Paulinho udzielił obszernego wywiadu dla El Periódico, w którym opowiedział o długiej drodze, jaką musiał przejść, by zostać zawodnikiem Barcelony. Brazylijski pomocnik zdradził również ciekawą anegdotę z czerwcowego meczu z Argentyną, z Messim w roli głównej. Zapraszamy do lektury!
Wchodzi do małej sali w centrum treningowym Barçy i siada na starej zużytej sofie. Czuję się José Paulo Bezerrą Macielem Juniorem, jakby był w swoim domu, i nie spogląda ani razu na zegarek czy telefon. Skupiony, z dumą i nutką smutku wspomina swoją długą drogę na Camp Nou. Drogę pełną trudności, bo jak sam mówi, jego życie to roller coaster. Jednak dziś ten anonimowy chłopak, który przyszedł na świat 29 lat temu w São Paulo, gra u boku Messiego i jest kapitanem reprezentacji Brazylii.
El Periódico: Jak zaczęła się twoja kariera?
Paulinho: Miałem wtedy 5 lat. Grałem w futsal w drużynie osiedlowej, aż trafiłem do zespołu Portuguesa. Grałem tam do 11. czy 12. roku życia, ale już przeplatałem występy na hali z grą na boisku. Potem poszedłem do Pao de Açúcar, klubu, który teraz nazywa się Audax. Moi rodzice zawsze mi towarzyszyli. Wierzyli we mnie. Jeśli musieli więcej pracować, żebym mógł dalej grać, robili to. Przyszłość była niewiadomą. Grałem w piłkę, ponieważ to kochałem. Nie wiedziałem, co ze mnie będzie, ale to nie miało znaczenia.
I zadzwonili do ciebie z Litwy.
Tak jest. To było w 2006 roku, miałem 16 lat. Grałem w Pao de Açúcar, byłem juniorem. Przez całą moją karierę występowałem na pozycji pomocnika. Czasami grałem bardziej defensywnie, jednak zawsze miałem duże inklinacje do gry ofensywnej.
Dlaczego odszedłeś na Litwę?
To była wielka szansa. Byłem dzieckiem, młodym chłopakiem. W tamtej drużynie z Wilna grało więcej Brazylijczyków. Występowali tam już dłużej, byli bardziej zaaklimatyzowani. Dla mnie wszystko było nowe. Prawdziwa przygoda. Mimo to, będąc tak młodym, uważałem, że powinienem tam pojechać. To był dobry sposób, aby pomóc finansowo moim rodzicom. Nie chodzi o to, że głodowaliśmy, nigdy tak nie było, bo moi rodzice zawsze dużo pracowali. Mój tata przez 30 lat pracował w prefekturze São Paulo i kiedy już zostałem profesjonalnym piłkarzem, chciałem, aby wcześniej odszedł na emeryturę, ale on tego nie zrobił, bo kochał swoją pracę. Moja mama była dyrektorem supermarketów oraz szkół. Jednak chciałem im pomóc, bo moje zarobki w Brazylii bardzo różniły się od tych, które mi oferowano na Litwie.
Byłeś wtedy zbyt młody, prawda?
Tak. Chciałem wyjechać z kraju, chciałem grać i próbować nowych rzeczy. Jednak nigdy nie kierowałem się pieniędzmi. Nie stawiałem ich nigdy na pierwszym miejsu, nawet wtedy, choć byłem bardzo młody. Ostatecznie na Litwie i w Polsce spędziłem w sumie 3,5 roku. Do Wilna przyjechałem sam. Mieszkałem z innym Brazylijczykiem, ale wciąż byłem sam. Zostawiłem swoją rodzinę, przyjaciół, wszystko, co miałem w São Paulo… Przez 7 czy 8 miesięcy było ciężko. Potem przyjechała moja narzeczona i wyjechaliśmy do Polski po różnych rasistowskich epizodach.
Co się stało?
Stopniowo adaptowałem się do rutyny zespołu. Było aż ośmiu Brazylijczyków w drużynie, a w Wilnie jest wszystko. Było dobrze, dopóki nie pojawiły się te rasistowskie incydenty. Co mi mówili? To, co zazwyczaj w takich przypadkach, dobrze wiecie. To odcisnęło na mnie piętno na zawsze. Nie tylko mi się to przydarzyło – również moim kolegom. Wiele wycierpiałem z powodu rasizmu. Kiedy odszedłem do Polski, obiecałem sobie: „jeśli przytrafi mi się coś podobnego, rzucam to i natychmiast wracam do Brazylii”. To nie do pomyślenia, że dziś się dzieją takie rzeczy. Proszę jedynie o szacunek do drugiego człowieka, nic więcej. Szacunek dla wszystkich, tak jak ja szanuję innych.
Jak to wytrzymałeś?
Mam ducha, charakter i przede wszystkim godność… Mam bardzo silną osobowość. Dlatego kiedy podejmuję jakąś decyzję, raczej jej nie zmieniam. Taki jestem. Nigdy nie wycofuję się z moich przekonań, chociaż na szczęście w Polsce nie cierpiałem więcej z tego powodu. Tam mnie bardzo szanowano, ale nigdy nie zapomnę tych epizodów na Litwie.
Nie kusiło cię, by wrócić do kraju?
Oczywiście. Czasem pytałem siebie: „dlaczego tutaj jestem? Co ja robię? Jeśli tego nie potrzebuję…”. Byłem sam i w jednej chwili dorosłem. Nie miałem przy sobie rodziców, ani starszego brata, więc pojawiały się myśli o powrocie. To doświadczenie sprawiło, że bardzo szybko dojrzałem. W Polsce miałem inne problemy. Klub nie spełnił obietnic, więc wtedy postanowiłem wrócić. Poczekałem do końca kontraktu. Ktoś inny, gdyby mu nie płacono, wróciłby w połowie sezonu. Ja nie. Wytrzymałem do ostatniego dnia.
Ostatecznie wróciłeś do Brazylii.
Wróciłem z jasnym zamiarem: „nigdy więcej nie będę grać w piłkę! Nigdy!”. Dlaczego? W Polsce przeżyłem sytuacje, które mnie tym wszystkim rozczarowały. Jestem człowiekiem, który zawsze chciał mieć spokojne i proste życie. W każdej chwili walczyłem o swoje prawa. Ja wywiązywałem się ze swoich zobowiązań w Polsce, a oni nie. Dlatego po powrocie do Brazylii nie chciałem nawet słyszeć o futbolu. Pao de Açúcar, mój dawny klub, chciał, abym do nich wrócił. A ja nie zamierzałem grać ani w Polsce, ani w Pao de Açúcar. Nigdzie. Zostawiłem to i już. Pomyślałem, że nie muszę przeżywać takich rzeczy, nie potrzebuję tego. Mam cudownych rodziców, miałem wszystko, nie spotykały mnie trudności… Więc nie chciałem tego kontynuować.
Dlaczego wróciłeś do futbolu?
Ponieważ urodziła mi się pierwsza córka. Mojej byłej żonie mówiłem to, co wszystkim: „nigdy więcej nie będę grać!”. Ale ona wtedy odpowiedziała: „dobrze, jeśli nie będziesz już grać, to co będziesz robił? Co potrafisz? To, co robisz dobrze, to gra w piłkę”. Moi rodzice też naciskali. Wszyscy nalegali, abym wrócił do gry. A ja? Obstawałem przy swoim. Aż moja była żona powiedziała: „to brak szacunku do rodziców ze względu na to, jak dla ciebie walczyli, jak wspierali cię przez te lata… Zapomnisz o wszystkim, co zrobili dla ciebie odkąd miałeś 5 lat?”.
Przekonali cię?
Tak. Musiały minąć jakieś dwa tygodnie. Byłem w São Paulo, nigdzie nie wychodziłem, nie trenowałem… Nie robiłem nic. Zadzwonił do mnie dyrektor Pao de Açúcar, aby mnie przekonać. „Wróć, proszę. Spróbujesz, a jak będziesz się czuł źle, to odejdziesz”, mówił. A ja mu odpowiedziałem, że nie, że już nigdy nie chcę grać w piłkę. Poza tym była bardzo duża różnica między tym, co zarabiałem w Polsce, a co oferował mi Pao de Açúcar. Jednak to nie była kwestia pieniędzy. Ostatecznie przez to, że urodziła mi się córka, przez rady mojej mamy i byłej żony, wróciłem. Poprosiłem tylko o dom, w którym mógłbym mieszkać z żoną i córką. Nie mogłem wrócić do rodziców, ponieważ potrzebowałem stworzyć swój własny dom i wziąć na siebie odpowiedzialność jako ojciec rodziny. Wynajęto dla nas mieszkanie.
I wróciłeś.
Tak, ale do czwartej ligi brazylijskiej. Mentalnie czułem się coraz lepiej i znowu zacząłem się cieszyć futbolem. Awansowaliśmy do trzeciej ligi, a rok później do drugiej. To ciekawe, ale nigdy nie grałem w Brazylii jako profesjonalista. Moim fundamentem, poza pierwszymi latami jako dziecko w Portuguesa i Pao de Açúcar, była gra w Vilniusie. Tam rozwinąłem swoją karierę w bardzo delikatnym dla piłkarza momencie. Nauczyłem się wiele na boisku, jak i poza nim. Wiele przeszedłem w tym życiu, niektórych sytuacji pewnie większość zawodników nie doświadczyła nigdy. Moje życie jest jak roller coaster. Poza boiskiem, bo na boisku nie. Tam zawsze jest to samo. Tam wszystko jest łatwiejsze, tam piłkarz się cieszy, bawi i dobrze spędza czas.
Z Pao de Açúcar trafiłeś do elity z Bragantino, a potem z Corinthians.
Zawsze w każdym klubie spotykało mnie to samo. Wielu ludzi mówiło o mnie, o moich warunkach, mojej grze i okazuje się, że oni mówią, nie mając o niczym pojęcia. Wcześniej miałem duży problem ze zrozumieniem komentarzy osób, które się nade mną znęcały, niczego nie wiedząc o mnie, mojej historii, rodzinie, o tym, co przeżyłem i co wycierpiałem. Tak było w Corinthians i teraz tutaj. Byłem też krytykowany po odejściu z Bragantino. Nigdy tego nie słuchałem, ani nie pozwoliłem, by mnie to zniechęciło. Chciałem tylko pracować, by dać to, co najlepsze, mojej rodzinie. Nie byłem w stanie niczego zrozumieć, ale jeśli moi bliscy czują się dobrze, to wystarczy.
Ostatecznie odniosłeś sukces w Corinthians.
Tak. Dzięki Tite miałem szansę wygrać wszystko. Mam z nim świetne relacje. Bardzo mi pomógł np. w 2011 roku. Miałem jakieś oferty. Dojeżdżałem do centrum treningowego Corinthians, kiedy zadzwonił mój agent: „masz propozycję z Interu, ale musisz się zdecydować dzisiaj, masz pięć minut”. Wszedłem do szatni płacząc i Ralf, jeden z moich kolegów, zapytał: „co się stało? Dlaczego jesteś w takim stanie?”. „W ciągu pięciu minut muszę dać odpowiedź Interowi”, odpowiedziałem. Poszedłem porozmawiać z Tite. Był ze mną bardzo szczery: „decyzja należy do ciebie. Ja nie sądzę, by to był dobry moment na odejście, ale to ty decydujesz”. Wróciłem do szatni jeszcze ze łzami w oczach. Przemyślałem to i powiedziałem sobie: „zostaję”. Szybko się przebrałem, aby wyjść na trening. Wchodząc na boisko, uniosłem w górę kciuka w kierunku Tite. To był ustalony gest, który oznaczał, że zostaję w Corinthians.
Podjąłeś najlepszą decyzję.
Zadecydowałem w ciągu pięciu minut i niczego nie żałowałem. Wręcz przeciwnie. Zdobyliśmy wszystkie trofea i w ten sposób przedłużyłem piękną przygodę z Corinthians. Później w 2013 roku otrzymałem dwie oferty: z Romy i Tottenhamu. W Brazylii już osiągnąłem wszystko. Wybrałem Anglię, bo trener Vilas-Boas bardzo mnie chciał.
Jednak tym razem się nie udało.
W pierwszym roku owszem. Mój styl gry pasował do angielskiego futbolu. Jednak po traumie na Mistrzostwach Świata w Brazylii, po temtej porażce 1:7 z Niemcami, było już tylko gorzej. Przez ostatnie pół roku prawie wcale nie grałem. Czułem, że nadszedł czas, by odejść z Tottenhamu.
Odszedłeś do Chin.
Wiedziałem, że idąc tam, znikałem ze świata, ale byłem tego pewien. Potrzebowałem gry, nie ważne gdzie. Muszę podziękować Felipão [Scolariemu] za wiarę we mnie. Wiedziałem, że jadę do ligi, która nie jest zbyt oglądana i ciężko mi będzie wrócić do reprezentacji. Chciałem tylko grać. W tamtej chwili myślałem tylko o sobie. Nie uciekłem z Anglii, chciałem jedynie odrodzić się jako piłkarz. Tam stworzyłem bardzo piękną historię, zdobyłem sześć trofeów i przede wszystkim zyskałem sympatię chińskich kibiców.
Wtedy odezwała się Barca.
To była wyjątkowa okazja. Byłem bardzo szczery z Felipão: „inny klub pokroju Barcelony nie zgłosi się do chińskiej drużyny. Albo odejdę teraz, albo nigdy. To się przytrafia jedynie raz”. On to zrozumiał, wiedział, że niesprawiedliwe byłoby, gdyby klub nie pozwolił mi pójść do Barçy. Wydawało się, że operacja nie zostanie przeprowadzona, ale ostatecznie udało się w ostatnim dniu chińskiego okna transferowego.
Po raz kolejny spotkałeś się z krytyką.
Niezależnie od tego, ile miałem problemów, nigdy nie traciłem koncentracji. To jest siła mentalna, nauczyły mnie tego życiowe doświadzenia. Moje życie zawsze było wyzwaniem. A futbol bez wyzwań nie jest futbolem. Starałem się pogodzić z tym w najlepszy możliwy sposób, szanując przestrzeń innych osób, ale zachowując moją koncentrację w nienaruszonym stanie.
Zanim nastąpiły oficjalne kontakty z Barçą już miałeś jakiś sygnał, prawda?
Tak (śmiech). To prawda. To było w trakcie towarzyskiego meczu z Argentyną w czerwcu. Byłem gotowy do wykonania rzutu wolnego razem z Willianem i jeszcze jednym zawodnikiem. Nagle widzę za sobą Messiego, który powoli do mnie podchodzi i pyta: „idziemy do Barcelony czy nie?”. Powiedział to tuż przed rzutem wolnym. Co mu odparłem? „Jeśli chcesz mnie ze sobą zabrać, to możesz. Chętnie pójdę”. Tak się zestresowałem, że powiedziałem do Williana: „ty wykonaj rzut wolny!”. Po meczu mogłem wymienić koszulkę z Leo. Przeszkodził mi w wykonaniu stałego fragmentu gry, ale jestem tutaj.
Komentarze (41)