- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1204 Culés
Gorące dyskusje
partymaker
0
Pytanie do osób posiadających PPK. Jaki procent wynagrodzenia oddajecie? Jeśli się nie mylę to... » Czytaj dalej
62 odpowiedzi
Lionel_Messi10
1
Kto to jest xDDhttps://twitter.com/i/status/2070250711942640125
16 odpowiedzi
Marcelinho99
7
Nico Paz nie chce przechodzić do Realu, bo myśli mądrze i wie, że w tym kolesiostwie skończy... » Czytaj dalej
27 odpowiedzi
Media
Sonda
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1204 Culés
5
Estudiantes, San Lorenzo, River Plate oraz “Cholo”:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Sysia11
4
@FCBparasiempre
Powierzenie Bilardo reprezentacji kraju po tym, jak w 1982 roku wywalczył Campeonato z Estudiantes było dla tego klubu prawdziwym ciosem. Choć w kolejnym roku drużyna zdołała jeszcze wygrać ligę Nacional pod wodzą Eduardo Manery(jednego z tych, którzy trafili do więzienia po finale Pucharu Interkontynentalnego 1969 roku) wkrótce znalazła się na równi pochyłej. W sezonie 1993/94 Estudiantes spadło nawet z Ligi, jednak natychmiast zdołało do niej wrócić, w czym spory udział miał 19-letni Juan Sebastian Veron. W 1996 roku zawodnik ten odszedł wprawdzie do Boca a wkrótce potem wyjechał do Włoch ale 10 lat później wrócił, nadal w pełni sił i wciąż zdolny do rozszczelniania defensywy rywali precyzyjnymi prostopadłymi podaniami. „Chcę pomóc drużynie na nowo zwyciężać w rozgrywkach międzynarodowych"- zapowiadał. Klub był już ponownie na fali wznoszącej ale mimo wszystko ta deklaracja brzmiała hurraoptymistycznie. Inna sprawa że w 2003 roku do zespołu wrócił Bilardo, który dał szansę grupie utalentowanych młodych graczy; wśród nich szczególnie wyróżniali się Jose Sosa i Marcos Angeleri. I chociaż po roku ex selekcjonera już w Estudiantes nie było, następcy mieli na czym budować. Pod Reinaldo Merlo drużyna zajęła czwarte miejsce w Aperturze i Clasurze, później przeszła chwilowy kryzys pod wodzą Burruchagi ale w końcu jej szkoleniowcem został Diego Simeone. Dawny reprezentacyjny pomocnik zbudował zespół odwołujący się do najlepszych tradycji klubu: w dziewiętnastu meczach apertury sezonu 2006/07 jego podopieczni stracili tylko 12 goli. Przed ostatnią kolejką na czele tabeli znajdowało się wprawdzie Boca Juniors ale po przegranej u siebie z Lanus 1:2 straciło trzypunktową przewagę a że Estudiantes zwyciężyło 2:0 z Arsenalem, o mistrzostwie kraju miał zadecydować dodatkowy mecz. Dzięki golom Sosy i Mariano Pavone Estudiantes wygrało to starcie 2:1 i po 23 latach przerwy znów cieszyło się z tytułu. Wspominając o późniejszych sukcesach Diego Simeone z Atletico warto mieć świadomość że to właśnie tamta drużyna z Argentyny ucieleśniała jego ideał futbolu. „Nie zapominajcie o Estudiantes. To był zespół, który miał wszystko co moim zdaniem najlepsze w piłce: praktyczność, zaangażowanie, zbiorowy wysiłek, talent, prostotę"- mówił po latach Cholo. Z Boca Juniors ekipa Simeone wygrała po raz pierwszy od 10 lat. Owszem miała trochę szczęścia(rywale dwukrotnie trafili w słupek) ale piłkarze Simeone potrafili szczęściu pomóc. „Zawsze powtarzałem że poprzeczka i słupek to część boiska. Gdyby ich nie było siatka musiałaby wisieć w powietrzu"- mówił. Z pewnością doświadczenie z tamtego meczu przydało mu się w 2013 roku, kiedy prowadził Atletico w finale Pucharu Króla przeciwko Realowi Madryt, klubowi, którego „Los Colchoneros” nie potrafili pokonać w poprzednich 26 meczach derbowych. „Nie ulega kwestii że są lepsi od nas ale to nie oznacza że wygrają"- przyznawał Argentyńczyk. Było to zdanie bardzo charakterystyczne dla mentalności zawodników Velezu Sarsfield, gdzie zaczynał karierę piłkarską i właśnie dla Estudiantes.
„Myślisz że zdołasz ograć Messiego i Ronaldo?"- usłyszał Simeone od 9-letniego syna po tym, jak powiedział mu że będzie trenerem Atletico. Zadanie wydawało się niewykonalne a jednak ojciec mu sprostał wbijając chłopca w dumę ale też każąc za sobą tęsknić bo im większe odnosił sukcesy w Hiszpanii, tym rzadziej mógł spędzać czas z rodziną w Argentynie. Propozycja z Madrytu również odwoływała się do emocji Simeona. W latach 90-tych Argentyńczyk występował w Atletico przez 3 lata, w rozgrywkach 1995-96 sięgając po mistrzostwo i puchar kraju a w 2003 roku wrócił do stolicy Hiszpanii jeszcze na półtora sezonu. Jakkolwiek jednak był pewny swoich umiejętności trenerskich, to przecież nie mógł się chyba spodziewać tego co osiągnie z tym zespołem. Niezależnie od dobrze udokumentowanej zdolności Atletico do autodestrukcyjnego kabaretu, istniała wszak również bariera finansowa. Wedle opublikowanej w kwietniu 2011 roku przez magazyn „Forbes” listy najbogatszych klubów świata roczne przychody „Rojiblancos” wynosiły 153 miliony dolarów czyli dużo mniej od FC Barcelony(488 milionów) i Realu(537 milionów). Na rok przed powrotem Simeone zarząd musiał sprzedać Sergio Aguero i Dawida De Gee, czym dodatkowo osłabił drużynę, która nawet z nimi zajęła dopiero siódme miejsce w lidze. Kiedy Argentyńczyk został zatrudniony zespół znajdował się na 11 miejscu i tylko cztery punkty nad strefą spadkową a mimo to już w pierwszym roku pracy Simeona zdołał awansować do Ligi Europy. Rok później Atletico było trzecią siłą w Hiszpanii a w sezonie 2013/14 po raz pierwszy od 1996 roku zdobyło mistrzostwo Hiszpanii i tylko sekundy dzieliły „Los Colchoneros” od pokonania Realu w finale Ligi Mistrzów. W kolejnych latach większość europejskich klubów podążała szlakiem wytyczonym przez Pepa Guardiole i Jurgena Kloppa stosując intensywny pressing i błyskawiczne przejścia z obrony do ataku więc przy tych innowatorach piłkarskich styl Simeone wydawał się coraz bardziej staromodny ale i tak zdołał on zapewnić Atletico udział w kolejnym finale Ligi Mistrzów i następne zwycięstwo w La Liga w sezonie 2020/21. Po odejściu z Estudiantes Simeone doprowadził River do wygrania Clauzury w sezonie 2007/08 ale Apertura kolejnych rozgrywek zaczęła się bardzo kiepsko. Po szybkim odpadnięciu z Copa Libertadores i z Copa Sudemericana drużynie trafiła się seria 11 meczów bez zwycięstwa. Kiedy znalazła się na ostatnim miejscu tabeli Simeone podał się do dymisji. Później doprowadził San Lorenzo do udziału w eliminacjach Copa Sudemericana oraz uratował od spadku Catanię i Racing. Jedynym jego niepowodzeniu w roli szkoleniowca pozostaje więc River. „Trenerzy mają lepsze i gorsze chwile. W mojej karierze wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zły moment musiał się przydarzyć. Myślę że to doświadczenie z River tylko mnie wzmocniło: zrozumiałem i dzięki niemu że czasami żeby pójść do góry trzeba najpierw upaść"- mówił przyszły trener Atletico. Jednak seria meczów bez wygranej miała swoje konsekwencje, Simeone przyznawał że prowadząc zespół w 14 ze 116 spotkań, które ostatecznie doprowadziły River do spadku z Ligi ponosił część odpowiedzialności za katastrofę. Roberto Perfumo portretował go jako „urodzonego trenera" i tak naprawdę niewiele spośród tych, którzy zachwalali zdolności przywódcze „Cholo” w trakcie kariery piłkarskiej było zdziwionych tym, co osiągnął jako szkoleniowiec. Sam mówił że jego największym problemem jest to że nie umie przestać myśleć o futbolu. „Chodzę do kina we wtorki i czwartki ale jeśli film mnie nudzi, aktorzy się gdzieś rozmywają i znowu widzę piłkarzy: Jak mogę ich poustawiać, jak podwoić krycie na skrzydle?"- opowiadał. Do grających za granicą najlepszych argentyńskich piłkarzy dołączyli więc najlepsi trenerzy a że najwyższy poziom współczesnego futbolu oferują kluby europejskie trudno się dziwić że przyciągnęły także odnoszącego już pierwsze sukcesy w ojczyźnie Simeone. Jak niejeden przed nim szkoleniowiec Atletico wkrótce miał się jednak spotkać ze sceptycyzmem albo wręcz otwartą wrogością wielu Argentyńczyków, niechętnych rodakom, którym powiodło się za granicą. Sam opowiadał o pewnym zdarzeniu z grudnia 2012 roku, kiedy Atletico zajmowało akurat drugie miejsce w tabeli ligi hiszpańskiej. Udzielił wtedy wywiadu jednej z argentyńskich gazet i postanowił jeszcze rzucić na niego okiem z madryckiej oddali, w wersji online. Jak sam mówi popełnił błąd zaglądając do komentarzy. „Na pierwszych dziesięć 8 było okrutnych, jeden człowiek nie mógł się zdecydować czy mnie lubi czy nie a jeden życzył mi śmierci. Zastanawiam się dlaczego Argentyńczycy są tacy niesprawiedliwi? Dlaczego tak się wzajemnie poniżają?" Z pewnością problem nie był nowy ale fakt że tak niewiele piłkarskich talentów w tamtym czasie decydowało się na pozostanie w kraju z pewnością nie sprzyja poprawie sytuacji.
Po odejściu Simeona do River w Estudiantes pracowali Roberto Sensini i Leonardo Estrada; drużyna odpadła z Copa Libertadores na etapie walki o ćwierćfinał a w lidze zajęła trzecie i szóste miejsce. W końcu jednak dość niespodziewane zatrudnienie Alejandro Sabelli pozwoliło klubowi wspiąć się na wyższy poziom. Chodziło wprawdzie o byłego piłkarza Estudiantes ale w wieku 54 lat nie miał żadnych doświadczeń w samodzielnej pracy z piłkarzami a większość kariery trenerskiej spędził asystując Danielowi Passarelli. Po dwóch latach pracy ów zaskakujący wybór zarządu przyniósł jednak klubowi najwięcej sukcesów od czasu gdy drużynę prowadził Zubeldia. Sabella zdawał sobie sprawę ile zawdzięcza swemu najsłynniejszemu piłkarzowi: „Veron to najważniejszy zawodnik w dziejach Estudiantes. Jego decyzja o powrocie do klubu i fakt że na każdym treningu daje przykład młodszym zawodnikom to coś wyjątkowego. Zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko a kiedy juniorzy widzieli Jak trenuje musieli myśleć: »Halo, przecież to jest Veron! Facet wygrał wszystko a teraz tak zasuwa! Jakże ja miałbym nie pracować równie ciężko?«. Wywar wielki wpływ na szatnię. Tutaj dorastał i miał swój udział w historii tego klubu jeszcze zanim się urodził ale przeszedł drogę od bycia synem tego Verona do punktu, w którym to o jego ojcu mówiono »tata tego Verona«. Miał wielki talent i rzadko umiejętność czytania gry. Historia argentyńskiej piłki nie zna wielu takich przypadków a przecież muszę jeszcze wspomnieć o duszy Sebastiana bo to ona sprawiała że jego koledzy potrafili czasem grać powyżej swoich umiejętności". Estudian też zakończyło rozgrywki grupowe Copa Liberta zaraz w 2009 roku na drugim miejscu po Cruzeiro. W pierwszym starciu fazy pucharowej drużyna pokonała 3:0 Libertad po golu jasnowłosego Gastona Fernandesa na samym początku spotkania i dwóch trafieniach(jednym z karnego) wszędobylskiego napastnika Mauro Bossellego, którego późniejszy pobyt w Wigan nie okazał się już aż tak udany. Bezbramkowy remis w Paragwaju przypieczętował awans do ćwierćfinału, gdzie dzięki znakomitej postawie obrońców udało się dwukrotnie wygrać 1:0 z Defensorem Sporting. Pierwszy mecz półfinałowy u siebie z Nacionalem zakończył się kolejnym zwycięstwem 1-0 po główce Diego Galvana i choć w Montevideo Estudiantes dało sobie w końcu wbić gola, to dwie bramki Bossellego przypieczętowały awans do finału, Gdzie znów trzeba się było zmierzyć z Cruzeiro. Pierwszy mecz na własnym boisku w La Placie skończył się bezbramkowy remisem a podczas rewanżu w Belo Horizonte to gospodarze wyszli na prowadzenie po strzale Henryka I rykoszecie, który zmylił bramkarza. Była 52 minuta ale 5 minut później operujący w głębi pola Veron uruchomił precyzyjnym podaniem biegnącego po skrzydle bocznego obrońcę Christiana Cellaya. Ten dośrodkował, bramkarz Fabio minął się z piłką i Gaston Fernandez z najbliższej odległości strzelił gola dla Estudiantes. 16 minut później gościu prowadzili już 2:1 po rzucie rożnym Verona i główce Bosellego. Veron dotrzymał obietnicy i podobnie jak ojciec pomógł Estudiantes sięgnąć po Copa Libertadores. „Mój syn wrócił tutaj w 2006 roku z prostą ale niemal niemożliwą do spełnienia ideą: pomoc w drużynie znów wygrać rozgrywki międzynarodowe. Miał wiele ofert ale wybrał klub, o którym nigdy nie zapomniał, jego własny klub. Takie marzenia ma każdy kibic ale on je spełnił"- mówił Juan Ramon Veron. Ślad za tym sukcesem przyszło zwycięstwo w aperturze sezonu 2010/11, później jednak zaczęła się kolejna wyprzedaż i ciągłość sukcesów została zerwana. Żeby następny argentyński zespół wygrał CopaLlibertadores musiało minąć 5 lat.
1
@FCBparasiempre
To, że papież Franciszek kibicuje San Lorenzo jest oczywistością. Komu innemu miałby kibicować? Urodził się w grudniu 1936 roku we Flores, „barrio” położonym tuż obok Almagro, gdzie trzy dekady wcześniej ksiądz Lorenzo zakładał tę drużynę. Ojciec przyszłego papieża występował w drużynie koszykarskiej San Lorenzo a on sam jako dziecko chodził na mecze z mamą. Kiedy mówi się że osoba publiczna kibicuje jakiejś drużynie często można podejrzewać że mamy do czynienia raczej z pobieżnym zainteresowaniem albo z zachowaniem na pokaz niż prawdziwą pasją ale w przypadku Franciszka z pewnością jest inaczej. Jeśli wśród tłumu pielgrzymów na placu Świętego Piotra dostrzeże kogoś w koszulce San Lorenzo albo z flagą w barwach zespołu, z pewnością go pozdrowi, jeśli zaś drużyna właśnie wygrała mecz może nawet pokazać wynik na palcach obu dłoni. Na jego audiencjach nie brakuje grup owiniętych w argentyńskie flagi, wyglądających raczej na kibiców niż pątników. Ci, którzy pracują z nim na co dzień, zapytani o jego futbolowego konika podnoszą oczy ku niebu, ponoć mówi o piłce przy każdej okazji. W 2013 roku, kiedy kardynał Bergoglio został wybrany na papieża i przyjął imię Franciszek, San Lorenzo już od sześciu lat niczego nie wygrało(ostatni sukces odniosło w Clauzurze w 2007 roku). Teraz jednak natychmiast zwyciężyło w Aperturze, co robiło tym większe wrażenie że rok wcześniej klub ledwo uniknął degradacji i uginał się pod ciężarem długów. Nowy prezes Lammens zapewnił jednak zespołowi finansowo stabilizacją a trener Juan Antonio Pizzi zaproponował nowy sposób gry. Wkrótce po zdobyciu mistrzostwa Pizzi przeprowadził się jednak do Walencji, co oznaczało że drużyną w walce o Copa Libertadores pokieruje Edgardo Bauza, człowiek, który w 2008 roku wygrał te rozgrywki z urugwajskim Liga de Quito a triumf w Libertadores wiele znaczył dla San Lorenzo, dość powiedzieć że kibice innych drużyn nieustannie tłumaczyli skrót na klubowym herbie nie jako klub Atletico San Lorenzo de Almagro ale jako klub Atletico Sin Libertadores de America, czyli bez Copa Libertadores. Wrażenie że szykuje się coś wyjątkowego pojawiło się w trakcie ostatnich meczów fazy grupowej. Chilijski Union Espaniola był już pewien awansu do dalszych gier a Botafogo miało dwa punkty przewagi nad samym Lorenzo i ekwadorskim Independiente del Valle. Oznaczało to że aby grać dalej Argentyńczycy muszą pokonać u siebie Botafogo i liczyć że Independiente nie wygra w Chile a gdyby zdołało to jednak zrobić, to wtedy San Lorenzo powinno wbić Botafogo o dwa gole więcej niż strzeli drużyna z Ekwadoru. Do przerwy wszystko było pod kontrolą. San Lorenzo prowadziło po golu Villalby a Union i Independiente zremisowały 1:1. W 48 minucie jednak Daniel Angulo zdobył swojego drugiego gola dla Independiente. Pięć minut później Piatti podwyższył prowadzenie San Lorenzo ale do awansu wciąż brakowało mu jednego trafienia. Tymczasem Angulo strzelił po raz kolejny ale Matias Campos odpowiedział golem kontaktowym. Do końca obu meczów pozostawało pół godziny. Fernando Leon z Indepediente zdobył gola samobójczego i w Chile było 3:3, znów wydawało się że San Lorenzo powinno awansować. Kiedy zaś Gustawo Canales podwyższył z rzutu karnego prowadzenie Union na 4:3, sytuacja zrobiła się dosyć bezpieczna. Ale 5 minut później Angulo strzelił swoją czwartą bramkę a potem Junior Sornoza z jedenastki ustalił wynik spotkania na 5:4 dla Independiente. Do końca meczu San Lorenzo pozostawały już tylko dwie minuty, kiedy Piatti doskoczył do drugiej piłki i huknął potężnie pod poprzeczkę. Stadion Nuevo Gasometro eksplodował ale po ostatnim gwizdku nasłuchiwano jeszcze wieści z Chile. Kiedy potwierdziło się że Independiente wygrało tylko jedną bramką, radość z awansu była pełna. „Wszyscy myśleli że jesteśmy martwi tylko zapomnieli nas zabić. Nasz zespół przeszedł już nie jedno ale zawsze była to drużyna wojowników. Zdarza nam się grać słabo ale nawet wtedy nie przestajemy walczyć"- skomentował Piatti.
W innej rundzie San Lorenzo wygrało po rzutach karnych z Gremio a w ćwierćfinale okazało się lepsze od Cruzeiro(w dwumeczu było 2:1). Losowanie półfinałów było dla Argentyńczyków pomyślne: trafili na Bolivar, fatalnie grający na wyjazdach, choć niebezpieczny na własnym terenie, w położonym wśród wysokich gór La Paz. Piłkarze Bauzy załatwili więc sprawę u siebie wygrywając 5:0 i porażka 0:1 w Boliwii nie miała już znaczenia i po raz pierwszy w historii klubu San Lorenzo awansowało do finału Libertadores. Nie było już jednak to samo San Lorenzo, które rozpoczynało rozgrywki. Obiecujący młody napastnik Angel Correa został sprzedany do Atletico Madryt, gdzie zresztą podczas testów medycznych wykryto u niego wadę serca a Piattiego, bohatera fazy grupowej oddano do Montreal Impact akurat pomiędzy dwoma meczami finałowymi. Tak wygląda smutna rzeczywistość argentyńskiej piłki, żaden klub nie jest w stanie zatrzymać swych najlepszych piłkarzy na dłużej. W pierwszym meczu finałowym argentyńska drużyna zremisowała na wyjeździe z paragwajskim Nacionalem 1:1. Spotkanie rewanżowe przebiegało w nerwowej atmosferze a obie drużyny popełniały mnóstwo błędów ale ostatecznie San Lorenzo wygrało po rzucie karnym wykorzystanym przez zażywnego Nestora Ortigozę. Tamtego wieczora nie chodziło jednak o widowisko, tylko o 66-letni dług spłacony wreszcie przez Copa Libertadores drużynie San Lorenzo. „Wiemy że wszystkie argentyńskie kluby mają problemy ekonomiczne ale jesteśmy dumni z tego co osiągnęliśmy. Pokazaliśmy że wcale nie odstajemy od tych Gigantów, których wciskają nam media. Kiedy pierwszy raz rozmawialiśmy z Bauzą powiedział że nie potrzebuje dużych transferów, musi natomiast przygotować drużynę mentalnie na wyzwania związane z grą w Copa Libertadores. Nawet jak grasz sobie ładnie tydzień w tydzień, to w Libertadores nie możesz tracić koncentracji na ułamek sekundy. Robisz jeden błąd i wylatujesz"- mówił Marco Tinelli- wiceprezydent San Lorenzo. Nikt chyba nie radował się z tego sukcesu bardziej od Leandro Romagnolego. Ten staromodny już z pewnością drybler, który budził w Argentynie nostalgię za Złotym Wiekiem pasował do stylu swojej drużyny, chętnie odwołując się do starej szkoły i grającej mniej wertykalny i frenetyczny futbol niż czyni to większość klubów argentyńskich wyznających ideę Marcelo Bielsy. San Lorenzo kibicował od dziecka a kiedy zadebiutował w tym klubie jako 17-latek obiecywał matce że przejdzie wraz z nim do historii. W 2001 roku wygrał Clausure i występował w reprezentacji, która zdobyła Mistrzostwo Świata do lat 20-tu, 3 lata później przeszedł jednak do Vera Cruz a potem Sportingu. Słowa dotrzymał więc dopiero po powrocie do klubu w 2009 roku, kiedy miał już 33 lata. Owacja, jaką kibice zgotowali mu na kilka minut przed końcem, kiedy Bauza(być może właśnie ze względów sentymentalnych) zdjął go z boiska, była z pewnością godna chwili. Tak czy inaczej po zdobyciu 15 tytułów mistrza kraju San Lorenzo zostało w końcu ósmym argentyńskim klubem, który wygrał Copa Libertadores i przestało być definiowane przez owo „Sin Libertadores". „Myślę o radości fanów, o tym co dla nich znaczy to zwycięstwo. Nigdy czegoś podobnego nie przeżyli a my mogliśmy im to teraz ofiarować. Wielu z nich ma 80 czy 90 lat. Czekali na to całe życie"- mówił Romagnoli. Dzień po zwycięstwie w Libertadores delegacja piłkarzy poleciała z Pucharem do Rzymu na spotkanie z papieżem, podobnie zresztą jak w grudniu po wygraniu ligi. „Cieszę się bardzo ale oczywiście nie był to żaden cud"- powiedział Franciszek trzymając z wyraźną dumą puchar. Miesiąc później ogłoszono zawarcie porozumienia z Carrefourem na mocy którego w 2018 roku klub powinien był przeprowadzić się na nowy obiekt, z powrotem w Bodeo, który musiał opuścić w 1979 roku a stadion miał nosić imię papieża.
Radość z sukcesu San Lorenzo przekracza jednak wymiar lokalny, cieszyli się nim nie tylko kibice klubu, który odzyskiwał wreszcie poczucie własnej wartości, naruszone przed laty przez utratę stadionu, lecz podzielały ją szersze kręgi społeczeństwa. Oto mimo wszystkich spowijających argentyńską piłkę mroków i oczywistego kryzysu ekonomicznego tutejsze kluby wciąż potrafiły wygrywać międzynarodowe rozgrywki. „Po pięcioletniej przerwie argentyński zespół znów wygrał Libertadores"- głosiła „La Gaceta The Tucuman" pod nagłówkiem „Narodowa duma". Niezależnie od tej dumy jednak prawdziwym wyznacznikiem poziomu argentyńskiej, czy szerzej: południowoamerykańskiej piłki klubowej były występy San Lorenzo i Estudiantes w klubowych mistrzostwach świata, turnieju, który zastąpi Puchar Interkontynentalny i w którym oprócz drużyn z Europy i Ameryki Południowej uczestniczyły także zespoły z Afryki, Azji a także Ameryki Północnej i Środkowej. W 2009 roku Estudiantes uległo FC Barcelonie po dogrywce dopiero w finale ale w 2014 roku San Lorenzo potrzebowało dogrywki żeby w półfinale poradzić sobie z Auckland City FC a później przegrało z Realem Madryt 0:2 po jednostronnym meczu. Na „El Monumental” płakali nawet dorośli mężczyźni. Pod „Obelisco” z kolei bawili się jak dzieci w strugach deszczu. 19 lat po tym, jak Enzo Francescoli poprowadził River Plate do drugiego zwycięstwa w Copa Libertadores drużyna wygrała te rozgrywki po raz trzeci, stając się też pierwszym zespołem, który zwyciężył i w Sudamericana i w Recopa i w Libertadores. Zresztą jak na drużynę, która przeżyła w tych ostatnich rozgrywkach nie jedną traumę, przyszło jej to zaskakująco łatwo: wyjazdowy mecz z meksykańskim Tigres, w San Nicolas de los Garza zakończył się bezbramkowym remisem a u siebie River wygrało 3:0 dzięki szczupakowi Lucasa Alario tuż przed przerwą, trafieniu Carlosa Andresa Sancheza z karnego i kolejnej główce, tym razem Ramiro Funesa Moriego w drugiej połowie. Radość i emocje były z pewnością szczere, nawet jeśli towarzyszyło im poczucie że najtrudniejszy mecz odbył się dużo wcześniej, w ćwierćfinale, kiedy trzeba było odrabiać straty po porażce u siebie z Cruzeiro 1:0 aby ostatecznie wygrać 3:1. Chociaż w drużynie Marcelo Gallardo zdarzało się grać naprawdę nieźle już w poprzednim sezonie, z grupy wyszła z najgorszym bilansem spośród wszystkich awansujących dalej zespołów, po zaledwie jednym zwycięstwie i z 7-punktową stratą do Tigres. W losowaniu River wpadło na Boca, wygrało u siebie 1:0 a rewanż na „La Bombonerze” został przerwany po tym, jak w przerwie meczu kibice gospodarzy rozpylili w tunelu prowadzącym na murawę gaz pieprzowy, niezbyt satysfakcjonujący sposób wygrywania derbów. „Historię tego klubu tworzą zwycięstwa w takim właśnie stylu"- mówił pomocnik Leonardo Poncio ale prawda wyglądała zupełnie inaczej. Nie był to przecież triumf odniesiony dzięki ofensywnej i pełnej rozmachu grze, lecz raczej wymęczona wygrana. Zapewne tylko najwięksi fundamentaliści przejmowali się stylem, choć warto zauważyć że mówił on wiele na temat tego, jak wyglądają mecze Copa Libertadores w XXI wieku. „Był to mecz stojący na bulwersująco niskim poziomie. Festiwal niecelnych podań(ponad 70 w samej pierwszej połowie) i ostrych wślizgów. Jeśli potraktować to jak wizytówkę, różnica między finałem Copa Libertadores a finałem Ligi Mistrzów jest smutną ilustracją przepaści, która dzieli futbol z obu kontynentów. Chyba tylko najstarsi fani opuszczając El Monumental mogli tonować euforię wspomnieniami z czasów, w których River Plate było uosobieniem arystokratycznego rozmachu ale które z perspektywy 2015 roku wydawały się jedynie wytworem ich fantazji"- pisał Tim Vickery, najlepiej znający się na futbolu z Ameryki Południowej Europejczyk. River świętowało więc tak samo jak San Lorenzo czy Estudiantes ale nikt przytomny nie mógł przecież traktować tych zwycięstw na równi z dawnymi sukcesami Estudiantes w latach 60-tych, Boca i Independiente w 70-tych czy całego szeregu innych argentyńskich klubów, wliczając w to River w latach 80-tych, kiedy Copa Libertadores i Puchar Europy cieszyły się podobną renomą. Międzynarodowe sukcesy argentyńskich drużyn świadczą jedynie o tym że tamtejszy Football klubowy przy wszystkich swoich słabościach nie wygląda aż tak źle jak brazylijski.