- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1421 Culés
Gorące dyskusje
Media
Sonda
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1421 Culés
13
,,Guarani” po raz pierwszy i jak dotąd ostatni:
22 lutego 1953 r. meczem Peru-Boliwia(0:1) zainaugurowano 22 edycje Copa America. Impreza miała się odbyć w Paragwaju, lecz znów powtórzyła się historia z 1924 roku. Paragwaj znękany wyniszczającymi wojnami i równie przewlekłymi niepokojami wewnętrznymi, nie stanął jeszcze na nogach. Słowem znów nie było warunków aby ten biedny kraj był w stanie zorganizować impreze o takiej randze. W efekcie CONMEBOL postanowił przenieść rozgrywki gdzie indziej. Wybór padł na stolice Peru, Lime. Gospodarze grający wówczas chyba najbardziej radosny i widowiskowy futbol na kontynencie, zdawali sobie sprawę iż peruwiańscy artyści przy wszystkich swych walorach grzeszą niefrasobliwością i dość powierzchownym stosunkiem do skomplikowanych zagadnień taktycznych. Dlatego zaangażowali europejskiego trenera, który tę wesołą gromadke uroczych lekkoduchów zagonił do katorżniczej pracy podczas półrocznego zgrupowania, mającego wymusić żelazną dyscyplinę. W rezultacie zespół został dobrany niezwykle starannie. Mistrz świata Urugwaj, potraktował turniej w Limie eksperymentalnie, mając przed sobą perspektywę obrony tytułu w Szwajcarii w 1954 r. Postanowiono więc sprawdzić nowy zaciąg młodszych piłkarzy, stanowiących bezpośrednie zaplecze pierwszej kadry. Jak zwykle bitną drużynę przysłała Boliwia. Dzielni górale szczycili się fenomenalnym technikiem Victorem Ugarte, który z roku na rok gruntował swą wysoką międzynarodową reputacje. Z kolei najsłabszy Ekwador nie miał nic do stracenia i może to właśnie nastawienie przyniosło mu dwa remisy, z których ten z Paragwajem był doprawdy zaszczytny. Wicemistrzowie świata, Brazylijczycy już nieco otrząsnęli się po szoku Maracany, po drodze pocieszając się tytułem mistrza turnieju Panamerykańskiego w 1952. Nadal grali wielcy rutyniarze: Danilo, Bauer i Zizinho a momentami również Ademir, lecz pozycje starych asów atakowała równie zdolna a może nawet zdolniejsza generacja. Obrońcy Djalma Santos i Nilton Santos mieli w niedalekiej przyszłości utworzyć parę dwukrotnych mistrzów świata, Do tych zaszczytów miał poprowadzić Canarinhos genialny dyrygent Valdir Pereira zwany Didi. Geniusz strategiczny pomocnika Fluminense w roku 1953 dopiero dojrzewał, lecz jego przebłyski potrafili dojrzeć przenikliwi obserwatorzy. Na prawym skrzydle pojawił się ktoś, kto udanie wypełnił luke pomiędzy Tesourinha a Garrinchą a mianowicie Julio Botelho, który podobnie jak oni był fenomenem dryblingu. Brazylia odzyskiwała pewność siebie i z takim składem była pewna zwycięstwa. Lecz oto znów, podobnie jak w 1949, na jej drodze pojawił się utrapiony Paragwaj. Cztery lata wcześniej był on o włos od pozbawienia Canarinhos niemal stuprocentowego tytułu a i tak swoją postawą zaimponował wszystkim. Tym razem ekipa ,,Guarani” postanowiła nie zaniedbać niczego, co mogłoby ja przybliżyć do upragnionego celu jakim był Puchar Ameryki.
Turniej w Limie stał pod względem sportowym przynajmniej na takim poziomie, na jakim leży stolica Peru. Wszystkie mecze przebiegały w atmosferze zażartej walki i obfitowały w niezliczone przykłady ambicji graniczącej z poświęceniem. Nawet skazani na pożarcie outsajderzy nie sprzedawali tanio skóry. Doświadczyli tego pewni siebie gospodarze w meczu otwarcia ulegając lekceważonej Boliwii. W tych mistrzostwach naprawdę nie było mocnych. Każdy prędzej czy później znajdował swojego pogromcę. Rozsierdzone Peru odegrało się na Brazylii, pokonując ją przy aplauzie 55 tys. widzów jednym golem. Chile po 3 golach nieuchwytnego Moliny pokonało 3:2 Urugwaj ale za to uległo gładko Paragwajowi 0:3. Brazylia uznała jednobramkową wyższość Peru, wcześniej w identycznym stosunku pokonując Urugwajczyków. Przed ostatnim teoretycznie meczem turnieju(Peru-Urugwaj) sytuacja była jasna. Paragwaj i Brazylia zgromadziły po 8 punktów, Peru i Chile miały ich po 7. Choćby najskromniejsze zwycięstwo dawało gospodarzom absolutny triumf i nawiązanie do pamiętnych dni glorii z 1939 r. Sprawa wydawała się przesądzona. ,,Celestes” grali wprawdzie nieźle ale gdzież im tam było do mistrzów świata z 1950. Jednak noc decydującego starcia okazała się jedną z najczarniejszych w dziejach peruwiańskiego futbolu. Na nic zdały się trudy wielomiesięcznego forsowanego zgrupowania i dyscyplinujące nauki. ,,Inkowie” ruszyli z ogromnym rozmachem odkryci jak na uroczystej paradzie. Ich cyrkowe popisy spotkały się ze stoicką obojętnością betonowej pary Gonzalez-Martinez. Cała drużyna Celestes zgromadziła się na własnej połowie skutecznie odpierając szaleńcze lecz nieskoordynowane ataki. Za to z rzadka, bez pardonu, wypuszczała ,,zatrute strzały”. Szybki skrzydłowy Pelaez dwukrotnie pokazał niefrasobliwej obronie peruwiańskiej jaki numer ma naszyty na błękitnej koszulce. Jeszcze Romero dobił osłupiałych gospodarzy na 0:3! Ten zaskakujący rezultat diametralnie odwrócił sytuacje. Na placu boju pozostały z dorobkiem 8 punktów Paragwaj i Brazylia. Dokładnie 1 kwietnia zmierzyły się one w dodatkowym(de facto finałowym) meczu. Ten bój Davida z Goliatem zelektryzował publiczność Paragwajczycy wyszli na boisko z taką determinacją, jakby mieli walczyć o życie. Brazylijczycy skupieni w równie zaciętym milczeniu. Rozgorzała twarda, bezlitosna batalia, w trakcie której nikt nie odstawił nogi. Trzeszczały kości ale obyło się bez przelewu krwi. Ozdobą tego dramatycznego meczu były iście homeryckie pojedynki, jakie toczyli najlepsi ,,cabezadores”, czyli główkarze obu zespołów- Herrera i Baltazar. Paragwajczyk w 98 przypadkach na 100 skakał wyżej ale dwukrotnie dał się wywieźć w pole i tyleż razy Riquelme wyciągał piłke z siatki. Jednak Herrera nie miał powodów do wstydu. Baltazar głową strzelał silniej i celniej niż nogą. Paragwajczycy byli wszakże o jedno trafienie lepsi. Bramkarza Castilho pokonali Atilio Lopez, wspomagający napastników Manuel Gavilan oraz uderzający jak grom Ruben Fernandez. Gdy brytyjski sędzia Dean odgwizdał koniec meczu przy stanie 3:2, ,,Guarani” pośród wiwatów wykonali runde honorową niemal pijani ze zmęczenia i bezgranicznego szczęścia. Powrót do kraju był jednym pasmem triumfów. Na lotnisku oczekiwały bohaterów narodowych nieprzebrane tłumy a na ulice wyległa chyba cała ludność Asuncion.
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360