Obrońca Argentyny schodzi z piedestału, ale nie porzuca marzeń o mistrzostwie.
Rozmowa z Javierem Mascherano na dobę przed finałem mistrzostw świata. Po meczu z Holandią zawodnika Barçy porównuje się do słynnego filmowego bohatera. Co on o tym myśli?
- Uważasz się za Rambo?
- Nie, nie, nie. Ja nie jestem ani Rambo, ani generałem San Martinem, ani żadnym innym bohaterem… Nie zgadzam się z tym, co o mnie teraz mówią. Słucham tego z uśmiechem na twarzy, ale czuję się zawstydzony. To nie jest jakaś fałszywa skromność, bo to by było nawet gorsze od pychy. Chodzi o to, że kiedy za bardzo ci się schlebia, ludzie zaczynają oczekiwać od ciebie rzeczy niemożliwych. Od jakiegoś czasu utrzymuje się przekonanie, że pewne osoby są w stanie dokonać tego, czego w rzeczywistości nie mogą zrobić.
- Możesz spać?
- Źle sypiam w czasie całego mundialu. To niedobrze, bo turniej jest długi i pojawia się niepokój. Przed nami najważniejsze spotkanie, więc chociaż jest ciężko, staramy się odpoczywać.
- I śnić? Śnicie o podnoszeniu pucharu?
- Ja nie miałem takiego snu, ale jeśli mi się to przytrafi, to mam nadzieję, że to Leo będzie go trzymał. Nie myślę jeszcze o tych rzeczach. Chcę wygrać finał i zostać mistrzem świata, ale póki co cieszę się, że w ogóle doszliśmy tak daleko i zagramy w najważniejszym meczu. Obyśmy to my mogli się na końcu cieszyć. Obyśmy zagrali bez strachu i kompleksów.
- Przecież ty tak właśnie grasz. Stąd takie uznanie.
- Najlepszym uznaniem jest to, że mówi się o mnie w piłkarskim świecie i docenia jako osobę, bo zawsze byłem sobą i nie udawałem nikogo innego. Jestem wdzięczny za całą ludzką życzliwość, ale powtarzam: nie lubię pochwał, źle się przez nie czuję.
- Bielsa mawiał, że sukces zmienia człowieka. Zgadzasz się z tym?
-Marcelo powiedział, że to dzięki porażkom się rozwinął. Sukces sprawia, że zakochujesz się w samym sobie, wydajesz się sobie bardziej atrakcyjny, lepszy niż jesteś w rzeczywistości. Dlatego też ważne jest, by zachować równowagę i, przede wszystkim, spokój ducha.
- Musisz jednak przyznać, że naprawdę świetnie prezentujesz się na tym mundialu.
- Podczas tego turnieju, kiedy drużyna dobrze współpracuje, rozwijają się indywidualności. Mieliśmy szczęście, że Angel zdobył gola w 120. minucie, a Chiquito obronił karne. Dzięki temu jesteśmy w takiej, a nie innej sytuacji. Gdyby wszystko potoczyło się odwrotnie, byłbym jednak tak samo spokojny. Oczywiście, jestem zadowolony z własnej postawy, nie zamierzam tego ukrywać, ale uważam, że analizy i podsumowania powinno się robić na samym końcu. A ten turniej się jeszcze nie skończył. Jutro staniemy przed szansą, która zdarza się raz w życiu.
- Chyba nie można się z tym nie zgodzić?
- Po meczu z Belgią bałem się, że po 24 latach nieobecności w ćwierćfinale za bardzo się zrelaksujemy. Zrobiliśmy jednak jeszcze jeden krok naprzód. Jeśli ten zespół ma coś po sobie zostawić, to będzie to zwycięstwo. Być może nie zdobędziemy tytułu, ale wygramy w inny sposób. Damy Argentyńczykom powód do dumy, drużynę, która ich godnie reprezentowała.
- Drużynę, która nie stosuje już tylko pionowej ofensywy…
- Zespół ewoluował. Zmienił się w porównaniu do pierwszego meczu, gdzie było pięciu obrońców. Zrobiliśmy krok naprzód w kwestii rozgrywania spotkań i dostosowywania się do przeciwników. Synchronizacja defensywy, jaką mieliśmy w meczu z Holandią, świadczy o naszym rozwoju. Obyśmy w spotkaniu z Niemcami byli równie zdecydowani.
- Jaka będzie wasza taktyka, czy przeciw Niemcom zagracie tak samo jak przeciw Holandii?
- To będzie zupełnie inny mecz. Ten zespół ma więcej graczy w środku, między liniami, i to właśnie tam będziemy musieli być najbliżej i szybko zmieniać pozycje. Oni bronią i atakują, będąc przy piłce. Jeśli zostawisz im miejsce, wyeliminują cię. Pokazali to w meczu z Brazylią. Są bardzo dobrzy, silni, skuteczni i wiedzą, o co grają. Ja jednak wierzę w Argentynę. Nasza drużyna jest pewna siebie i wie, co ma robić, a to jest najważniejsze. Z naszą bronią jesteśmy w stanie ich unieszkodliwić i przysporzyć im problemów.
- Do tego potrzebujecie Messiego. Bardziej niż kiedykolwiek.
- Leo rozruszał tę drużynę już od pierwszego meczu, a potem dostosował się do potrzeb, jakie ma zespół. W niektórych spotkaniach poświęcał się dużo bardziej niż tego od niego oczekiwaliśmy, ale wyszło nam to na dobre. Obyśmy w niedzielę mogli pomóc mu bardziej niż on nam. W ostatnich dwóch meczach, z różnych przyczyn, zespół nie był w stanie dać mu tego, czego potrzebował.
- Jeśli zdobędziecie mistrzostwo świata, odejdziesz z reprezentacji?
- Cel nie został jeszcze osiągnięty i nie zastanawiałem się nad tym, co będzie dalej. Bilans zrobię w poniedziałek. Dziś czuję się zaszczycony, że mam okazję do tego rewanżu. Wielu moim reprezentacyjnym kolegom nie było to dane. Przygotowania do meczu są zbyt ważne, by tracić energię na tworzenie jakichś osobistych planów. Oszukiwałbym i siebie, i kolegów.
- Neymar cię zaskoczył?
- Pokazał klasę, mówiąc, że życzy nam zwycięstwa. Mnie zaskoczyło coś innego, po przyjściu do Barcelony zajął się wyłącznie odgrywaniem przydzielonej mu roli. W obecnej sytuacji to nie jest już takie proste.
- A Sabella? Zaskoczył cię czy wiedziałeś, że stanie na wysokosci zadania?
- To osoba, która nie potrzebuje specjalnego szumu: robi to, bo wie, że tak trzeba. Jest uczciwy, profesjonalny, dobrze przygotowany i zna swoje miejsce. Byłoby niesprawiedliwym oceniać go wyłącznie pod względem sportowym. Sprawił, że znów wróciła u mnie chęć do gry w reprezentacji. Muszę przyznać, że byłem bardziej na zewnątrz niż w środku. Zaczęliśmy jednak coś tworzyć i chęci mi wróciły. Podobnie było w przypadku wielu moich kolegów.
- Maradona miał rację, mówiąc, że na boisku jest Mascherano i dziesięciu innych zawodników?
- Tutaj nie ma Mascherano, ani Messiego. Jesteśmy razem: ci, którzy tu są, ci, którzy zostali, i ci, którzy pomogli nam tu trafić. Jesteśmy dumni, że udało nam się utworzyć tak dobrą drużynę, w której wszyscy zmierzamy w tym samym kierunku.
Komentarze (88)