Przed Barceloną trzy mecze z Levante w ciągu miesiąca. W tym artykule wyjaśnialiśmy, dlaczego podopieczni Paco Lópeza są groźniejszą drużyną niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Wszyscy pamiętają jeszcze bolesną porażkę Barçy 4:5 na Estadi Ciutat de Valencia w przedostatniej kolejce poprzedniego sezonu. Mało kto jednak wie, że był to swego rodzaju rewanż Levante za przegraną sprzed 55 lat dokładnie w takim samym rozmiarze.
Mecz z 13 maja tego roku zostanie zapamiętany z wielu powodów. Na finiszu rozgrywek Barcelona zaprzepaściła szansę na zakończenie sezonu ligowego bez porażki, sędzia Melero López pokazał aż 13 żółtych kartek, a Levante, które przed rozpoczęciem spotkania zrobiło szpaler mistrzowi kraju i zdobywcy Pucharu Króla, w 56. minucie prowadziło aż 5:1.
O tamtym meczu nie mówiło się jednak w kontekście rewanżu za spotkanie z sezonu 1963/64. 10 listopada 1963 na starym stadionie Vallejo Barcelona wygrała z Levante 5:4. Można więc powiedzieć, że w tym roku Granotas dokonali wielkiego rewanżu na Dumie Katalonii, pokonując ją dokładnie w takim samym stosunku po 55 latach.
Barcelona w białych koszulkach
We wspomniamym meczu z 1963 roku Barcelona zagrała w rezerwowych koszulkach - całkowicie białych, co dziś byłoby raczej nie do pomyślenia. Spotkanie również miało bardzo ciekawy przebieg. Levante przegrywało już 1:4, ale zdołało doprowadzić do remisu. Ostatecznie jednak Barça zdobyła piątego gola na wagę zwycięstwa.
Dostępu do bramki Levante w meczu sprzed 55 lat bronił Andrés Rodríguez Serrano, który występował w Barcelonie w latach 1960-61. Co ciekawe w tegorocznym spotkaniu na Estadi Ciutat de Valencia pomiędzy słupkami w drużynie Granotas również wystąpił były golkiper Blaugrany Oier Olazábal.
Podobieństw jest jednak więcej. Przed 55 laty i w tym roku Barcelonę prowadził jej były piłkarz - odpowiednio César Rodríguez i Ernesto Valverde. Z kolei trenerem Levante w spotkaniu z 1963 roku był Enrique Martín Navarro Quique, bramkarz Barçy w latach 1943-49.
Hat-trick autorstwa Cayetano Re
Barcelona zagrała w składzie: Pesudo; Segarra, Olivella, Eladio; Montesinos, Fusté; Zaballa, Chus Pereda, Cayetano Re, Kocsis i Vicente. Paragwajski napastnik zdobył swój pierwszy hat-trick w LaLidze (gole w 7., 20. i 84. minucie). Do siatki trafiali też Kocsis (15. minuta) i Pereda (36. minuta). Gole dla gospodarzy zdobywali natomiast Currucale (35’), były piłkarz Barçy Domínguez (39’), Vall (42’) i Pepín (77’).
Pojedynek był na tyle emocjonujący, że po jego zakończeniu ówczesny dyrektor sportowy FC Barcelony Josep Samitier powiedział: "jeszcze trzy takie mecze jak ten i będzie ze mną koniec". Z kolei César Rodríguez na łamach Vida Deportiva podkreślił, że było to spotkanie "wielkich błędów i wielkiej skuteczności, wzlotów i upadków, żywych emocji i wyczerpania".
Dwie twarze Barçy
W tamtym spotkaniu Barcelona pokazała dwie twarze. W pierwszych minutach grała olśniewająco, szybko, wertykalnie i skutecznie. Później jednak rywale odrobili straty od stanu 1:4. "Nie zasługiwaliśmy na porażkę. Ten piąty gol, ten piąty gol... Nie mogę o nim zapomnieć" - mówił szkoleniowiec Levante.
W sporządzonej przez Miguela Domingueza i opublikowanej na łamach Hoja del Lunes kronice można było przeczytać, że "wynik 4:5 jest przynajmniej gwarancją tego, że napastnicy obu zespołów zarobili na chleb w pocie czoła".
Ostatecznie w sezonie 1963/64 mistrzostwo Hiszpanii zdobył Real Madryt, który wyprzedził Barcelonę o cztery punkty. Levante zajęło dziesiąte miejsce.
Komentarze (0)