La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 881 Culés

8

9

@FCBparasiempre
9 grudnia 2018, Santiago Bernabeu, River Plate- Boca Juniors.

Dziennikarz robi notatki i oczywiście gładzi wąsy. Nie powinno go tu być i ich też nie. Argentyna jest krajem, który nie potrafi już nawet zorganizować meczu piłki nożnej. Copa Libertadores w stolicy królestwa Hiszpanii brzmi dla Martina Caparossa jak niezły żart „Negro” Fontanarrosy albo nawet coś gorszego. Jak przystało na profesjonalistę na trybunie prasowej robi notatki: składy, ustawienia, kibice obu drużyn. Powieść w takiej scenerii zniszczyłaby każdą zasadę wiarygodności. Czuje melancholię i wstręt z powodu zepsutego kraju ale niezależnie od zdrowego rozsądku i logiki wie że to wciąż piłka nożna. „To był błąd i wstyd ale tutaj i teraz mamy emocje, oczekiwania i na chwilę zapomnimy o całej reszcie. Temu, jak sądzę służy futbol"- pisze na Twitterze. Nie trzeba długo czekać by pod wpisem pojawiły się obelgi. „Stary dupek"- ewidentnie ktoś niezbyt się wysilił. „Zacofany pseudoprogresista"- klasyk, chociaż w tym wypadku nieco naciągany. Wielu wyrzuca mu że wysłał tego tweeta z iPhona, inni raczą go lakonicznym „kretynem", niektórzy „tępakiem", „hipokrytą" i(jakżeby inaczej) „głupcem". Niedługo ktoś mu powie że nie można mieszać futbolu i polityki, samemu właśnie to robiąc, ni stąd, ni zowąd łącząc futbol i politykę. Caparros się uśmiecha, ubolewając nad absolutnym brakiem oryginalności swoich Trolli a jednocześnie przyglądając się rozgrzewce piłkarzy na murawie. Ani jeden nie miałby miejsca w podstawowym składzie czołowych europejskich drużyn, ledwie Gago potrafi jeszcze zwrócić jego uwagę ale mecz rozpocznie na ławce rezerwowych. W tym emocjonalnym zrywie, który implikuje fakt bycia Argentyńczykiem, nazwano to spotkanie „finałem stulecia", „finałem wszechczasów" czy jeszcze gorzej: „finałem całego świata". Świat już dawno temu przestał interesować się Argentyną, jej futbol jest niczym więcej jak pozostałością po grabieży a ten mecz- kroniką bezsilności. Siedząc na Santiago Bernabeu Caparros przypomina sobie żałosny bałagan z ostatnich tygodni: boisko zalane jak po biblijnym Potopie, mafie, który zupełnie swobodnie czują się w loży i na trybunach, remis 2:2, autokar Boca obrzucony kamieniami, gaz łzawiący, wymiociny, wstręt, kierownictwo kradnące na potęgę- wszystko godne pogardy. A jednak słysząc śpiewy, nie może przestać myśleć: To Clasico! Clasico na wygnaniu, zwiędłe, rozmemłane, zdewaluowane jak peso ale wspaniałe Clasico, do cholery! Ten, kto wygra będzie mógł drwić z tego drugiego do końca życia. Jak do diabła mógłby to przegapić? "Dale Boo, dale dale Boooo. Y dale Boo, dale dale Boooo". Nie pamięta kiedy ostatni raz widział kibiców obu drużyny na jednym stadionie. Wszystko przypomina gorzki substytut a jednak, kiedy piłka zaczyna się toczyć pragnąłby skakać razem ze swoimi. Barwy jego dzieciństwa- niebieski i żółty, czerwony i biały- przemieszane, zespolone, usypiające cały jego zmysł krytyczny. Chociaż niewiele ma do powiedzenia, unosi brwi i notuje: River jak bez głowy kurczaki próbujące wymienić trzy kolejne podania, ci z Boca wiszą na poprzeczce, od czasu do czasu wybijając piłkę w chmury. I tak przez całą pierwszą połowę aż prawie pod sam koniec Benedetto znajduje się naprzeciwko bramkarza i ze spokojem znanym z innych lig pokonuje Armaniego. Caparros skrzeczy, szaleje, zapomina o notatkach, Boca obejmuje prowadzenie, nikt nie wie jak to się stało ale prowadzi, co widać na tablicy wyników. Jak do diabła udaje nam się jeszcze pasjonować?

„Y dale Boca, dale Bo, Y dale Boca, dale Bo...". Wybija rytm stopami, w kącikach ust pojawia mu się głupi uśmieszek. A jeśli ostatecznie Boca wygra ten mecz? Chcę wspierać swoich, wrócić do tamtych pierwszych Clasicos, które oglądał na La Bombonerze jako dzieciak, już 50 lat temu. Pragnąłby poczuć to samo, prawdziwe emocje, niewinność, miłość do idoli... Ale co my, do cholery możemy wygrać z tą bandą egoistów i Schelotto w roli trenera? Trwa druga połowa, River czuje się o wiele swobodniej, Boca jest coraz bardziej onieśmielona i tak nadchodzi wyrównanie dzięki bramce Pratto, czego można się było spodziewać. Gol po szybkiej i ładnej akcji kombinacyjnej- była w tym gra, wymiana podań, był w tym jeszcze Football. Caparros przeczuwa i obawia się tego co ma dopiero nastąpić. Boca coraz bardziej się cofa, River prowadzi grę, lecz nie potrafi zdobyć kolejnej bramki. Mecz zmierza do dogrywki. „Wieczny finał"- napiszą niektórzy leniwi dziennikarze. Dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry na boisko wchodzi Gago zastępując Pablo Pereza. Zanim rozpocznie się dogrywka Caparros obserwuje trybuny. Z ironicznym, niemal kpiącym spojrzeniem wyobraża sobie Europejczyków mówiących że atmosfera była niezwykle barwna, że dzicy ultrasi potrafili się zachować, że nie było tak źle; i wyobraża też sobie, jak mówią(chociaż tego nie mówię) że ci południowcy są tacy malowniczy i że ta wielka szkoda że na Bernabeu zostało 20 tysięcy wolnych miejsc. Krótko po rozpoczęciu dogrywki z boiska zostaje wyrzucony Barrios. Na tym etapie finału trzeba zawierzyć wszystko heroizmowi, temu głupiemu słowu, którym przykrywa się typową dla kibiców bezsilność. W momencie gdy Kolumbijczyk Quintero lewą nogą umieszcza piłkę w bramce Boca, Caparros już od dawna nie robi notatek. Nie bardzo wie dlaczego ale od dłuższej chwili koncentruje się na postaci Fernando Gago. Widzi go na środku boiska, z opaską kapitana, próbującego choćby w minimalnym stopniu uporządkować grę. Wytrącony z równowagi, bezradny, sterylny ale jak my, do diabła mieliśmy wygrać ten mecz? To futbol, więc wbrew wszelkiej logice, wbrew zdrowym rozsądkowi nadal wierzy. Nawet Gago oddaje groźny strzał w 115 minucie a zaledwie 60 sekund później jest na skraju swojego pola karnego, usiłując odebrać rywalowi piłkę. Wtedy zawodnik Boca z piątką na plecach doznaje urazu, już kolejnego. Kruchy, szklany piłkarz: ścięgno, kostka, kolano, więzadło krzyżowe, tym razem znowu ścięgno, tyle że prawej nogi. Jego kontuzja wygląda koszmarnie, podskakuje i upada na murawę. Najlepszy zawodnik na boisku, myśli Caparros, łamie się tak, jak złamało nam się wiele innych rzeczy. Zepsuty piłkarz z zepsutego kraju. Na tym wygnaniu wszystko jest smutne. Po niewartej pamiętania akcji gola do pustej bramki strzeli Pity Martinez i River zostało mistrzem a Boca kurą i będą się z nich naśmiewać latami. A on, Martin Caparros nadal będzie mieszkał w Madrycie, obcy wszędzie tak, jak obca jest ta edycja Copa Libertadores i myśli sobie wtedy że ojczyzna(ten wstyd, taka katastrofa) jest ścięgnem Gago, który nigdy do końca się nie zagoi.

David Garcia Cames.

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?