La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 1860 Culés

4

8

@FCBparasiempre
Dokładnie 22 lat temu FC Porto po raz pierwszy wygrało Lige Mistrzów. Finał z 2004 roku po raz pierwszy oglądano w 200 krajach. Mecz, na którego zwycięzcę czekała premia w wysokości 6,6 miliona euro (dla przegranego przewidziano 3,3) był traktowany jako starcie dwóch najzdolniejszych trenerów Europy młodego pokolenia (Mourinho miał 41 lat a Deschamp 35). Co ciekawe obaj marzyli o posadzie w Chelsea i rozmawiali z Romanem Abramowiczem, który jednak już kilka tygodni przed decydującym starciem ostatecznie postawił na Mourinho, choć to Deschamp jako ex zawodnik Chelsea był faworytem dziennikarzy. Największym zmartwieniem francuskiego szkoleniowca była kontuzja kostki doznana przez Morientesa w ligowym meczu z Rennes. Może trener as Monaco za bardzo troszczył się o stan swojego Asa, który ostatecznie zagrał i to przez całe spotkanie, choć wiele zespołowi nie pomógł, przez co zaniedbał inne aspekty? Na przykład kwestią mobilizacji zawodników, którzy już byli dogadani z innymi klubami: Rothena, Guily'ego, Prso i Ibarry. Monako uważane przez kibiców za faworyta przygotowywało się do meczu w ponurej atmosferze, gdyż książę Albert nie rozwiązał jednak problemów finansowych i istniało duże prawdopodobieństwo że finał będzie naprawdę ostatnim tangiem tej ekipy. Sam Deschamp dostał propozycję przedłużenia umowy ale z mniejszą pensję kropkę późniejszy „The Special One" w ostatnich dniach przed finałem zdecydował się na strategię głaskania podopiecznych. „Moi zawodnicy już przeszli do historii. Rzadko się zdarza by tak skromny klub dochodził do finału" - prawił. Na ostatniej odprawie (jak wspominał po latach Nuno Valente) „powiedział że stajemy przed okazją naszego życia i po prostu musimy ją wykorzystać. Dodał że mamy dobry plan taktyczny i jesteśmy właściwie przygotowani do tego meczu". W meczu finałowym spodziewano się zażartej walki i małej liczby goli, tymczasem uważana za bardziej defensywną jedenastka FC Porto całkowicie dominowała i zwyciężyła bardzo łatwo. Po Liverpoolu sięgnęła po Puchar Europy rok po zdobyciu Pucharu UEFA. Może smokom pomogła zdecydowana przewaga ich kibiców? W Porto oczywiście wszystkie przyznane tej ekipie bilety rozeszły się bardzo szybko, w Monte Carlo zaś był z tym kłopot. Tak więc wejściówki nabyli miejscowi dzięki czemu, jak potem policzono, na same kiełbaski wydano w trakcie finału pół miliona euro. Na pewno zaś korzystną okolicznością dla Portugalczyków była kontuzja Ludovica Giuly'ego w 23 minucie. „To zmieniło bieg meczu i pozwoliło nam grać w piłkę tak jak lubimy"- cytuje Barkley Mourinho, dodając od siebie że chodziło oczywiście o nastawienie na kontry. Porto bynajmniej nie zagrało Wielkiego meczu. Oddało trzy strzały na bramkę Monaco i trzy razy ją zdobyło. Golkiper Flavio Roma nie miał dobrego dnia. Prowadzenie mocno przypadkowym strzałem dał portugalskiej ekipie młody Brazylijczyk Carlos Alberto, który dołączył do zespołu przed startem sezonu. W 2017 roku w wywiadzie dla strony maifutebol.pt wspomniał swoją pierwszą rozmowę z Mourinho: „Zapytał mnie przy wszystkich z jakim numerem chcę grać. Odpowiedziałem że z dziesiątką. To mu się spodobało, powiedział że taka odwaga dowodzi mentalności zwycięzcy ale zadecydował że na razie będą jednak grał z 19 tyle mam lat". Poznawszy w ten sposób nowego zawodnika i zorientowawszy się że chłopak nie ma kompleksów, Mourinho nie wahał się posyłać go do boju w najważniejszych meczach. Drugi gol był autorem Deco a lider Smoków uzyskał go sprytnym strzałem po świetnej akcji z Alejniczewem, który przed chwilą pojawił się na boisku. „Zaczerpnąłem powietrze i odseparowałem się od wszystkiego, byłem tylko ja, bramkarz i środkowi obrońcy. Strzeliłem jakbym grał z przyjaciółmi w parku. Gdybym pomyślał o tym wszystkim co działo się wokół mnie, o tym że był to rozstrzygający gol w finale Ligi Mistrzów, najnormalniejszą reakcją byłoby uderzenie z całej siły"- opowiadał po meczu. Trzeciego gola wbił Alejniczew, świetnie wyprowadzający kontry Porto w końcówce. Odkąd dowiedział się przed meczem że żaden Rosjanin nie wygrał jeszcze Ligi Mistrzów, miał olbrzymią chęć pojawić się na placu i przyczynić się do triumfu a potem, jak Szewczenko przed rokiem, zawieźć puchar do swego kraju i pokazać go rodakom. Zanim Mourinho wpuścił zniecierpliwionego Rosjanina, przez dobrych kilka minut tłumaczył mu przy linii bocznej, z użyciem notesu i długopisu, po co wchodzi, co ma zrobić na boisku. „Gola strzeliłem zupełnie przypadkowo. Chciałem uderzyć piłkę gdzie indziej, tam gdzie rzucił się bramkarz ale zeszła mi z nogi"- wyznał po meczu dziennikarzom zawodnik będący już wyraźnie pod dobrą datą.

Najlepsi na boisku byli obrońcy Porto, z liderem formacji Jorge Costa na czele, którzy całkowicie zdominowali napastników Monako. Tak znakomity jeszcze niedawno Morientes, mówiąc po piłkarsku nie zrobił sztyche a zespół z Księstwa nie oddał ani jednego celnego strzału. Gracze Monaco mieli jednak kilka razy pretensje do sędziów o, jakżeby inaczej, sygnalizowanie spalonych w stykowych sytuacjach. W sumie zostali złapani na ofsajdzie aż 12 razy, z czego co najmniej trzy razy arbitrzy podjęli błędne decyzje, pozbawiające wicemistrzów Francji dogodnych sytuacji bramkowych. Może nie były to drobiazgi ale tak czy owak wynik był sprawiedliwy. „Bardziej niż Porto wygrało, Monaco przegrało ten finał"- powiedział wysłannikowi „Piłki nożnej” znaleziony na trybunie prasowej Peter Schmeichel. Zgadzał się z nim Deco: „Monako ułatwiło nam zadanie. Widzowie byli rozczarowani, gdyż spodziewali się większych emocji. To już jednak nie mój problem". Jose Mourinho widział inaczej nie tylko sam mecz finałowy ale i całą mistrzowską kampanię. „Nie było przypadków w naszym zwycięstwie, nie jest też ono wynikiem słabości rywali. Może nie mieliśmy najdroższych piłkarzy ale mieliśmy najlepszy zespół. Czasami trener myśli sobie że skoro ma wspaniałych futbolistów to nie musi wymyślać skomplikowanej taktyki. Jednak w prowadzeniu drużyny najważniejszą rolę odgrywa filozofia gry”- powiedział po meczu Portugalczyk. Innymi słowy wygrał przede wszystkim on. Barkley cytuje inną jego wypowiedź: „Prywatnie był to dla mnie trudny wieczór, ponieważ przepełniały mnie sprzeczne uczucia. Wiedziałem że odchodzę z zespołu". Może dlatego Mourinho nie towarzyszył piłkarzom, gdy Alejniczew, Deco(wybrany MVP finału) przyznawszy że teraz mają zamiar przez tydzień imprezować, natychmiast wcielili ten plan w życie, co sprawiło że najłatwiej wygrany Puchar Ligi Mistrzów w historii był też trofeum najmocniej opitym. „Moich podopiecznych zobaczyłem dopiero po trzech miesiącach, kiedy przyjechali na Stanford Bridge na Ligę Mistrzów"- powiedział szkoleniowiec zwycięskiej ekipy. Nazwiska triumfatorów Ligi Mistrzów z 2004 roku może poza Deco, który dokonał wielkich rzeczy w FC Barcelonie, wielu kibiców już zapomniało. Tamto zwycięstwo jak chyba żadne inne traktowane jest przede wszystkim jako dzieło trenera. Kariera Jose Mourinho, tłumacza a potem asystenta i szefa banku informacji Bobby’ego Robsona w Sportingu, Porto i FC Barcelonie, gdzie został także by pracować z Louisem Van Haalem, jest doprawdy fascynująca. Pierwszą samodzielną posadę dostał niebawem w Benfice, w której jednak popracował tylko przez kilka miesięcy. Potem było Uniao Leiria, z którym zajął piątą (najwyższą w historii tego klubu) pozycję na mecie rozgrywek ligowych. Do Benfiki wracać nie chciał, za to gdy w styczniu 2002 roku dostał propozycję objęcia FC Porto poleciał tam jak na skrzydłach. Mimo że skład Smoków był wtedy naprawdę słaby, zadeklarował że za rok zdobędzie z tą drużyną mistrzostwo kraju. Z miejsca zajął się tworzeniem nowej ekipy, która miała składać się z ambitnych, młodych portugalskich piłkarzy. Jego pierwszymi transferami byli Maniche, Paulo Ferreira i Nuno Valente a z Uniao wyciągnął Brazylijczyka Derleya. Wszyscy oni dostawali kontrakty motywacyjne czyli uzależniające wysokość pensji od osiągnięć zespołu. W sezonie 2002/03 Porto nie tylko zdobyło zapowiadane mistrzostwa Portugalii ale sięgnęło też po Puchar UEFA, w finałowym meczu pokonując Celtic. Mourinho nagle stał się gwiazdą. Zdecydował się on, nie ma licznych ofert z zagranicy pozostać jednak w Porto. Cox w „Geigen pressing i tiki-tace przytacza słowa trenera, które świadczą o tym że przed startem Ligi Mistrzów wcale nie był pewny siebie: „Możemy osiągnąć coś fajnego ale chyba nie jesteśmy w stanie wygrać Ligi Mistrzów". Gdy rok później przedstawił się londyńskim dziennikarzom jako nowy manager Chelsea prawił już całkiem inaczej: „Zostaniemy mistrzami, gdyż mamy najlepszych graczy i (Wybaczcie jeśli zabrzmi to arogancko) najlepszego managera... Proszę nie myślcie że jestem arogancki, gdyż to nieprawda. Uważam że jestem wyjątkowy (The Special One). Jestem mistrzem. Interesuje mnie tylko zwycięstwo. Chciałbym podtrzymać wspaniałą passę a nie czekać na kolejne triumfy aż do 2010 roku". Przyznajmy jednak że po tym, jak w dwa lata wywalczył z FC Porto 6 trofeów, rzeczywiście miał prawo lekko odlecieć. Jak w istocie rzeczy grało Porto w sezonie 2004? Czy Mourinho spełnił obietnicę, którą złożył, gdy obejmował zespół? Według Coxa zapowiadał wtedy: „Obiecuję że będę grał ofensywnie. Obiecuję że każdego dnia będziemy pracowali nad atakami na bramkę rywala aż dopracujemy doskonale systematyczny i automatyczny model gry. Gdy to osiągniemy obiecuję wam ofensywną piłkę a zanim to nastąpi, zamierzam atakować z rozwagą". Za kadencji Mou Porto stosowało rozmaite strategie gry, zależnie od rywala i warunków meczowych. Wtedy nikt z pewnością nie mówił o Portugalczyku jako mistrzu defensywy, choć czasami, jak w meczu z Deportivo u siebie korzystał on z furtki, którą sam sobie zostawił mówiąc: ,, a zanim to nastąpi...". Mourinho jawi się Coxowi jako w pewnym sensie finalny produkt portugalskiej szkoły rozumienia futbolu ukształtowanej nie na boiskach treningowych, leczy w uniwersyteckich salach. To w Porto bowiem narodziła się mityczna dziś periodyzacja taktyczna autorstwa Wiktora Frade, profesora na tamtejszym Uniwersytecie, w której głównym założeniem było to, by trening fizyczny, techniczny, taktyczny i praca nad strefą mentalną odbywały się razem a każde ćwiczenie na treningu zawierało te cztery elementy. Mourinho zaś okazał się jej wiernym akolitą.

Trening u Mou był zawsze starannie zaplanowany, trwał albo 90 minut albo 120, gdy w najbliższym spotkaniu mogła zdarzyć się dogrywka. Piłkarze musieli zakładać ochraniacze, gdyż mieli grać równie ostro jak podczas meczu. Cox w ogóle przypisuje Mourinho i jego metodzie mnóstwo nowatorstwa: ,, FC Porto zakładało agresywny pressing pod polem karnym rywala I grało wysoko ustawioną linią obrony. Kwartet obrońców doskonale się rozumie i potrafił wyjść do przodu, by złapać rywala na spalonym". Do tego zespół Mourinho po fazie intensywnego naciskania rywala odpoczywał z piłką przy nodze. Są na to dowody. Tylko w dwóch meczach fazy grupowej oraz w finale FC Porto miało krócej piłkę niż rywale. W swojej istocie nie był to bynajmniej futbol nowatorski a schemat taktyczny podejrzanie mocno przypomniał to, co przed rokiem prezentował triumfator z San Siro. Tak jak u Carlo Ancelottiego boczni pomocnicy portugalskiej drużyny byli takimi tylko w teorii, gdyż Alejniczew i Maniche w niewielkim stopniu udzielali się w grze przy linii bocznej. Bardzo agresywnie i regularnie atakowali natomiast obaj boczni obrońcy a mianowicie Nuno Valente i Paulo Ferreira. Nastawienie obu spokojnie można było porównać do nastawienia Roberto Carlosa w Realu. Także przechodzenie z 4-3-3 na 4-2-3-1 nie jawiło się jako nic niezwykłego. Chyba najrzadziej spotykane w owym czasie było permanentne rozbieganie się obu napastników na boki. Podsumowując: gdy FC Porto wygrało Ligę Mistrzów w 2004 roku wokół Jose Mourinho i jego futbolowych wizji zrobiło się bardzo głośno. Dziś z perspektywy czasu trzeba jednak stwierdzić że niczego wielkiego nie wymyślił. Stare pomysły ubrał w nowe szaty i przedstawiał jako swoje wynalazki. Może największym jego wkładem w rozwój futbolu jest odpowiednie docenienie rangi „mind games”, z których zasłynął, czyli bawienia się i manipulowania psychiką oraz umysłami piłkarzy a także dziennikarzy, tak by ci robili co chce i osiągali stan potrzebny do wygrywania. Szczerze mówiąc to The Special One wszystkich nas wówczas zaczarował nawet nie tym, jak grało jego Porto ale tym, jak o tym opowiadał i ten stan u wielu piłkarzy, kibiców oraz dziennikarzy wciąż trwa.

2

@FCBparasiempre Ligę Mistrzów pełna zgoda.Ale Puchar Europy Mistrzów Krajowych wygrali już w 1987 roku pokonując na wiedeńskim Parterze Bayern Monachium 2:1 z naszym Józefem Mlynarczykiem w bramce ;)

2

@Bernard777 No przecież doskonale o tym wiem!!! Ja miałbym nie wiedzieć!!? No nie nerwuj mienia! Mały chochlik: nie "Parterze" tylko "Praterze"

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?