La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 720 Culés

0

@Bernard777 coś głównie dla ciebie ale i dla innych

2

@FCBparasiempre
Wirtuozi i odwieczni wrogowie z nad La Platy:

W Argentynie liczba graczy i widzów wzrosła po zakończeniu I wojny światowej. W ślad za oficjalną ligą(bądź w czasach schizmy- ligami) powstawały niezliczone mniejsze organizacje piłkarskie, związane z poszczególnymi zawodami lub ugrupowaniami politycznymi widownia na meczach regularnie przekraczała 10 000 osób, co oznaczało że w klubach pojawiało się coraz więcej pieniędzy a dzięki nim podnosiły się standardy. ,,Zawodnicy, którzy tworzą nasze czołowe drużyny lokalne są profesjonalistami w każdym calu, tak samo jak ci z najtwardszych i największych lig w Anglii. Piłkarze argentyńscy grają zimą i latem, trenują codziennie i są zatrudnieni przez dżentelmenów zainteresowanych finansowym wspieraniem wielkich drużyn"- donosił ,,Herald" w 1926 roku. Wielu z tych dżentelmenów było także postaciami znaczącymi politycznie. Politycy pojawiali się na meczach już w trakcie pierwszych tournee angielskich zespołów ale w latach 20-tych zaczęli się też angażować w zarządzanie klubami. Aldo Cantoni, był na przykład senatorem San Juan a także prezydentem AFA i prezesem Huracanu. Pedro Bidegain z kolei był prezesem San Lorenzo i jednym z czołowych działaczy UCR. Osobista interwencja prezydenta Alveara, która miała zakończyć rozłam w związku piłkarskim pokazuje zresztą najlepiej że futbol już wówczas odgrywał ważną rolę polityczną. Jedna z dwóch instytucji rządzących argentyńską piłką mogła mieć w nazwie słowo ,,amatorski" ale w momencie zjednoczenia była to już oczywista fikcja. W 1926 roku na łamach ,,El Grafico” ukazał się artykuł, z którego wynikało jednoznacznie że niektórzy piłkarze(nazwisk nie podawano) dostają za swoją grę pieniądze. Czasem odbywało się bez przepływu gotówki a zawodnicy otrzymywali stroje, członkostwa w klubach i garnitury. Bez formalnych kontraktów piłkarzy byli też panami samych siebie i mogli zmieniać kluby, kiedy tylko chcieli. ,,Buenos Aires Herald" w swoim anglosaskim podniosłym tonie zauważał że określenie argentyńskiego futbolu mianem ,,amatorskiego" zakrawa na ,,kreolski żart". Europejskie kluby jawnie już zawodowe i coraz bardziej skłonne doprężenia finansowych muskułów dostrzegły potencję futbolu znad La Platy po urugwajskim złocie na igrzyskach w 1924 roku i szybko zaczęły interesować się także piłkarzami z Argentyny. W 1925 roku napastnik News Old Boys Julio Libonnatti, 24-latek z zaczesaną do góry grzywą i wielkim krzywym nosem został wypatrzony przez Enrico Maroniego, włoskiego przedsiębiorcy zarządzającego zarówno firmą produkującą alkohol Cinzano, jak i klubem piłkarskim Torino i stał się pierwszym ,,oriundi”, mieszkańcem Ameryki Południowej z włoskimi korzeniami, który wrócił do kraju przodków. Reprezentant kraju, zdobywca ośmiu goli w 15 meczach w drużynie narodowej, był członkiem zespołu, który wywalczył Campeonato Sudamericano w 1921 roku ale we Włoszech odnosił jeszcze większe sukcesy. Wesoły i charyzmatyczny, znany z jedwabnych koszul i generalnie fantazyjnego podejścia do strojów szybko stał się ulubieńcem Turynu i otrzymał przydomek ,,matador” w sezonie 1926/27, w którym Torino teoretycznie zdobyło mistrzostwo ale straciło tytuł po oskarżeniu o przekupienie lewego obrońcy Juventusu Luigiego Alemandiego, który miał odpuścić mecz derbowy, zdobył 21 goli, był także królem strzelców rok później, kiedy scudetto dla Torino nie zostało już zakwestionowane. Najistotniejsze w całej tej historii było to że w październiku 1926 roku Libonatti został powołany do reprezentacji Włoch a wcześniej otrzymał podwójny obywatelstwo, co umożliwiło obejście zapisów Carty di Viareggio, przyjętych w tym samym roku regulacji, które znacznie ograniczyły piłkarzom z zagranicy możliwość w lidze włoskiej. Po Libonattim drzwi dla przybyszów z Ameryki Południowej stanęły otworem. Włochy oferowały wysokie pensje, kulturę niespecjalnie odległą od argentyńskiej i szansę międzynarodowej sławy. Raimundo Orsi, który pokazał się z dobrej strony na igrzyskach w 1928 roku został skoszony przez Juventus tygodniówką w wysokości 8000 lirów, Fiatem 509 i 100 000 lirów za podpisanie kontraktu. Po wcześniejszych trzech mistrzostwach ligi ,,Asociacion Amateur” z Independiente napastnik ten wywalczył pięć ,,scudetti” z Juventusem. Był także jednym z trzech piłkarzy urodzonych w Argentynie (obok byłego napastnika Estudiantes Enrique Guaity i co było dla Argentyny wielkim ciosem, jej Wielkiego kapitana i lidera Luisa Montiego), którzy wywalczyli z reprezentacją Włoch mistrzostwo świata w 1934 roku. Trener Włochów Wittorio Pozzo był oczywiście krytykowany za stawianie na cudzoziemców, lub, jak rząd faszystowski nazywał obywateli z włoskimi korzeniami, którzy zdecydowali się wrócić do kraju przodków, rimpatriati, repatriantów ale przekonywał że skoro powołuje się ich do wojska, byłoby absurdem zakazywać im gry w reprezentacji. ,,Jeśli mogą umierać dla Włoch, mogą dla nich grać"- mówił. Guaita skądinąd próbował w 1936 roku przenieść się do Francji wraz z innymi ,,oriundi”, Scopellim i Sormanim, w obawie przed wysłaniem na Abisyńską kampanię Mussoliniego.

Exodus piłkarzy przez La Plate nie miał wpływu na urugwajską dominację w mistrzostwach Ameryki Południowej. Cztery miesiące po zwycięstwie na olimpiadzie, tym razem na własnym terenie Urugwaj zdobył Campeonato Sudamericano po raz piąty a tytuł zapewnił mu wywalczony w ostatnim meczu bezbramkowy remis z Argentyną. Bohaterem turnieju został jednak bramkarz tej ostatniej, grający na co dzień w Boca Juniors Americo Tesoriere, który przez całe mistrzostwa nie puścił ani jednego gola a po ostatnim meczu pełni zachwytu kibice gospodarzy znosili go z boiska na ramionach. Scenę tę umieszczono w nakręconym W 1949 roku w filmie ,,Con los mismos colores"(w tych samych barwach), według scenariusza Borocoto i w reżyserii Carlosa Torresa. Jak zauważył Pablo Alabarces w książce ,,Football and Patria”, film świadomie kreował Tesorierego na bohatera narodowego, nawet za pomocą sposobu, w jaki nakręcono kluczową scenę: ,, profil 3/4, uchwycony ze średniego dystansu, bohater patrzący w przyszłość, w prawo". Nieco ponad dwie dekady później u szczytu potęgi Perona, Borocoto wracał do lat 20-tych, próbując utrwalić narodowy mit. Argentyna wygrała Campenato Sudamericano w Buenos Aires w 1925 roku ale po wycofaniu się Urugwaju i Chile w tamtej edycji turnieju uczestniczyły zaledwie trzy drużyny. W 1926 roku w Santiago sprawy wróciły do znanego wcześniej porządku. Tytuł wywalczył Urugwaj a Argentyna musiała się zadowolić wicemistrzostwem aż wreszcie, w 1927 roku w limie okazała się lepsza od ,,La Celeste”. Samobójcze bramka z 85 minuty dała jej zwycięstwo 3:2 i trzecie mistrzostwo kontynentu w dziejach. Teraz nadszedł czas aby spełnić największe marzenie: dorównać Urugwajowi przez zdobycie złotego medalu na igrzyskach olimpijskich. Budując możliwie najsilniejszą drużynę na igrzyskach w Amsterdamie w 1928 roku Argentyńczycy byli tak zdesperowani że Federacja przemykała oko na nielegalne opłacanie piłkarzy lub wręczanie im świadczeń rzeczowych. Brytyjczycy, którzy mieli u siebie zawodowy futbol od blisko 40 lat chcieli jednak aby Igrzyska Olimpijskie pozostały całkowicie amatorskie. Wezwana w roli arbitra FIFA znalazła się między młotem a kowadłem. Chciała uspokoić Brytyjczyków i międzynarodowy Komitet Olimpijski a zarazem uniknąć zrażania przedstawicieli Ameryki Południowej i tych Europejczyków z kontynentu, którzy wynagrodzenie zawodników uważali za niezbędne, aby przekonać ich do udziału w turnieju, skoro wiązało się to z kilku tygodniową nieobecnością w pracy. Stąd wzięła się propozycja odszkodowań, za pomocą których federacje narodowe mogłyby wyrównywać zawodnikom straty ponoszone w związku z rywalizacją w rozgrywkach międzynarodowych. Przedstawiciele Wysp Brytyjskich uznali że chodzi o wprowadzenie zawodowstwa kuchennymi drzwiami i w lutym 1928 roku na znak protestu wystąpili z FIFA. Henri Delaunay, prezydent francuskiej federacji piłkarskiej zrozumiał że podział jest nieuchronny. ,,Międzynarodowa piłka nożna nie może już rozwijać się w ramach igrzysk olimpijskich, gdyż Wiele krajów, w których futbol uprawia się zawodowo nie jest w stanie wysyłać na tę imprezę swoich najlepszych piłkarzy"- mówił podczas kongresu FIFA w 1926 roku. Stąd wziął się pomysł na organizację przez FIFA mistrzostw świata, które nie stały by w sprzeczności z amatorskim etosem ruchu olimpijskiego. Dzień przed rozpoczęciem igrzysk, 26 maja 1928 roku ogłoszono że pierwszy mundial odbędzie się w 1930 roku. Piłkarskim turnieju na olimpiadzie wzięło udział tylko 17 drużyn, o 5 mniej niż 4 lata wcześniej ale spodziewano się że poziom rozgrywek będzie wyższy a Włochy i Hiszpania stawią czoło Urugwajowi i Argentynie. Inna sprawa że przez pewien czas wydawało się że reprezentacja tej ostatniej w ogóle nie dotrze do Holandii. Przygotowania były chaotyczne a pieniądze na pobyt w Amsterdamie znalazły się zaledwie tydzień przed rozpoczęciem igrzysk. Zorganizowane przed nimi tournee również poszło Argentyńczykom kiepsko. W Lizbonie zremisowali, w Madrycie odnieśli minimalne zwycięstwo a w Barcelonie przegrali. Kiedy jednak Argentyńczycy rozpoczęli treningi w cichym Bloemendal, tuż pod Amsterdamem, wszystko zaczęło się układać a wrażenie to wzmocniło jeszcze łatwe zwycięstwo w meczu inauguracyjnym. Przybysza z Ameryki Południowej rozgromili reprezentację USA 11-2. Domingo Tarrasconi zdobył cztery gole, Roberto Cerro 3 a Nolo Ferreira i Raimundo Orsi po dwie. Te cztery nazwiska dają pewne wyobrażenie o nadzwyczajnej sile argentyńskiego ataku kibice w Buenos Aires w napięciu oczekiwali na jakiekolwiek informacje. Przed redakcjami gazet rozstawiono głośniki żeby przekazywać treść depesz przesyłanych w trakcie meczu przez korespondentów z Amsterdamu. Podczas pierwszego spotkania wysłannik ,,La Prensa" wydał na składające się z 15 słów telegramy 10 000 franków. Niezależnie od liczby depesz ,,La Nacion" chwaliła się ich prędkością. Redakcja twierdziła że czas, w którym pokonują Atlantyk w drodze z Holandii wynosi 50 sekund.

Urugwaj zaczynał spokojniej, chociaż jego zwycięstwo z Holandią oglądało ponad 40 000 widzów. W ćwierćfinale Argentyna grała z Belgią i po 10 minutach prowadziła już 3:0 po dwóch golach Tarasconiego i jednym Ferreiry. Później jednak Belgowie, być może wykorzystując samozadowolenie rywala stopniowo odrabiali straty. Dzięki bramce Moeschala w 53 minucie meczu zrobiło się 3:3. To zmobilizowało Argentyńczyków i strzelili czwartego gola, później Tarasconi dorzucił dwie kolejne i mecz zakończył się wynikiem 6:3. Urugwaj również awansował, dzięki toczonemu w kiepskiej atmosferze pojedynkowi z Niemcami. Ekipa z Ameryki Południowej wygrała 4:1 a Petrone zdobył hattricka ale Nasazziego i dwóch Niemców usunięte z boiska. Łatwiej poszło w Argentynie. Tarasconi strzelił trzy gole a Ferreira dwie i reprezentacja Egiptu została rozgromiona 6:0. Urugwaj tymczasem uczestniczył w klasyku, goniąc wynik w meczu z Włochami, którzy wcześniej pokonali Hiszpanów i ostatecznie zwyciężając trzy dwa. Oznaczało to najbardziej pożądane przez kibiców neutralnych finał: pojedynek między Urugwajem i Argentyną, rozegrany 11 000 km od ojczystych stron. O 40 000 biletów ubiegało się ponad ćwierć miliona chętnych a zbiegowisko przed redakcją ,,La Prensa" rozciągało się we wszystkich kierunkach na długość dwóch przecznic. ,, W przerwach między relacjami z Amsterdamu tłum kipiał z podniecenie ale jak tylko głośniki odzywały się ponownie, słychać było jedynie ,,ciiiii" a wypowiedzenie choć słowa do chwili, gdy sprawozdawca przestawał mówić wydawało się równoznaczne z samobójstwem. Grobowa cisza przerwana jedynie monotonnym brzęczeniem głośników i sporadycznym parsknięciem silnika samochodowego gdzieś z oddali unosiła się nad kilkoma dobrymi kwartałami"- donosił ,,Herald”. W połowie pierwszych 45 minut Petrone dał prowadzenie Urugwajowi ale 5 minut po przerwie Ferreira wyrównał i mecz skończył się wynikiem 1:1. Trzy dni później mecz powtórzono. Urugwaj znów objął prowadzenie i Argentyna znów doprowadziła do remisu. Wydawało się że przewaga jest po stronie Albicelestes ale w obronie Urugwaju znakomicie grali Nasazzi i Pedro Arispe a w bramce świetnie spisywał się Andres Mazali i wreszcie 17 minut przed końcem powtórzonego finału Hector Scarone strzelił gola, który dał Urugwajczykom drugie z rzędu olimpijskie złoto. Argentyna pogrążyła się we frustracji. Rozgrywane rok później w Buenos Aires Campeonato Sudamericano można było potraktować jak nagrodę pocieszenia. Zwycięstwa 2:0 nad Urugwajem dało tytuł gospodarzom. Argentyńczycy wygrali więc dwa razy z rzędu mistrzostwa kontynentu ale Urugwajczycy dzierżyli to najważniejsze trofeum i było też jasne że właśnie ich kadra pozostanie największym zagrożeniem dla argentyńskich nadziei na zwycięstwo w pierwszych Mistrzostwach Świata. Z czysto piłkarskiego punktu widzenia wydawało się oczywiste że to Urugwaj będzie właściwym gospodarzem turnieju ale przemawiały za tym również poważne względy ekonomiczne. Nawet po krachu na Wall Street Montevideo pozostawało dobrze prosperującym miastem a obchody Stulecia Niepodległości dawały dodatkowe powody by organizować mistrzostwa na północ od La Platy. Najważniejsze okazały się zapewne rządowe deklaracje wybudowania stadionu, który miał pomieścić 93 000 widzów i pokrycia kosztów pobytu każdej z przyjezdnych drużyn. Deklaracje, które zresztą nie wystarczyły aby skusić wielu europejskich potentatów do rejsu przez Atlantyk. Węgrzy, Austriacy, Włosi, Niemcy i Hiszpanie zostali w domach, podobnie zresztą jak Anglicy i Szkoci, nadal rozpamiętujący swoją porażkę w debacie nad definicją futbolu amatorskiego. Ostatecznie tylko 4 europejskie drużyny zdecydowały się na daleką podróż. Rumuni spełnili obietnice daną przez króla Karola 1928 roku, choć ich reprezentacja składała się głównie z robotników zatrudnionych przez brytyjskie kompanie naftowe w Ploeszti, urlopowanych na czas turnieju dzięki osobistej interwencji jednej z Królewskich kochanek. Francuzi działali pod presją prezydenta w FIFA Julesa Rimeta ale zarówno ich trener Gaston Barreau, jak i najlepszy napastnik Manuel Anatol zostali w ojczyźnie. Belgów przekonał z kolei wiceprezydent FIFA Rudolf Seeldrayes ale oni również wyruszyli w niepełnym składzie a ich największa gwiazda Raymond Braine otworzyła właśnie kawiarnię, co skądinąd naruszało krajową definicję amatorstwa. Spośród płynących przed Atlantyk bodaj tylko Jugosławianie żywili entuzjazm dla nowych rozgrywek. Zainteresowanie kibiców również nie było zbyt wielkie, być może dlatego że wedle powszechnej opinii najlepszymi drużynami na świecie były Argentyna i Urugwaj a ich spotkanie w finale wydawało się przesądzone niemal od chwili losowania. Ulewne deszcze opóźniły budowę ,,Estadio Centenario”, pospiesznie ukończonego w ciągu zaledwie 6 miesięcy, więc Argentyna musiała rozegrać swoje pierwsze spotkanie na Mundialu nie na nowym obiekcie lecz w parkę centrala, gdzie zwykle odbywały się mecze Nacionalu. Nieco osobliwe było też to, że ich rywalem byli Francuzi, którzy swój pierwszy pojedynek już rozegrali i to zaledwie dwa dni wcześniej wygrywając z Meksykiem 4:1. Zważywszy na brak odpoczynku, reprezentacja Francji Zapewne i tak nie wytrzymałaby meczu kondycyjnie ale jej sytuacja stała się jeszcze trudniejsza w pierwszych minutach, gdy Lucjan Laurent otworzy ci nawias zdobywca pierwszego gola w dziejach Mistrzostw Świata) został sponiewierany przez Montiego i musiał opuścić boisko z powodu poważnej kontuzji kostki. Bramkarzowi Francuzów Alexisowi Thepotowi odnowił się z kolei uraz z pierwszego meczu i w efekcie drużyna z Europy przez trzy czwarte meczu musiała grać dziewięcioma jako tako sprawnymi zawodnikami. Francuzi walczyli jednak do upadłego i ponieważ Argentyńczycy mieli kłopot ze skutecznością gdyż poproszony o grę na pozycji klasycznego środkowego napastnika Nolo Ferreira nie potrafił przystosować się do nowej roli a świetny zazwyczaj podczas walki o górne piłki lewy łącznik Roberto Cerro zmagał się ze skutkami ubocznymi leków przeciwlękowych, do 81 minuty utrzymywał się wynik bezbramkowy. W końcu Argentyńczycy wykonywali rzut wolny tuż zza linii pola karnego. Trzech Francuzów zamiast stanąć w murze ustawiło się na skraju pole bramkowego zasłaniając widok Thepotowi i Monti z łatwością strzelił gola. Trzy minuty później, gdy ,,Trójkolorowi” desperacko dążyli do wyrównania, brazylijski sędzia postanowił zagwizdać po raz ostatni. Po gwałtownych protestach zmienił wprawdzie decyzję i pozwolił obu drużynom grać jeszcze 6 minut ale Francuzi stracili impet i Argentyna rozpoczęła Mistrzostwa Świata od spodziewanej wygranej, choć radość z sukcesu zepsuło buczenie wielu z ponad 23 000 urugwajskich kibiców. Atmosfera na widowni była tak nieprzychylna że Argentyńczycy zagrozili wycofaniem się z turnieju. Ostatecznie zdecydowali się zostać w Urugwaju po tym, jak prezydent tego kraju osobiście zagwarantował im bezpieczeństwo.

1

@FCBparasiempre
Do Buenos Aires wrócił natomiast na kilka dni Ferreira, dla którego mistrzostwa zbiegły się z egzaminami na studiach prawniczych. Jego nieobecność oznaczała szansę dla Guillermo Stabilego, 167-centymetrowego napastnika Huracanu, którego cienki wąsiki i czujne spojrzenie strzelca wyborowego sprawiały wrażenie że traktuje świat z mieszaniną rozbawienia i gotowości do zadania śmiertelnego ciosu. W pierwszych 17 minutach meczu z Meksykiem strzelił dwa gole a Argentyna objęła 3 bramkowe prowadzenie i choć później Bonfiglio obronił rzut karny Paternostera, to ostatecznie Albicelestes wygrali 6:3 a Stabile został autorem drugiego na mundialu hattricka. Dwa kolejne gole Stabile dorzucił w meczu, który zapewnił Argentyńczykom miejsce w półfinale a mianowicie toczonym w atmosferze wrogości zwycięstwie 3:1 z Chile. Zdjęcia z tego meczu pokazują co najmniej 30 policjantów usiłujących przerwać bijatykę między zawodnikami po tym, jak prawy pomocnik Chile Arturo Castro sfaulował Montiego a ten spróbował wymierzyć sprawiedliwość waląc rywala pięścią w nos. W półfinale dopingowana przez tysiące widzów, którzy specjalnie na tę okazję przebyli La Plate, Argentyna była nie do zatrzymania. W pierwszej fazie meczu Tracey nie wykorzystał wprawdzie dwóch dobrych okazji dla Stanów Zjednoczonych ale gdy tylko w 20 minucie Monti wyprowadził Argentyńczyków na prowadzenie, losy awansu nie mogły budzić wątpliwości, zwłaszcza że w przerwie Tracey opuścił boisko ze zwichniętym kolanem a w drugiej połowie bramkarz Jimmy Douglas odniósł z kontuzją nogi. W 56 minucie Alejandro Scopelli zdobył drugiego gola a później Stabile i Carlos Peucelle strzelili śmiertelnie zmęczonym rywalom każdy po dwa gole. Zadania nie ułatwił Amerykanom ich fizjoterapeutę, który upuścił butlę z chloroformem, czasowo oślepiając pomocnika Andiego Aulda. Jim Brown zdobył wprawdzie honorowego gola w ostatniej minucie ale i tak wynik 6:1 trzeba uznać za demonstrację siły rywali. Cokolwiek czynili Argentyńczycy, Urugwajczycy również potrafili to zrobić, w swoim półfinale rozbili Jugosłowian w tym samym stosunku 6:1 Oznaczało to że finał pierwszych Mistrzostw Świata będzie taki, jakiego się wszyscy spodziewali: 111 Derby La Platy. Był to prawdopodobnie najważniejszy mecz w dziejach regionu a jego wynik pamięta się do dziś. ,, Jeśli miałbym wymienić jeden mecz, którego wolałbym nie pamiętać byłby to finał mundialu Urugwaj - Argentyna. A przecież ciągle go pamiętam. Ciągle mam go w głowie. Zrobiłbym wszystko żeby cofnąć czas i móc rozegrać go od nowa"- wspominał prawy łącznik Argentyny Pancho Varallo na kilka miesięcy przed śmiercią w 2010 roku. Varallo odniósł w karierze piłkarskiej mnóstwo sukcesów, zdobył trzy mistrzostwa kraju z Boca Juniors ale nawet w wieku 100 lat nie potrafił ukryć irytacji na myśl o tym że Argentyńczycy byli wówczas zdecydowanie lepsi. ,,Szkopuł w tym że spokojnie wygrywaliśmy, naprawdę spokojnie. Do przerwy było 2:1 dla nas ale powinno być więcej. Tańczyliśmy z nimi"- mówił Varallo. Naczelnik poczty argentyńskiej wynajął statek towarowy, który miał przewieźć go wraz z ekipą przyjaciół na drugi brzeg Estuarium i nie był to odosobniony przypadek, gdyż około 15 000 jego rodaków zapakowało się na parowce i transatlantyki, które w drodze do Europy zatrzymywały się w Montevideo. Niekorzystna pogoda spowodowała że wielu utknęło we mgle i dotarli do Urugwaju dopiero dzień po finale. Jeszcze więcej Argentyńczyków stawiło się w dokach Buenos Aires żeby pożegnać odpływających kibiców śpiewem ,,Argentina si! Uruguay no!". Po południu zamknięto biura, choć wielu pracowników i tak nie wróciła do domu żeby słuchać transmisji w radiu fabryka General Motors przerwała produkcję a izbę deputowanych odwołała posiedzenie. Nad tłumem widać było transparenty głoszące wiarę w zwycięstwo. Około 50 000 ludzi zgromadziło się przed redakcjami gazet żeby słuchać aktualizowanych sprawozdań z meczu przez wystawione na zewnątrz głośniki. Finał był wydarzeniem, które przyciągnęło celebrytów. Dzień przed meczem Carlos Gardel odwiedził reprezentację Argentyny w ośrodku treningowym. Od piłki nożnej wolał wprawdzie jazdę konną i publicznie chciał zachować neutralność między rzekomym krajem urodzenia a państwem, którego obywatelstwo przyjął ale nie było wątpliwości że prywatnie życzy zwycięstwa Argentyńczykom. Oficjalnie finał Mistrzostw Świata oglądało 68 346 widzów ale w rzeczywistości było to ponad 80 000 ludzi a kolejne tysiące zebrały się na ulicach wokół Centenario przed wejściem na stadion kibiców poddawano rewizji żeby sprawdzić czy nie wnoszą broni a sędzia doświadczony Langenus przygotował sobie plan ewakuacji, umożliwiający dotarcie na statek zaraz po zakończeniu meczu. ,,Czułem prawdziwy strach"- opowiadał później. Śmiercią grożono także Montiemu, który z początku odmówił gry, co wywołało konsternację w całej drużynie, zwłaszcza że rutynowany pomocnik Adolfo Zumelzu, który mógłby go zastąpić był niezdolny do gry z powodu kontuzji. Kiedy wszystkie próby przekonania Montiego zawiodły, ustalono że w jego miejsce zagra Alberto Chividini, mający wcześniej na koncie tylko trzy występy w reprezentacji ale w przedmeczowy poranek Lider reprezentacji oświadczył że ostatecznie gotów jest wyjście na boisko. Morale drużyny już jednak ucierpiało, tego że twardziel Monti nagle się przestraszył, Varallo nie potrafił mu wybaczyć nawet po 80 latach. ,,Urugwajczycy ograli nas bo byli cwani. No i umieli wykorzystać to że są gospodarzami. Niektórzy moi koledzy bali się jakie będą konsekwencje naszej wygranej. Luis Monti był świetnym piłkarzem ale tego dnia pozostawał kompletnie niewidoczny. Gdyby jakiś Urugwajczyk się przewrócił pewnie próbował by go podnieść. Podobno dostawał listy z pogróżkami, mnie by to nie obeszło. Był taki obrońca urugwajski, który krzyczał do mnie: ,,zostaw tę piłkę bo cię zabiję" ale ja to olewałem. Potem Zresztą podbiegł następny i zawołał: ,,nie zwracaj na niego uwagi, to świr"- wspominał Varallo. Varallo twierdził że nigdy nie pozwoliłby sobie na taką słabość, jaką okazał Monti. ,,Mój kuzyn, który często jeździł do Urugwaju żeby organizować mecze dla Estudiantes i Gimnasii, przyjechał do Montevideo właśnie tego dnia i odwiedził hotel Urugwajczyków. Kiedy go ujrzeli, zapytali co tu robi. ,,Przyjechałem zobaczyć mojego kuzyna Varallo", odpowiedział. ,,aaa, on jest pierwszy, którego musimy wykosić", usłyszał. Problem w tym że opowiedział mi to dopiero, gdy wróciliśmy do Argentyny! Wtedy nie pisnął ani słowem. Ale ja miałem charakter, nie dbałem o to, czy ktoś chce mnie zastraszyć. Miałem kontuzję, więc myślałem że nie zagram w tym finale ale rano przed meczem próbowałem trochę pobawić się piłką w jakimś kurniku niedaleko naszego hotelu w Santa Lucia i kolano spisało się całkiem nieźle. Najbardziej doświadczeni członkowie drużyny uznali więc że powinienem zagrać. W tamtych czasach to najstarsi piłkarze podejmowali decyzję. To prawda, mieliśmy trenera ale on się nie liczył, nie pamiętam nawet jak się nazywał. Okropnie chciałem grać, nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo marzyłem o pokonaniu tych całych Urugwajczyków. Wiecie, prawdziwe Derby Ameryki Południowej to mecze Argentyna - Urugwaj. To tutaj grali najlepsi piłkarze a meczami z jakąś Brazylią nikt się wtedy nie przejmował"- wspominał Varallo.

Legenda głosi że trener Francisco Olazar tłumaczył taktykę, rysując ustawienie na wilgotnym wciąż cemencie w szatni i że naszkicowane przezeń wówczas linie są widoczne do dzisiaj. Wydaje się to niemożliwe nie tylko dlatego że trudno sobie wyobrazić Olazara wydającego wówczas taktyczne instrukcje ale mniejsza o to, powszechna chęć wiary w baśniowe historie wiele mówi o mitycznym statusie tamtego meczu po obu stronach ujścia La Platy. To przecież jak z wyżłobieniami w skale czy nierównościami w ziemi, w których niektórzy dopatrują się śladów smoczych pazurów lub stóp olbrzymów. Mecz tej rangi po prostu musiał odcisnąć jakieś piętno nawet na środowisko naturalnym. Varallo zdawał sobie sprawę ze znaczenia tego meczu i z oczekiwań rodaków. ,,Siedzieliśmy w szatni przed meczem, kiedy asystent trenera wręczył mi plik telegramów, wszystkie z życzeniami powodzenia. Wysyłali je krewni, przyjaciele, lekarze ale też wielu mieszkańców mojego rodzinnego miasta, La Platy, których osobiście nie znałem. Lektura tych wiadomości była tak poruszająca że wielu z nas miało łzy w oczach. Trudno było się skupić przed grą"- wspominał. Emocje sięgnęły zenitu, gdy sędzia Langenus w tradycyjnym kaszkiecie i pumpach wyprowadził obie drużyny na murawę. ,,To było niezwykłe przeżycie zobaczyć ten wielki tłum wypełniający trybuny. Widownia składała się w większości z Urugwajczyków, którzy zaczęli nas wyzywać ale było też trochę rodaków, nawet jeśli większość statków nie mogła przepłynąć przez La Plate z powodu mgły. Wśród publiczności był też mój ojciec ale musiał opuścić stadion, zasłaniając się urugwajską flagą. Po prostu niektórzy Urugwajczycy polowali na Argentyńczyków i próbowali ich pobić. Nigdy tego nie zapomnę. Od najpiękniejszych momentów po najgorsze, wszystko się wówczas wydarzyło"- opowiadał Varallo. Wypada jednak zauważyć że na ocalałych taśmach filmowych, wyblakłych tak bardzo że boisko wydaje się wysypane piaskiem lub trocinami, nie widać przesadnej wrogości tłumu a raczej mężczyzn w garniturach podrzucających w powietrze czapki i kapelusze. Z drugiej strony, zważywszy także na wspomnienia Langenusa, argentyńskie obawy nie były chyba bezpodstawne. Pierwszy konflikt argentyńsko-urugwajski trzeba było zresztą zażegnać już kilka godzin wcześniej, kiedy obie drużyny domagały się aby mecz rozgrywano piłką wyprodukowaną w ich kraju i na szczęście Langenus i tym razem okazał zdrowy rozsądek, orzekając że argentyńską piłką zawodnicy będą kopać w pierwszej połowie a urugwajską w drugiej. Grający nie swoją piłką Urugwaj objął jednak prowadzenie. Kiedy Paternoster w 12 minucie meczu zablokował strzał Scaronego, futbolówka trafiła do Castro. Ten zagrał ją na prawo, skąd Pablo Dorado huknął z całej siły a piłka przeleciała pod brzuchem bramkarza Botasso, który po fazie grupowej zastąpił Bossio między słupkami. Paradoksalnie stracona bramka uspokoiła jednak Argentyńczyków, choć nie Montiego, który(jak pisał sprawozdawca ,,El grafico”) ,, stał dosłownie bez ducha w środku pola, nie przypominając ani trochę znakomitego rozgrywającego, którego pamiętaliśmy stylu meczów". Goście odzyskali pewność siebie i po 8 minutach wyrównali. Ubrany w jasny beret Juan Evaristo wymienił podania z Montim i oddał piłkę do Nolo Ferreiry, który po powrocie z egzaminów odzyskał pozycję lewego łącznika. Odegrał do prawo skrzydłowego Peucellego, który minął Alvaro Gestido i uderzył wysoko tuż przy dalszym słupku. 8 minut przed przerwą Argentyna już prowadziła. Jose Nasazzi, który poza tym incydentem rozgrywał znakomity turniej w urugwajskiej defensywie, minął się z dalekim podaniem Montiego pozwalając Stabilemu zdobyć jego ósmą bramkę podczas mistrzostw. W przerwie Argentyńczycy wydawali się kontrolować losy spotkanie ale druga połowa przyniosła urugwajską szarżę, manifestację ,,garra", co dosłownie tłumaczy się jako pazur ale przede wszystkim oznacza twardość, determinację, uliczną mądrość, uważany za kluczowe elementy miejscowego charakteru narodowego. Z pewnością gospodarzom pomogło to że Varallo, Botasso i Evaristo zmagali się z urazami. Argentyna miała okazję na podwyższenie prowadzenia, lecz Stabile jej nie wykorzystał a potem przyszła chwila, w której według Varallo los odwrócił się od jego kraju: ,,Pamiętam że kontratakowaliśmy, byłem przy piłce, strzeliłem na bramkę, piłka minęła bramkarza, szła w samo okienko i... trafiła w spojenie słupka z poprzeczką... Na całym stadionie zapadła cisza. Piłka wyszła poza boisko a najgorsze było to że uderzyłem tak mocno że moje kolano kompletnie się już rozsypało. Próbowałem grać dalej, kulejąc. Tamten gol mógł wszystko zmienić. Tymczasem zamiast 3:1 zaraz zrobiło się 2:2 a ja nie mogłem już biegać. Przeszedłem na skrzydło ale w gruncie rzeczy powinienem zejść z boiska. Problem w tym że wtedy nie można było jeszcze dokonywać zmian. Grałem więc ze straszliwym bólem a potem mecz zamienił się w piekło". Urugwajczycy wyrównali w 12 minucie drugiej połowy. Środkowy pomocnik Lorenzo Fernandez, po przerwie operujący nieco wyżej niż w pierwszych 45 minutach, podał z rzutu wolnego do Castro, który dostrzegł w polu karnym Scaronego stojącego tyłem do bramki. Scarone przerzucił piłkę nad ramieniem i dwoma argentyńskimi obrońcami, Jose Della Torre i Paternostrem a Cea wepchnął ją do siatki. Utykając na skrzydle Varallo został kompletnie zdominowany przez Ernesto Maschroniego. W 62 minucie Urugwajczyk odebrał mu piłkę, popędził do przodu i podał do lewoskrzydłowego Santosa Iriarte. Płaski strzał tego ostatniego zaskoczył Botassa, piłka minęła bramkarza na długo przed tym, zanim zdążył się rzucić. ,,Przegraliśmy ten mecz w drugiej połowie bo zabrakło nam charakteru. Niektórzy piłkarze naprawdę dali się zastraszyć i zamienili się w tchórzy"- wspominał Varallo. Czasami jedna odwaga potrafi zaburzyć trzeźwy ogląd w rzeczywistości. Wielu uważało później że zważywszy na stan jego kolana, Varallo w ogóle nie powinien grać w tym meczu. W końcówce miał zresztą jeszcze jedną okazją ale powstrzymał go Jose Andrade a w ostatniej minucie jednoręki Castro przypieczętował zwycięstwo Urugwaju po dośrodkowaniu Pablo Dorado, wyprzedzając Della Torre i główkując ponad rękami Botassa. ,,Argentyna grała z wielką wyobraźnią i elegancją ale jej techniczna doskonałość nie była w stanie zrekompensować zaniedbywania kwestii taktycznych. Z dwóch zespołów z nad La Platy Urugwajczycy przypominali mrówki a Argentyńczycy cykady"- pisał wielki włoski dziennikarz i historyk futbolu Gianni Brera.

Jules Rimet wręczył więc swój puchar Raulowi Jude prezydentowi urugwajskiej federacji piłkarskiej, w kraju zaś ogłoszono święto państwowe a sędzia Langenus szczęśliwie dotarł na swój statek. Sprawozdawca ,,El grafico’’ Alfredo Rossi nie był jednak zachwycony: ,, Belgijski sędzia Langenus przymykał oko na brutalne w śliskich reprezentantów Urugwaju, choć Argentyńczycy dostosowali się do wcześniejszych ustaleń, unikając ostrych fauli i szanując zasady Fair Play. Mam również zastrzeżenie do zachowania Urugwajczyków poza boiskiem a mianowicie do anonimowych telefonów i listów z pogróżkami wysyłanych piłkarzom przy okazji meczu z Francją i do artykułów prasowych, które osłabiły morale Montiego. Inny problem to pomyłki działaczy federacji, zmuszenie kapitana do gry i wystawienie kontuzjowanego Varallo zamiast zdolnego do gry z Scopellego". Nastroje w Argentynie były fatalne. Zaatakowano urugwajską ambasadę, ponownie zorganizowano też marsz kibiców, o ile jednak ten pierwszy, przedmeczowy był demonstracją nadziei i poparcia dla drużyny, to podczas drugiego argentyńskie flagi niesiono opuszczone na znak żałoby. Dwóch mężczyzn zostało ponoć zastrzelonych za odmowę oddania hołdu przechodzącej paradzie a nie roztropnie wymachującą urugwajską flagą kobietę wychylającą się z balkonu na Plaza de Mayo obrzucono kamieniami. Argentyńska Federacja futbolu amatorskiego, która wciąż jeszcze zajmowała się sprawami drużyny Narodowej (zawodowstwo miało zostać wprowadzone w 1931 roku) zerwała stosunki z federacją urugwajską. Jakże uprzejmie. Artykuł wstępny w ,,La Nacion’’ potępiał wprawdzie ,, fatalne maniery" tych, którzy nie potrafili pogodzić się z porażką ale ,,La Prensa" przenosiła całą wściekłość z Urugwajczyków na tych, którzy (jej zdaniem) zawiedli cały naród. ,, Argentyńskie drużyny wysyłane za granicę mają być symbolem narodowej dumy, nieważne o jakim sporcie tu mówimy. W ich skład nie mogą wchodzić ludzie, którzy mają z tym problemy... Nie trzeba nam takich, którzy padają po pierwszym ciosie i którzy są bliscy omdlenia przy pierwszej przeszkodzie, niezależnie od tego jak zręcznie panują nad piłką. Piłkarzy panienki należy wyeliminować z reprezentacji"- ogłaszano na tych łamach. ,,El grafico” poszło jeszcze dalej kwestionując sam sens organizowania turniejów międzynarodowych: ,, mistrzostwa świata są skończone. Triumfalnie dla Urugwaju ale tak naprawdę szczęśliwie dla wszystkich, gdyż trzeba powiedzieć że rozwój tych rozgrywek wiązał się z atmosferą nie tylko nieprzyjazną ale i pełną niewdzięczności. Ich epilog nie mógł być bardziej raniący. Mecz piłkarski po raz kolejny, jak tyle razy przedtem stał się sceną, na której obejrzeliśmy wielki spektakl braku kultury, brutalnych zachowań, zaciekłości i wyzwisk. Tytułowi mistrza świata nadaje się przesadne znaczenie a sam turniej zostawia w naszych sercach smutne i bolesne wspomnienie". Z zaskakującym brakiem samoświadomości, zażywszy na to, jak często publicyści tego pisma używali futbolu do budowania argentyńskiej tożsamości narodowej, wstępniak ,,El grafico” krytykował tych, którzy zamiast zwykłego sportu widzieli w piłce nożnej manifestacje narodowej dumy. ,, Fatalna edukacja sportowe piłkarskich władz miała wielki wpływ na zachowanie kibiców. Można było odnieść wrażenie, jakby to od zachowania tych 22 mężczyzn próbujących umieścić piłkę w bramce przeciwnika zależała pomyślność każdego ,,barrio" i przyszłość całego narodu". Ośmiu zawodników, którzy wystąpili w finale nigdy już nie założyły reprezentacyjnej koszulki. Dla Stabilego 4 mecze na mundialu (spotkania, w trakcie których strzelił aż 8 goli) były jedynymi, który rozegrał w drużynie narodowej. Rozczarowujący wynik ostatniego pojedynku nie był oczywiście jedynym powodem. Futbol zmieniał się radykalnie, czego najlepszym dowodem było to że Monti(będący wciąż niezależnie od tego, jak kiepsko zagrał w finale mundialu, jednym z ikonicznych piłkarzy argentyńskich) opuścił San Lorenzo, aby przeprowadzić się do Włoch i grać w Juventusie. Piłkarze zaczynali być świadomi własnej wartości i zdawać sobie sprawę że zyski z gry mogą czerpać gdziekolwiek w świecie. Wywierali tym samym dodatkową presję na argentyńskie kluby, które musiały zwiększyć przychody, by uniknąć drenażu talentów. Rozrastająca się struktura rozgrywek krajowych sprzyjała reformom. Argentyński futbol nigdy już nie miał być taki sam...

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?