Hiszpański futbol nie zatrzyma się w ten weekend. Krajowy Sąd Karny i Administracyjny przychylił się do wniosku LFP i uchylił strajk, który groził sparaliżowaniem wszystkich rozgrywek piłkarskich w Hiszpanii. Nie oznacza to jednak, że konflikt, u którego podstaw leży nowa ustawa dotycząca centralizacji i podziału praw telewizyjnych, został zakończony.
Krajowy Sąd Karny i Administracyjny przyznał rację LFP, która uznała, że ogłoszony 6 maja przez RFEF strajk obejmujący wszystkie rozgrywki krajowe, nie był legalny. Tym samym federacja nie miała wyjścia i odwołała zawieszenie rozgrywek, które miało się rozpocząć w dniu dzisiejszym. Już o 16.00 ligową kolejkę w Segunda otworzą Leganes i Sabadell. W niedzielę zaś będzie nam jednak dane obejrzeć pojedynek Barcelony z Atlético, w którym aktualny lider La Liga zmierzy się z obecnym mistrzem Hiszpanii. Jednak fakt, że iberyjski futbol nie został spraliżowany, nie oznacza wcale, że zapalna kwestia podziału praw telewizyjnych została zamknięta.
Przewodniczący Izby Pracy Sądu Najwyższego jest zdania, że zatrzymanie rozgrywek doprowadziłoby do chaosu i dezorganizacji. "Strajk uniemożliwiłby dokonanie ostatecznych rozstrzygnięć w Primera i Segunda División B, dotyczących także kwestii samego mistrzostwa. Taki stan rzeczy doprowadziłby do poważnego chaosu organizacyjnego, którego rozwiązanie byłoby bardzo trudne, biorąc pod uwagę międzynarodowe zobowiązania reprezentacji Hiszpanii i samych klubów". Mowa oczywiście o zbliżających się rozgrywkach Copa América oraz eliminacjach do mistrzostw Europy. Co więcej sąd uznał, że niektóre z argumentów wysuniętych przez RFEF i AFE wskazują na to, że ich postulaty mogą mieć na celu "zmianę aktualnie istniejącego porozumienia zbiorowego".
Kolejna iskra zapalna
Decyzja podjęta przez sąd stała się wodą na młyn dla Javiera Tebasa, prezydenta LFP, który już wcześniej wspominał o istnieniu nieformalnych powiązań pomiędzy hiszpańską federacją piłkarską a związkiem zawodowym piłkarzy. Teraz Tebas otwarcie nazywa ten związek mianem "kumoterstwa". Wydaje się, że w wyniku decyzji sądu, bez wątpienia korzystnej dla hiszpańskiego futbolu, podziały pomiędzy ministerstwem sportu i LFP z jednej strony a RFEF i AFE z drugiej jedynie się pogłębiły. "Zwycięzcą" może czuć się LFP i jej prezydent Javier Tebas. Ten jednak nie ma zamiaru łagodzić sytuacji, która i tak jest już wystarczająco napięta, wdając się po raz kolejny w personalną polemikę z Ángelem Marią Villarem, prezydentem RFEF. "Prezydent federacji kontunuuje budowę swojego własnego zamku, jak jakiś feudalny władca" - stwierdził Tebas. "W najbliższych wyborach będziemy musieli poszukać kogoś, kto będzie w stanie sprawić, by ten zamek stał na fundamentach transparentności i wolności, a nie szantażu i przymusu". Prezydent LFP nie oszczędził też Luisa Rubialesa, przewodniczącego AFE. "Na jego miejscu podałbym się do dymisji" - podsumował Tebas.
To jeszcze nie koniec?
Ze swojej strony federacja przyznała, że wobec decyzji sądu nie ma sensu utrzymywać decyzji o przeprowadzeniu strajku. Możliwe jednak, że w tej rozgrywce pojawi się kolejny gracz: FIFA. W zeszły wtorek w Las Rozas pojawiło się już trzech emisariuszy z ramienia FIFA i jeden z UEFA. Ich zadaniem było zbadanie dokumentacji. Po tej wizycie RFEF otrzymała pismo z FIFA, w którym poinformowano o niebezpieczeństwie nałożenia sankcji. Co jest nie tak? Zdaniem FIFA przede wszystkim pierwszy punkt drugiego artykułu ustawy o nowym podziale praw telewizyjnych, który stwierdza: "Wszelkie prawa audiowizualne należą do klubów". Problem w tym, że według FIFA prawa te powinny należeć do federacji. Kolejną kwestią, na którą zwrócili uwagę wysłannicy FIFA oraz UEFA, jest zaangażowanie funduszy inwestycyjnych w proces kupna i sprzedaży zawodników. W tej chwili zostały one w Hiszpanii zakazane, jednak LFP opowiada się za ich przywróceniem, apelując o to do ministerstwa sportu. Javier Tebas argumentuje, że korzystanie z funduszy inwestycyjnych przyniosło hiszpańskiemu futbolowi 100 milionów euro, zaś w najbliższych dwóch sezonach mogłoby powiększyć tę kwotę trzykrotnie. FIFA jest jednak zdania, że posiadanie praw do zawodnika przez zewnętrzne firmy jest "formą niewolnictwa i ograniczenia praw piłkarza". Kontrowersja wokół funduszy inwestycyjnych to kolejny temat-rzeka. Wszystko wygląda na to, że na hiszpańskiej scenie okołofutbolowej długo nie doczekamy się spokoju.
Komentarze (10)