Na wywiad przychodzi prosto z treningu. Poszedł jedynie do szatni, by zmienić buty. Siada w małym pokoju dla prasy w Ciutat Esportiva. Nie spieszy się. Nie ma zegarka. Clement Lenglet (ur. 17 czerwca 1995 roku) powoli cieszy się podróżą, którą rozpoczął nieco ponad dwa lata temu z Nancy, przez Sevillę do Barcelony. Teraz jest o krok od swojego pierwszego mistrzostwa Hiszpanii.
Lubisz bronić?
Tak, oczywiście, bardzo lubię. Mam to w sobie od zawsze. Wiem, że wszystkie dzieci chcą grać w ataku. Kiedy ma się 8-9 lat, chce się strzelać gole, nie myśli się o odbieraniu piłki rywalowi. Później, w wieku 13-14 lat rozpoczyna się rywalizacja i trzeba być nieco bardziej inteligentnym. Trzeba wiedzieć, jakie ma się umiejętności i w czym jest się na tyle dobrym, że można grać na tej pozycji przez lata.
Gdy miałeś 13 lat, aż trzy francuskie kluby nie chciały cię pozyskać. Cztery lata później zgłosiła się po ciebie Sevilla, choć byłeś jeszcze w wieku gry w juvenilu. Co stało się w ciągu tych czterech lat?
Łatwo to wyjaśnić. Treningi, treningi, mecze i mecze… Mam silną psychikę, miałem też trochę szczęścia. Kluczem do sukcesu było przejście do Nancy. Tam byłem już nastawiony na trenowanie z profesjonalnymi piłkarzami. Nie wiedziałem, czy mi się to uda, ale chciałem tego całym sercem.
Ostatecznie ci się udało.
Tak, zadebiutowałem z Nancy w drugiej lidze francuskiej.
Wcześniej chciała cię kupić Sevilla.
To prawda. Monchi zadzwonił do mojego ojca. Jak mnie odkrył? Myślę, że widział moją grę w reprezentacji U-17 i w Nancy. Moi rodzice polecieli na trzy dni do Sewilli, by obejrzeć obiekty sportowe i stadion. Nancy nie chciało mnie jednak sprzedać.
Nie byłeś rozczarowany?
Nie, rozumiałem to. Wróciłem do pracy ze zdwojoną energią, by móc zadebiutować w pierwszym zespole. Zagrałem dziesięć spotkań z Nancy i zgłosił się po mnie Juventus.
Poleciałeś z ojcem do Turynu?
Tak, zobaczyłem obiekty sportowe. Widzieliśmy nawet mecz Juve z Empoli. Zobaczyłem, że to wszystko było dla mnie za duże. Miałem 18 lat i rozegrałem zaledwie 10 spotkań w drugiej lidze. Juventus miał Bonucciego, Chielliniego, Barzagliego… Podpisanie wtedy umowy byłoby dużym ryzykiem.
Ryzykiem?
To było ryzyko sportowe. Finansowo oferta była dużo lepsza od tego, co zarabiałem w Nancy. Ryzykowałem jednak swoją karierę. Myślałem, że nie byłem na to gotowy. W takiej sytuacji nie można rywalizować. A jeśli nie rywalizujesz, nie grasz.
Sam podjąłeś decyzję?
Tak, ale oczywiście omówiłem ją z rodzicami. Chciałem polecieć do Turynu i samemu odkryć, co oferował mi Juventus. Zobaczyć wszystko od środka. Zrobiłem to też z szacunku dla Juve, tak wielkiemu klubowi nie można od razu odmówić. Wiedziałem, że podpisanie umowy byłoby łatwe, ale to nie był mój moment, nigdy tego nie żałowałem.
Wróciłeś szczęśliwy do Nancy?
Wróciłem z ambicją awansu do pierwszej ligi, wiedząc, że odmówienie Juventusowi było wielką sprawą. Musiałem udowodnić, że byłem na dobrej drodze.
Później, w wieku 19 lat, zostałeś kapitanem Nancy. Dlaczego?
Nie wiem, trzeba zapytać trenera. Nie rozmawiałem z nim o tym. Pewnego dnia, w meczu pucharowym wszedłem do szatni i zobaczyłem opaskę na mojej koszulce. Wcześniej nic mi nie powiedział, później też nie. Wziąłem opaskę, założyłem ją i bez pytania wyszedłem na boisko. Miałem szczęście, to był dla mnie zaszczyt. Moje zachowanie w żaden sposób się jednak nie zmieniło. Nie czułem się od nikogo lepszy przez fakt bycia kapitanem.
Nie zostałeś w klubie na długo.
Pół roku, 4 stycznia 2017 roku odszedłem do Sevilli. Monchi ponownie naciskał, zadzwonił do mojego ojca pod koniec grudnia. Skoro wrócił, miał jakiś powód. To był odpowiedni moment, by odejść. Poza tym Rami pauzował przez sankcję, a Nico Pareja był kontuzjowany. Miałem szansę na grę. Myślałem nie tylko o ofercie finansowej, ale o wszystkim.
Z Nancy do debiutu przeciwko Realowi.
To był duży przeskok, debiutowałem na Sánchez Pizjuán, bardzo „gorącym” stadionie. Nie byłem nastawiony na grę w takiej atmosferze. Wcześniej widziałem nagrania z murawy, ale rzeczywistość była zupełnie inna. Różnica była kolosalna. Wiedziałem, że Monchi uważał, że mogę zagrać, to dodało mi pewności siebie.
Nie bałeś się popełnić błędu?
Nie, wiedziałem, że otwieram nowy rozdział, przechodzę do nowego klubu i otoczenia. Czułem, że byłem na to naprawdę gotowy, chciałem jak najszybciej zaadaptować się w Sevilli. Wszystko poszło bardzo szybko. Otworzyłem oczy, by przyjrzeć się, co robili weterani, i uczyłem się od nich. Bardzo mi pomogli. Przykładowo Rami, dla którego byłem konkurencją, przyjął mnie jak brata.
Correa powiedział o tobie, że jesteś zarazem staromodnym i nowoczesnym obrońcą. Dlaczego staromodnym?
To suma wszystkiego, co przeżyłem. Z Pablo Correą grałem w drugiej lidze z dala od bramki. W pierwszej lidze bardzo cierpieliśmy, ponieważ przeciwnicy przejmowali inicjatywę i zamykali nas w naszym polu karnym. Zapamiętałem to z tamtych czasów.
A dlaczego nowoczesnym?
Sampaoli lubił, by obrońcy grali wysoko, naciskając jak najbardziej na napastników. Niemal zawsze graliśmy na połowie rywala. Pod tym względem Sampaoli bardzo mi pomógł, w Barcelonie też gramy daleko od bramki.
Pamiętasz swój debiut na Camp Nou przeciwko Messiemu.
Tak, grałem z Leo jeden na jednego na całej przestrzeni boiska. Mercado krył Neymara, a Parejo Suáreza. Na Camp Nou i to daleko od naszej bramki! Patrzyłem na kolegów, jakbym chciał im powiedzieć: „co nam się może stać!”. Przegraliśmy 0:3 po dublecie Leo i golu przewrotką Suáreza. Wiele się wtedy nauczyłem. Przegrałem, ale zyskałem dużo więcej, niż mogłoby się zdawać. To spotkanie przydało mi się później. Bronienie z dala od swojej bramki przeciwko Leo, Neymarowi, Luisowi… To fenomenalna lekcja. Prawdziwy Erasmus. To szalone, ale w jednym meczu zyskujesz cały rok nauki. Cierpiałem od 1. do 90. minuty, choć myślę, że w drugiej połowie Barça nieco zwolniła. To było brutalne, ale i bardzo dla mnie dobre.
Tamtego dnia rozmawiałeś też z ojcem na temat twojego debiutu na Camp Nou.
Tak, oczywiście. Mój ojciec nie lubi oglądać meczów na stadionie. Bardzo cierpi. Wolę zobaczyć się z nim w domu. Po meczach dzwonię do niego, niezależnie od tego, jaka jest pora. Muszę z nim porozmawiać. Lubię to robić. Rozmawiamy o wszystkim, co zrobiłem. Częściej o tym, co zrobiłem źle, niż o dobrych elementach w mojej grze. Jednak też bez przesady. Zawsze jest coś konstruktywnego, chęć poprawienia się. Ja już wiem, co zrobiłem źle, ale taka rozmowa ma otworzyć mi oczy i przynieść rady na temat szczegółów, które mogę poprawić.
Poza tym ty bardzo obsesyjnie do tego podchodzisz.
Tak, nie mogę tego uniknąć. Uwielbiam wszystko analizować.
Później ponownie rozgrywasz mecze?
Oczywiście. Tuż po zakończeniu meczu oglądam spotkanie i analizuję je. Robię to tego samego wieczora. Czasem oglądam całe mecze, a jeśli nie, to 20- lub 25-minutowe skróty, o które proszę.
I jak przygotowujesz się do następnego meczu?
Proszę o krótkie wideo z grą napastników, z którymi się zmierzę. Patrzę, co lubią robić, przyglądam się szczegółom, jakie zwody wykonują, jak się poruszają i zachowują w określonych akcjach, którą nogą wolą grać, czy częściej schodzą do środka, czy na skrzydło… Lubię mieć wszystkie możliwe informacje.
To znacznie ci pomaga?
Oczywiście. Zazwyczaj analizuję to wszystko w domu na iPadzie. Analizuję wszystko, co mi się przydarzyło. W domu czy na zgrupowaniu dokonuję analizy w pokoju. Skupiam się przede wszystkim na piłkarzach, którzy poruszają się w mojej strefie. W Tottenhamie to będzie Eriksen, w Realu – Benzema. Nie robię notatek, ale wizualizuję sobie, gdzie lubią zejść lub gdzie mogą mieć nieco więcej trudności.
I co robisz później?
Przygotowuję plan dotyczący tego, jak może wygląda mecz. To drobny plan. Czasami się nie sprawdza. Chciałbym, żeby było tak, jak sobie wyobrażałem, ale może tak nie być. Taki jest futbol. W akcji, w której strzał oddał Lucas Moura z Tottenhamu, a ja odbiłem piłkę, wiedziałem, że on lubił ustawić ją sobie na prawej nodze, ponieważ z lewą ma większe trudności. Dlatego poczekałem trochę, aż wejdzie w pole karne, wiedząc, że zawsze lubi uderzyć efektownie. Lubię, kiedy wcześniej przygotowane informacje dają mi przewagę w trakcie meczu.
Zawsze ci dobrze wychodzi?
Czasami nie. Pamiętam na przykład gola Benzemy na 0:1 na Camp Nou w Pucharze Króla. Karim dośrodkował, żeby gola strzelił Lucas Vázquez. Wcześniej widziałem, że Lucas lubi uderzać prawą nogą, ale w tej akcji pospieszyłem się, a on strzelił lewą. Czasami płacę cenę za takie dokładne analizowanie.
Masz już swoją rutynę.
Tak, nie chcę tego zmieniać. To zapewnia mi spokój, zawsze proszę, żeby przygotowywano mi wideo. W ten sposób chcę dobrze przygotowywać się do meczów. Jest to pięć minut na każdego zawodnika. Zawsze oglądam te materiały wieczorem w dniu poprzedzającym spotkanie. Piłkarz nie przestaje myśleć o tym, co może wydarzyć się na boisku i jak może zareagować.
Nie grasz w Barcelonie nawet rok, a wydaje się, że znasz Gerarda Piqué od dziecka.
On jest bardzo inteligentny. Bardzo mi pomaga. Sprawa, że wszystko staje się łatwiejsze. Pomaga mi w interpretowaniu gry i nie musi nawet nic mówić. Wystarczy na niego spojrzeć. Nie rozmawiamy za dużo. Wystarczy jednak popatrzeć na pozycję Gerarda, jego postawę i grę. To wystarcza. Jest bardzo opanowaną osobą. Nigdy nie daje po sobie poznać, że może być zdenerwowany.
To tak jak ty.
Być może. Wolę uspokajać kolegów. Chcę, żeby dobrze czuli się ze mną na boisku. Jak np. ter Stegen. Po wspaniałej interwencji wygląda, jakby działa się najbardziej normalna rzecz na świecie. To bardzo ważne dla reszty moich kolegów z drużyny. Piłkarze na naszej pozycji muszą dawać spokój zespołowi.
Ale jesteś spokojny czy raczej towarzyszy ci napięcie?
Myślę, że jestem spokojny. Lubię podejmować ryzyko i czuć, że jestem na granicy, w miejscu, w którym trzeba czuć się pewnie, bo w przeciwnym wypadku można drogo zapłacić za słabość. Wiele razy płaciłem już za błędy, ale lubię ryzykować.
Nie unikasz pojedynków ciało w ciało z napastnikami.
Zawsze staram się iść do końca. Nie chcę dać napastnikom czasu na odwrócenie się i zagranie piłki za plecy, która nas zabije. Wiem, że Jordi i Gerri będą asekurować, dlatego mogę naciskać na napastnika do końca. Powinienem to robić dla drużyny. Najgorzej, jeśli ktoś zatrzymuje się w połowie drogi. Jeśli za dużo myślisz, jesteś zgubiony. Nigdy nie można się bać. Jeśli się na coś decydujesz, musisz iść do końca. Wolę tak zrobić, nawet jeśli tracimy gola z mojej winy, niż zostać w połowie drogi, nie robiąc nic.
Myślałeś, że jesteś przygotowany do gry na Camp Nou?
W pierwszej chwili, nie. Nigdy nie można być pewnym, że jest się przygotowanym do gry w takim klubie jak Barcelona. Rozegrałem dobry sezon w Sevilli, rozgrywałem ważne i dobre mecze, również w Lidze Mistrzów. Miałem okazję wykonać krok do przodu, ale nie wiedziałem, czy będę na takim poziomie, jakiego wymaga taki klub.
Dlaczego wątpliłeś?
Nie chodzi nawet o to, że wątpiłem. Rozmawiamy o najlepszych piłkarzach świata. W Sevilli są oczywiście wspaniali zawodnicy, ale tutaj grają najlepsi. Nie mówię o sobie… Mówię o moich kolegach. Musiałem spróbować, czy mogę być częścią tej drużyny. Tu są gwiazdy najlepszych reprezentacji, które zawsze są przynajmniej w ćwierćfinale mundialu. Ja przyszedłem z Sevilli. To wspaniała, ale zupełnie inna drużyna. Zawsze jest jakaś wątpliwość. Ale jeśli nie spróbujesz, nie dowiesz się.
Spróbowałeś i wyszło świetnie.
Gram na pozycji, na którą nie zwraca się największej uwagi. My bronimy, zatrzymujemy strzały napastników rywali, a później przekazujemy piłkę naszym fenomenalnym zawodnikom. Na tym polega moja praca. Poza tym mam szczęście, że codziennie trenuję z najlepszymi. Chciałem podpisać umowę z Barçą, żeby pokazać samemu sobie, że mogę z nimi grać i mierzyć się z nimi każdego dnia, poprawiając w ten sposób swoje umiejętności w obronie. Tutaj na treningu trzeba bronić we wszystkich akcjach. Nie chodzi tylko o mecze. To niewiarygodna lekcja.
Komentarze (15)