszcze jedna łza. I świadomość, że to wszystko po raz ostatni. A potem już nic. Jedyne, co zostaje, to wspomnienia. I pamięć o tym, co było dobre. Víctor Valdés, Carles Puyol i Xavi Hernández gaszą światło, zamykają drzwi i z bagażami pełnymi niełatwych, ale i pięknych doświadczeń – odchodzą. Pożegnania nigdy nie są łatwe.

Pożeg­na­nia są naj­trud­niej­sze nie dla tych, którzy od­chodzą, ale dla tych, którzy zostają. Nie ma sensu przywoływanie wszystkich osiągnięć Valdésa, Puyola i Xaviego. Liczby i indywidualne odznaczenia mówią dużo, ale nie wszystko. Bezcelowe wydaje się również przytaczanie znanych anegdot, opowiadających historię lojalności, wierności i oddania bordowo-granatowym barwom wyżej wymienionej trójki. Wszyscy przecież wiemy, że Valdés tak naprawdę nigdy nie chciał zostać bramkarzem. Wyszydzany i wzgardzany podjął próbę przebycia niełatwej drogi, jakby na przekór losowi i wbrew wszystkim. Wdrapał się na szczyt, choć nigdy nawet nie marzył o tym, że Olimp faktycznie będzie dla niego.

Nieobca kibicom FC Barcelony jest także litania wszystkich spektakularnych interwencji Puyola, w tym ta, najbardziej filmowa, epicka, klatką piersiową. Culés znają również historię, w której „Puyi” – pomimo oszałamiającego blasku chwały przy okazji wygrania Pucharu Europy – nie zapomina o najważniejszych w środowisku barcelonismo wartościach i oddaje opaskę Érikowi Abidalowi, aby ten wzniósł ku niebu lśniące trofeum. Albo też 2003 rok i gotowość Puyola do transferu, który miał pomóc klubowym finansom.

Znamy też wysiłek i upór, jaki w drodze do pierwszego zespołu FC Barcelony wykazywał Xavi. Liczby, biografie i anegdoty już nie mają znaczenia. Kiedy nadchodzi moment pożegnania, liczą się emocje i uczucia. Bo to one, po latach, odpowiednio pielęgnowane, będą dla nas wszystkich, a nie dla nielicznych entuzjastów statystyk, biografów czy kustosza klubowego muzeum.

Byłem w Ciutat Esportiva Joan Gamper w Sant Joan Despí tego dnia, kiedy Carles Puyol ogłosił swoje rozstanie z FC Barceloną. Na cztery godziny przed wzruszającą konferencją prasową było tam refleksyjnie, pogodnie, wręcz idyllicznie. Jak się okazało, to była cisza przed burzą. Niczego nie świadomy wyjechałem z Sant Joan Despí. Kiedy późnym wieczorem włączyłem katalońską TV3, najpierw zaskoczyła mnie sama informacja, a następnie towarzysząca temu narracja. Katalońskie media bez chwili wytchnienia żegnały wielkiego bohatera barcelonismo tak, jakby rozstawał się nie tyle z „Blaugraną”, a całym światem. Podniesiono zbiorowy lament, ze wszystkich przekazów bił szloch wsparty niemal pogrzebową poetyką. Dopiero wówczas uświadomiłem sobie, kim dla „Dumy Katalonii” jest („był” z trudem wystukuje mi się na klawiaturze) „Puyi”. A kilka dni wcześniej z trybun Camp Nou oklaskiwałem jego bramkę w ligowym starciu przeciwko Almeríi. Ot, gol jak wiele innych. A jednak nie, bo pożegnalny. Ostatni.

Carlesa pożegnano z należytymi honorami. Ba, otrzymał stosowną posadę w klubowej administracji i nadal będzie służył barwom, które w sposób naturalny już dawno temu przylgnęły do jego serca. To, co już na zawsze utkwi mi w pamięci, to nie interwencje, gole czy podniesione puchary. Nawet nie pocałunek kapitańskiej opaski na Santiago Bernabéu. To fragment pożegnalnej kompilacji filmowej, w której Llorenç Cortina, prezes penyi z La Pobla de Segur, wywołuje na oczach kamer TV3 14-letniego wówczas Puyola. Kędzierzawa burza loków, wytarty komplet dżinsowy i niepewne, onieśmielone ruchy. Szybko wstaje i równie prędko kryje twarz w ramionach. Nieśmiały, nieco zdystansowany. Aż trudno uwierzyć, że kilkanaście lat później stał się jednym z najodważniejszych wojowników współczesnego futbolu. Ale wtedy był jeszcze dzieciakiem, z sercem pełnym marzeń, które miały się spełnić. I takiego go zapamiętam. To dobrze, że ten na górze czasem sprawia, że mrzonki stają się rzeczywistością. Zwłaszcza, że „Puyi” należy do kategorii ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie na to zasługują.

Takiego pożegnania nie miał Valdés. Odszedł po cichu, jakby w cieniu. Trochę w swoim stylu. Odszedł jako najlepszy bramkarz świata. W stosownym rozstaniu sportowym przeszkodziła mu kontuzja, która przyszła w najmniej spodziewanym momencie. Ale on „dość” powiedział już dawno temu. Nie dowierzałem, kiedy przed dwoma laty w prasie pojawiły się pierwsze informacje o możliwym odejściu Valdésa z klubu. Wydawało mi się naturalną koleją rzeczy, że 32 - latek pięknie zestarzeje się między słupkami barcelońskiej bramki. A on, ciągle niedoceniany i skonfliktowany z władzami klubu, postanowił tak po prostu odejść. Andoni Zubizarreta kłamał w sprawie przedłużenia jego kontraktu, a Sandro Rosell prawdopodobnie nie chciał spełnić finansowych roszczeń Valdésa. Najlepszy bramkarz w historii „Blaugrany” (przepraszam Antoniego Ramalletsa) uznał, że środowisko klubowych władz nie okazało mu należytego szacunku. Ponadto, tajemnicą poliszynela są poważne problemy finansowe wychowanka FC Barcelony. Pełnej prawdy o odejściu Valdésa nie poznamy póki sam zainteresowany nie uzna za stosowne ujawnienia pikantnych szczegółów. Podobnie rzecz wygląda w przypadku Pepa Guardioli, w tym jego relacji z rodziną Tito Vilanovy. A może lepiej nie wiedzieć wszystkiego? Zostawić buzujące emocje ludzi przykryte kołdrą przyzwoitości i wymownego milczenia i po prostu pozwolić na pielęgnowanie pięknych wspomnień.

Tego ostatniego jeszcze nie żegnam. Naiwnie wierzę, że Xavi zmieni zdanie i zostanie z barcelonismo jeszcze przez rok. A potem kolejnych pięć, dziesięć. I tak aż do końca, jako trener, dyrektor czy może prezydent. Być może Luis Enrique zdoła przekonać „Generała” do odegrania w jego nowym projekcie ważnej, choć nie najważniejszej roli. Można mieć zastrzeżenia do sportowej jakości „Generała”, ale kwestionowaniu nie powinna podlegać jego siła mentalna, wolicjonalna. Niech odejdzie w glorii chwały, z tytułami, może już nie jako piłkarz podstawowego składu, ale za to posiwiały nestor ze złotym medalem na szyi. Wielu z Was szydzi z publicznych wypowiedzi „Creusa”. A ja dostrzegam w tym wiarę we własne ideały, lojalność względem ludzi i zasad, przywiązanie do najbliższego otoczenia. I tak jak on, wolę zginąć ze swoimi ideami, niż przetrwać dzięki obcemu dekalogowi.

Barça traci trzech (dwóch?) charyzmatycznych kapitanów, których mentalne zastąpienie będzie niemożliwe. Przynajmniej nie od razu, szatnia potrzebuje czasu, aby wykreować nowych liderów. Dreszcz wędruje mi po plecach, gdy myślę o stykowych sytuacjach na boisku, w których rolę adwokata „Dumy Katalonii” przejmują Andrés Iniesta czy Leo Messi.

Barça traci trzech (dwóch) znakomitych piłkarzy. O ich jakości niech świadczą dotychczasowe dokonania. Zsumujcie zdobyte przez nich trofea. I nie pociesza mnie myśl o znaczącym odciążeniu płacowego budżetu. Z przyjemnością dokładałem się do ich zasłużenie pokaźnej pensji biletem na mecz i klubowego muzeum czy meczową koszulką z La Botigi.

Nigdy nie ma dobrego momentu na pożegnanie. Kolejne rozstania nie hartują, nie uodparniają. Każde boli, bardziej lub mniej, ale boli. Bez względu na to, czy jest bezszelestne, czy może emocjonalnie rozbujałe. Nie znajduję słów, aby stosownie pożegnać tak zasłużonych dla barcelonismo postaci. Nic innego oprócz wyświechtanego „dziękuję” nie przychodzi mi do głowy. Pozostają wspomnienia, które należy pielęgnować. Bardziej niż połyskujące na półkach klubowego muzeum puchary, które podarowali nam odchodzący mistrzowie.

Mateusz Bystrzycki - dziennikarz Sport.pl, autor książki "Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou"

*Juan Marsé, „Dziewczyna w złotych majtkach”.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (28)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze