Przy Canaletes mówią. Walczymy o wszystko

Mateusz Bystrzycki

29 stycznia 2015, 15:54

158 komentarzy

„Mówmy wyraźnie - powiedziałem sam do siebie: gdzie jest cmentarz? Na zewnątrz czy w środku? Cmentarz jest w Madrycie. Madryt jest cmentarzem”*

Jest inaczej, lepiej. To była długa i zawiła podróż, pełna zwątpienia i niepewności, zakrętów frustracji i grzęźnięcia na mieliznach rozgoryczenia. I choć Barça Luisa Enrique jeszcze niczego nie wygrała, to z całą pewnością można stwierdzić, że poczyniła postęp, uwalniając się z objęć bylejakości i szarzyzny. Im znów się chce, co oznacza, że niemożliwe nie istnieje. Culés ponownie mogą marzyć.

Symptomy poprawy pojawiły się już wcześniej. Teraz można z niemal niezachwianą pewnością stwierdzić, że Barcelona nie tylko odzyskała charakterystyczne dla swojej tożsamości elementy gry, jak agresywny pressing, wymianę piłki bez przyjęcia czy dobre wyprowadzenie futbolówki spod własnej strefy obronnej. Obecna Barça bowiem zachowuje swój dotychczasowy rys, charakter, ale prezentuje również nowe oblicze, przymioty dotąd Katalończykom obce, nieznane. Rywalizacja na Vicente Calderón spięła klamrą to, co już wcześniej nieśmiało odnotowywaliśmy – Blaugrana świetnie broni (także przy stałych fragmentach gry), sama zdobywa gole po rzutach rożnych i wolnych (świadectwem pracy wykonywanej na treningach niechaj będą te warianty, które nie przyniosły gola, np. strzały Daniego Alvesa z okolic „wapna”) i gra bardziej pionowo i bezpośrednio, rezygnując z bezładnej plątaniny podań przy każdej możliwej okazji. Ponadto Barça na dobre odrzuciła swój kaznodziejski charakter. Dziś jest to zgraja facetów zdolnych do podjęcia rywalizacji na warunkach narzuconych nawet przez wyjątkowo brutalne Atlético (czy tylko mnie się wydaje, że bezradność Diego Simeone - trenera sprawiła, że obłęd Diego Simeone - piłkarza przywołał nad rzekę Manzanares ducha José Mourinho?).

Wczoraj przy 75-procentowym posiadaniu piłki goście wykonali 633 podania (dla porównania Rojiblancos tylko 209). Aż 12 z nich to tzw. „crossy”, w sumie Blaugrana uzbierała 75 długich zagrań. To niby jedynie 11 procent całości, ale jednak aż dwie sytuacje stworzone po szybkich, wertykalnych podaniach przyniosły Barcelonie gole. W sumie podopieczni Luisa Enrique zaatakowali aż 15 razy, 9 po otwartym przemieszczeniu się pod bramkę rywala, co nazywamy zagrożeniem „z gry”. Barça wykonała 3 stałe fragmenty, w tym jeden rzut rożny, który dał jej samobójcze trafienie Mirandy. Drużyna postawiła na efektywność, którą zyskiwała dzięki przewadze osiąganej w bocznych sektorach boiska. Tylko 29 procent ataków ekipy z Camp Nou zostało przeprowadzonych środkiem, co oznacza, że wbrew nie tak przecież dawnym wspomnieniom, Blaugrana nie tkała gęstej sieci podań w centrum boiska, z dala od pola karnego rywala.

Co ciekawe, trudno oprzeć się wrażeniu, że ekipa Lucho zagrała inaczej niż w pierwszym meczu ligowym (3:1) i pucharowym (1:0). Tam prowadziła grę, długo utrzymywała się przy piłce, szukała całkowitej kontroli nad boiskową materią. Wczoraj, ku zaskoczeniu Simeone i jego podopiecznych, poszła na nieco chaotyczną wymianę ciosów, przyjmując warunki agresywnie nastawionego rywala. Goście podnieśli rękawicę i dzięki korzystnemu wynikowi z pierwszej odsłony pucharowej przepychanki postanowili wypunktować słabości przeciwnika. Przecież Atlético musiało się odkryć, potrzebowało gola. Rojiblancos odrobili straty już w 38. sekundzie rewanżu, ale wówczas goście błyskawicznie wyprowadzili cios, który miał być ich celem na całe spotkanie - zdobyli gola, który de facto rozstrzygnął losy awansu.

Prawdopodobnie nie byłoby to możliwe, gdyby Leo Messi ustawiony był w środku, a nie na skrzydle, gdzie miał więcej miejsca, w związku z czym łatwiej było o wygranie pojedynku, co daje istotną przewagę. Na przestrzeni trzech ostatnich meczów przeciwko madrytczykom ani razu nie oglądaliśmy obrazka z poprzedniego sezonu, gdy osaczony przez agresywnych rywali w centrum boiska Argentyńczyk pozostawał bez wpływu na grę drużyny. Tym razem Simeone nie mógł podwoić czy potroić krycia przy Messim na skrzydle, bo tym samym za dużo swobody otrzymaliby Luis Suárez i Neymar. Łatwo przewidzieć skutki takiego rozwiązania.

Wczorajsze zwycięstwo Barçy nie byłoby także możliwe gdyby nie wspomniany Suárez, ciągle nieskuteczny, ale również nieustannie będący w ruchu, „wyciągający” wrogich obrońców z ich pozycji, szarpiący, walczący i szukający wolnej przestrzeni. Urugwajczyk stale pudłuje w prostych sytuacjach, nadal nie odzyskał swobodnego instynktu łowcy goli, ale pomimo nieustannych strat i problemów z przyjęciem lub odegraniem piłki stać go na posłanie jednego, kluczowego podania. Wczoraj zanotował 10. już asystę w bordowo-granatowych barwach. W poprzedniej kampanii miał ich tylko o 4 więcej.

Środowy triumf nie byłby prawdopodobnie możliwy, gdyby w środku pola zabrakło walecznego Ivana Rakiticia. Chorwat nie przetrzymuje zbyt długo piłki, nie wykonuje zbędnych „kółeczek”, wybierając najczęściej rozwiązania najprostsze i najszybsze. Wiąże się to z ryzykiem straty futbolówki, ale jednocześnie zwiększa prawdopodobieństwo zaskoczenia przeciwnika w chwili, gdy ten ciągle porządkuje swoje zasieki, na nowo ustawia skondensowaną defensywę.

No i Neymar… W posłowiu do książki Luki Caiolego „Neymar. Nadzieja Brazylii, przyszłość Barcelony” przywołałem wydarzenia z 2010 roku, kiedy na antenie telewizji Sportklub miałem przyjemność skomentować mecz Santosu z Atlético Mineiro. W tamtych dniach Ney był pod ostrzałem mediów, bo wdał się w konflikt z ówczesnym szkoleniowcem Peixe Dorivalem Júniorem. Poszło o niewykorzystane rzuty karne. Piłkarz z Mogi das Cruzes otrzymał zakaz wykonywania „jedenastek”, który złamał podczas spotkania z Atlético. Podszedł do futbolówki ustawionej „na wapnie” i spudłował. Po raz piąty z rzędu. Dziś brzmi to jak herezja, wymysł brukowej prasy. Przemiana, jaka zaszła w tym ciągle przecież młodym piłkarzu, jest imponująca. Przemiana na boisku i poza nim, w głowie człowieka, którego już dawno mogły zepsuć sława, pieniądze i celebrycki przepych. Wygląda jednak na to, że Ney wybrał drogę odmienną od wielu niespełnionych talentów. On chce zostać najlepszym piłkarzem na świecie. Liczby nie kłamią, warto więc otwarcie przyznać, że 22-latek jest dziś na najlepszej drodze do zdetronizowania Leo Messiego.

Ale póki co, to Argentyńczyk ciągle zasiada na tronie, dumnie dzierżąc w dłoni berło najlepszego, które w niczym nie przypomina wręczonej niedawno Złotej Piłki. Tę niech wznoszą ku niebu inni. Diego Simeone powiedział wczoraj: „Sam Messi jest bardziej groźny niż całe trio Cristiano - Bale - Benzema”. Bez asysty i gola Argentyńczyk zagrał na poziomie kosmicznym, nieosiągalnym dla zwykłych śmiertelników. Oddał 2 celne strzały, zanotował 2 kluczowe podania, 6 dryblingów i 5 crossów. Podawał z niemal 85-procentową skutecznością, co przy nierzadkim wybieraniu rozwiązań wręcz fantazyjnych, niesztampowych jest wynikiem olśniewającym. Hiszpańscy dziennikarze wyliczyli, że w trzech meczach w tym sezonie przeciwko Rojiblancos 27-latek wykonał 30 udanych dryblingów. Dla porównania, Cristiano Ronaldo w 18 meczach Primera División uzbierał ich raptem 19. A'propos Portugalczyka - w dniu, w którym za 5. czerwoną kartkę w barwach Realu Madryt Ronaldo otrzymał karę zawieszenia na 2 spotkania (w moim przekonaniu skandalicznie niską), Messi pokazał na murawie Vicente Calderón niespotykaną wręcz klasę, elegancję. Argentyńczyk był faulowany aż 7 razy, w przeważającej większości bezczelnie, prostacko. Prawdopodobnie emocje buzowały w nim w stopniu trudnym do wyobrażenia, ale na zewnątrz as Barcelony pozostawał spokojny, stonowany i wyrozumiały.

Ten wieczór miał wielu bohaterów i „upadłych aniołów”. Nie sposób napisać o wszystkim, sprowadzenie wczorajszego boju do hasła „kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie” byłoby tyleż prawdziwe, co po prostu płytkie, powierzchowne. Należałoby również wspomnieć o Marku-André ter Stegenie, który aktualnie wydaje się być kreatywniejszym aniżeli Andrés Iniesta (podanie do Neymara…); o przykrym schyłku Don Andrésa właśnie, najsłabszym w tym sezonie meczu w wykonaniu Javiera Mascherano, o powrocie „Piquénbauera” (Piqué nie przegrał żadnego z 18 meczów przeciwko Rojiblancos, zaliczył wczoraj 5 wybić piłki, najwięcej spośród wszystkich przebywających na murawie) i o decyzjach „Lucho”, które z chaotycznych strzałów na oślep stały się rozsądnymi, analitycznie wyważonymi racjami. Wystarczyło uporządkowanie spraw oczywistych i porzucenie absurdalnych dogmatów, aby Barça odzyskała blask. Od pamiętnego meczu na Estadio Anoeta bilans Blaugrany to: 7 spotkań, 7 wiktorii, 26 goli strzelonych i 3 stracone (z czego 2 po niesłusznie odgwizdanych rzutach karnych). Kryzys zażegnany. Tym piłkarzom po prostu trzeba pozwolić na spokojne wykonywanie swojej roboty. Nic więcej.

Bo Barcelona została pierwszą drużyną, która strzeliła trzy gole na Vicente Calderón od kiedy Atlético objął Simeone. Ba, Blaugrana wygrała w bieżącym sezonie już trzeci mecz przeciwko Rojiblancos, podczas gdy w poprzednim nie zwyciężyła w żadnej z aż 6 prób. Niech to będzie najlepszym świadectwem wykonanego postępu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ten sezon rozpoczyna się na nowo. Niechaj w tym miejscu znów wybrzmi typowo barcelońskie: „Walczymy o wszystko”.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou".

*Mariano José de Larra

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (158)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze