Przy Canaletes mówią. Independència

Mateusz Bystrzycki

11 września 2014, 18:29

63 komentarze

„Miasto wypełnione jest milczącymi przechodniami, w ich oczach odbijają się mury, ich gardła wysuszyła rozważna cisza. W górę La Rambli i w dół. Jak zwykle. Strażnicy, policja i wojskowi obserwują wyciszoną demonstrację, podczas gdy ich szósty zmysł sprawia, że słyszą „Odę do radości”, śpiewaną przez ostrożną duszę osieroconego miasta, przez mądrą duszę okupowanego miasta. Nad horyzontem gór Collserola korki od szampanów wzbijają się w jesienny zmierzch. Jednak nikt nie usłyszał nawet dźwięku. Barcelona to w końcu miasto, którego nauczono dobrych manier. Cicha zarówno w swojej radości, jak i swoim smutku”.*

FC Barcelona przetrwała okresy bezwzględnych dyktatur Miguela Primo de Rivery i Francisco Franco. W sumie, w najnowszej historii świata, naród Kataloński i jego piłkarska duma były represjonowane i ciemiężone przez niemal 50 lat. Fundamenty społeczno-polityczne regionu ocalały także dzięki funkcjonowaniu Barçy, która była postumentem, bastionem katalońskiej tożsamości.

I choć obecne władze klubu dystansują się od bieżących procesów politycznych, to jednak rola, jaką w przeszłości odegrała w tej materii Blaugrana, jest niepodważalna i niekwestionowana. Ba, w moim mniemaniu to jeden z czynników, które czynią FC Barcelonę unikalnym i niepodrabialnym podmiotem w świecie piłkarskich klonów. Polityczne, społeczne i kulturowe zaangażowanie Barçy w procesie umacniania ducha Katalończyków powinno być dla barcelonismo powodem do dumy.

Generał Francisco Franco zmarł 20 listopada 1975 roku. Tego samego dnia w siedzibie FC Barcelony doszło do wybuchu niepohamowanej radości. Co prawda, prezydent klubu Agustí Montal wysłał do Madrytu serię współczujących telegramów, ale dwaj działacze klubu - Jaume Rosell i Joan Granados - nie zamierzali taplać się w oparach hipokryzji. Kiedy tylko Montal opuścił pokój, w którym odbyło się krótkie spotkanie przedstawicieli Barçy, Granados chwycił stojące na jednej z półek popiersie Franco i cisnął nim o podłogę. Rzeźba rozbiła się w drobny mak. Po kilku minutach w gabinetach Dumy Katalonii pojawili się kibice klubu, którzy domagali się pozwolenia na usunięcie z katakumb stadionu Barçy śladów istnienia blisko 40-letniego reżimu. Ze ścian błyskawicznie zniknęły zdjęcia znienawidzonego dyktatora, a także napis upamiętniający poległych w wojnie domowej frankistów („Za Hiszpanię i za Boga”).

Rewolucyjne nastroje Katalończyków umacniała coraz odważniejsza działalność znanego polityka i przedsiębiorcy Jordiego Pujola, który później, w wolnej już Hiszpanii, przez 23 lata był szefem Generalitat de Catalunya. W swoim politycznym manifeście, jakim była książka zatytułowana „Zbudować Katalonię”, Pujol napisał: „Człowiek jest zbiorem mentalności, języka i uczuć. (…) Pierwszą cechą charakterystyczną człowieka musi być chęć przetrwania. To właśnie, bardziej niż wszystko inne, zapewnia rozwój i niezależność duchową”.

Owa niezależność i chęć przetrwania sprawiły, że gdy w kilka miesięcy po śmierci Franco na Camp Nou przyjechał faworyzowany przez upadły reżim Real Madryt, na trybunach pojawiło się niemal 75 tys. katalońskich flag. Barwy, którym przez wiele lat wierność i lojalność można było okazywać jedynie po cichu, dyskretnie, w ukryciu, zajaśniały w pełnej krasie w nieprzypadkowym miejscu. Bo stadion FC Barcelony był świątynią uciskanego narodu, gdzie katalońskość oznaczała dumę, odwagę i radość, a nie wstyd, smutek i poniżenie. Barça długo remisowała z Realem 1:1, ale w doliczonym czasie gry na listę strzelców wpisał się Charly Rexach. Historia rozpoczęła się na nowo.

W ten sposób Blaugrana jawnie stała się instytucjonalnym liderem zachodzących w Hiszpanii politycznych zmian. Tym bardziej, że chwilę później jej czołowi działacze zaangażowali się w powrót z przymusowej emigracji Josepa Tarradellasa, lidera lewicowej Esquerra Republicana de Catalunya. 23 października 1977 roku został on przewodniczącym katalońskiego rządu. Kilka dni później Tarradellasa zaproszono na ligowy mecz Barçy. Tej niedzieli regionalne barwy królowały nie tylko na trybunach Camp Nou, ale również na murawie stadionu. Kiedy Tarradellas pojawił się w loży dla ważnych gości, rozwinięto olbrzymią senyerę, a oczom wszystkich zgromadzonych ukazał się szlachetny napis: „Witaj w domu, prezydencie!”.

- Dzisiaj jest wspaniały dzień. Dla tysięcy kibiców Barçy, którzy zdołali dokonać niemożliwego, utrzymując przy życiu ducha Katalonii, walcząc i poświęcając się, by pozostać wiernym tej wspaniałej instytucji - powiedział Montal. Jednak najważniejsze słowa tego dnia padły z ust Tarradellasa. - Cała Katalonia walczyła o wolność, którą teraz w końcu zyskaliśmy. Jestem pewien, że zdołacie pozostać wiernymi katalonizmowi i sprawicie, że Katalonia zawsze będzie bogata, silna i wolna. Niech żyje Barça, niech żyje Katalonia - wykrzyczał euforycznie przewodniczący Generalitat de Catalunya. Łatwo wyobrazić sobie entuzjazm, jaki towarzyszył tysiącom zgromadzonych na stadionie culés. Po raz pierwszy od lat terroryzowany i zwalczany naród mógł powiedzieć głośno to, co do tej pory zdołały pomieścić jedynie urywane myśli.

W wymagających demokratycznego porozumienia czasach FC Barcelona złagodziła swój polityczny rys. W chwili obecnej, w obliczu zbliżającego się referendum w sprawie odłączenia się Katalonii od reszty Hiszpanii, Josep Maria Bartomeu zachowuje daleko posuniętą ostrożność. - FC Barcelona nie jest uwikłana w politykę. Każdy socio ma swoje zdanie i ja również takie posiadam. Jako klub sportowy z Katalonii będziemy popierać stanowisko większości - powiedział kilkanaście dni temu prezydent. Stanowisko Bartomeu stoi w opozycji do poglądów Joana Laporty, a także np. Pepa Guardioli, który od lat opowiada się za niepodległościowymi dążeniami Katalonii. To ostatni przedstawiciel środowiska barcelonismo, który tak jednoznacznie wsparł autonomię regionu. Od lat, najpierw jako piłkarz, a następnie trener FC Barcelony uczestniczył w składaniu kwiatów pod pomnikiem bohatera narodowego Katalonii Rafaela Casanovy. Kiedy w 2011 roku z rąk miejskich władz odbierał honorowe obywatelstwo, w swoim przemówieniu odwołał się do idei wielkich przywódców katalońskich (nie pierwszy zresztą raz). - Nie ma magicznej formuły na wygrywanie. We wszystkich zawodach jest tak samo. Chodzi o pracę, naprawdę ciężką pracę, i pasję. Jeśli będziemy tak postępowali, Katalończycy będą niezwyciężonym narodem - powiedział Pep.

Wsparcie Guardioli dla idei katalońskiego separatyzmu przypomina o historycznych korzeniach FC Barcelony, a także każe z uwagą spoglądać na wynik listopadowego referendum. Kryzys gospodarczy w Hiszpanii, a także degeneracja klasy politycznej wzmagają wśród Katalończyków, a co za tym idzie także w środowisku barcelonismo, chęć samostanowienia. Kilkadziesiąt lat temu jeden z najbardziej znanych artystów Katalonii Lluís Llach śpiewał: „Czy nie widzisz pala, do którego wszyscy jesteśmy przywiązani? Jeśli się nie uwolnimy, nigdy nie będziemy mogli odejść. Jeśli użyjemy siły, sprawimy, że upadnie. Już nie potrzeba na to wiele czasu. Jest pewne, że upadnie, upadnie, upadnie….”. Wiele (choć nie wszystko) wskazuje na to, że niemal 40 lat po śmierci gen. Franco Katalonia wreszcie będzie zupełnie niepodległa. Bez oficjalnego wsparcia klubu, ale za to z głośnym przyzwoleniem trybun Camp Nou, które w 17 minucie i 14 sekundzie każdego domowego spotkania pokrzykują: „Independència” („Niepodległość”). Te mury ciągle pamiętają koszmar przeszłości.

PS Szanowni kibice FC Barcelony! Równo przed rokiem po raz pierwszy zwróciłem się do Was w ramach cyklu „Przy Canaletes mówią”. Z tej okazji chciałbym podziękować za wszystkie Wasze komentarze przy okazji dotychczas opublikowanych felietonów. To one w największym stopniu mobilizują mnie do dalszej pracy i samorozwoju. Możliwość konfrontowania swojego stanowiska z Waszą opinią w ważnych dla barcelonismo kwestiach jest dla mnie wielkim zaszczytem i wyróżnieniem. Idzie przecież o to, aby - jak mawia Zbigniew Boniek - „pięknie się różnić”. Na końcu i tak przecież łączy nas miłość do tych samych barw. Visça el Barça i Visça Catalunya!

Mateusz Bystrzycki - dziennikarz Sport.pl i autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou".

*Manuel Vázquez Montalbán

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (63)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze