La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 1193 Culés

9

12

@FCBparasiempre
25 stycznia 1995 r. Selhurst Park. Crystal Palace – Manchester United.

Odkąd świat przestał być światem i był czymś innym, na co jeszcze nie mamy nazwy, Javier Marias codziennie rano wychodzi na spacer po Madrycie. Przedtem też to robił, tyle że teraz, zamiast przemieszczać się pieszo robi to we wspomnieniach. Stan wyjątkowy zastał go poza miastem i na razie, do diaska może tam wracać tylko w krótkich wyobrażonych podróżach. Po kilkugodzinnej pracy nad powieścią zamyka oczy i wyrusza na spacer, najczęściej po „Chamberi”, dzielnicy swojego dzieciństwa, z której ulic z powodu zamknięcia zniknęły samochody. Pisarz jest wdzięczny za ten nietypowy spokój z jednej strony dlatego że wymazał z mapy kierowców, jego zdaniem najliczniejszą bandę przestępców w całym kraju, z drugiej natomiast dlatego że pozwala mu spacerować tak spokojnie po tych chodnikach, które bardziej niż do jego pamięci należą do podeszw jego butów. Nie chodzi się po nic innego, tylko po to żeby myśleć żeby znaleźć się na odległych pustkowiach żeby się zgubić i Marias korzysta z tych osobliwych poranków żeby dużo myśleć, przede wszystkim o głupotach. W czwartek na przykład przechadzał się po „Cea Bermudez” zastanawiając się gdzie podziała się jego broszka z wizerunkiem Szekspira, którą nosi zawsze, kiedy ma na sobie garnitur ale już od kilku tygodni jej nie widział. W sobotę przemierzał „Aleją Filipinas” usiłując odgrzebać wiersz Stevensona, który przetłumaczył ponad 30 lat temu. W niedzielę z kolei przed zamkniętym wejściem do „Muzeum „Sorolla” zastanawiał się, w którym miejscu na regale w salonie powinien umieścić bagnet poderwany przez Pereza-Reverte żeby goście zauważyli go od razu po wejściu i powstrzymali się od zadawania niepotrzebnych pytań. Myślenie uważa Marias, okazuje się praktyczne a jednocześnie niebezpieczne, ponieważ człowiek nigdy nie wie co ostatecznie przyjdzie mu do głowy. W procesie umysłowym jest coś przypadkowego, jakaś nieprzewidziana detonacja. Człowiek może zacząć rozmyślać o fabule przepięknej komedii Leisena a skończyć na idiotycznej twarzy jakiegoś posła z partii Ludowej: innego dnia tak jak dziś może spacerować po „Rios Rosas” z płonącym w mózgu akapitem z Josepha Conrada a dotarłszy do Ponzano koncentrować się tylko na byłym piłkarzu. Cantona, zawsze Cantona... Dla Francuza to bardzo typowe- pojawić się od tak, w środku pandemii. Prowokujące spojrzenie, postawiony kołnierzyk koszulki, proste plecy, niczym łabędź wyciągający się z gracją przed stadem. Marias w gruncie rzeczy cieszy się z ponownego spotkania z legendą. Wciąż dostrzega w nim tę dziką i sentymentalną bestię, która w jakiś dziwny sposób zadrapała mu serce w latach 90-tych. Nadal ma przed oczami jego melodyjny futbol, pozbawiony tekstu i interpretacji sposób poruszania się po boisku, które można było jedynie nucić. Kiedy wraca do Cantony, zazwyczaj przypomina sobie, nie wie zbyt dobrze dlaczego, o sierżancie, którego w czasie służby wojskowej miał Juan Benet. Ten mężczyzna, jak opowiadał autor rycerza z Saksonii wyrażał się przed rekrutami na swój sposób: „A więc kiedy widzicie Francuza czujecie wielką wściekłość? To właśnie jest patriotyzm". Marias śmieje się z anegdoty Beneta i z prowokacyjnej pozy piłkarza, tego wnuka hiszpańskich wygnańców, którego nie wszyscy darzyli taką samą sympatią. Gwiazdor Manchesteru United był bardziej demonstracyjnym dadaistą niż piłkarzem. Kto to widział żeby facet, który zajmuje się kopaniem piłki przyznawał że w wolnych chwilach czyta Baudelaire'a i Monteskiusza? Żyjemy w społeczeństwie, które desperacko szuka osób wyjątkowych, myśli pisarz, kierując się powoli w stronę Alei „Castellana”, jednocześnie zaś stara się za wszelką cenę by ci wyjątkowi przestali nimi być, ponieważ w gruncie rzeczy to przeszkadza i podkreśla przeciętność, już nie tylko jego kolegów, lecz także podejrzliwych szefów. Cantona był odważnym człowiekiem, tak go zapamiętał: postacią wbrew normom, która postanowiła się zbuntować, zanim pochłonie ją masa. Powieściopisarz usiłuje przywołać jeden z wielu wysublimowanych goli, jakie Francuz strzelił w tamtym okresie, kiedy uświadamia sobie że nogi nieświadomie przywiodły go do stóp Santiago Bernabeu. Nie spodziewał się że dojdzie tak daleko. Podnosi wzrok i widzi ogromny stadion, pogrążony w niezgłębionej ciszy, niczym na dnie morza. Już od ponad dwóch miesięcy nie są tu rozgrywane żadne mecze. Koronawirus pozostawił go w stanie zawieszenia, tak samo jak większość stadionów na całym świecie i panująca na nim wymuszona cisza przywodzi na myśl jeden z wielkich betonowych obiektów, zbudowanych w połowie na obrzeżach dowolnego miasta. Nie może się nie wściekać. Futbol w ogóle a Real Madryt w szczególności zawsze był dla niego wytchnieniem, ponieważ w przeciwieństwie do tego, co dzieje się z literaturą może o nich pisać jasno i będąc pewnym swoich wspomnień. Teraz jednak, kiedy piłka została zamknięta na cztery spusty, brakuje mu powietrza a jakby tego było mało władze już ogłosiły że kiedy rozgrywki zostaną wznowione, mecze będą się odbywać bez publiczności na trybunach. Mamy przechlapane! Chociaż, gdy się nad tym dobrze zastanowić myśli sobie Marias, zakaz wpuszczania kibiców, nie jest wcale taką złą wiadomością. Nigdy nie podobało mu się pojęcie kibiców, rozumiane jako ta hałaśliwa masa, która przychodzi na stadiony tylko po to żeby przykryć swoje nieszczęścia linczując wroga. Stajemy się tak romantyczni, odnosząc się do piłkarskiej publiczności że niekiedy zapominamy iż pewna jej część składa się z prawdziwych łajdaków. Cantona doskonale wiedział że nie wszyscy siedzący powyżej murawy są godnymi szacunku aniołkami. W 1995 roku podczas wyjazdowego meczu Czerwonych Diabłów na Selhurst Park musiał stawić czoło zuchwałości jednego z tych osobników, niejakiemu Simmonsowi, kibicowi Crystal Palace, który już wcześniej ukarano za napad z bronią w ręku na stacji benzynowej i był znany ze swoich rasistowskich poglądów. Krótko mówiąc podejrzany element, który zaczął wściekle obrażać francuskiego piłkarza, kiedy ten schodził do szatni po tym, jak został wyrzucony z boiska za brutalny faul na rywalu. Ktoś inny przeszedłby obok godząc się z upokorzeniem ale piłkarz po raz kolejny wybrał najmniej spodziewane rozwiązanie i odpowiedział chuliganowi przeskakując bandę i wymierzając mu akrobatyczny cios. Możliwe że tego popołudnia Cantona trochę przesadził ale Mariasa wciąż, po ponad 20 latach wytrąca z równowagi to, co stało się później, kiedy Manchester United odsunął Cantonę od treningów i zawodnik padł ofiarą powszechnego moralnego potępienia, wspieranego przez kierownictwo klubu, trenerów i dziennikarzy, którzy nawet nie spróbowali zobaczyć w tym zachowaniu również aktu odwagi i nieposłuszeństwa. To zdarzenie, którego pisarz bronił w niejednym artykule na zawsze już naznaczyło karierę francuskiego geniusza. Karierę, którą zakończył dwa sezony później. Można mówić o czasie przed i po zawieszeniu butów na kołku przez Cantone, ponieważ razem z nim odszedł jego niepowtarzalny charakter. W dniu, w którym rozstał się z futbolem świat zagroził zawaleniem a jednak zdołaliśmy się podnieść i tylko przypadkiem sobie o nim przypominamy. Dlatego nie ulega wątpliwości że tym razem też się podniesiemy, dochodzi do wniosku Marias. Mimo wszystko koniec jednej historii jest niczym innym jak początkiem następnej.

Marcel Beltran

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?