- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1265 Culés
Gorące dyskusje
Media
Sonda
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1265 Culés
11
Piłkarz, który urodził się w łodzi i podobnie jak jego ojciec zagrał na Mistrzostwach Świata:
Zawsze jest tam, u stóp migającej sygnalizacji świetlnej, tej, która oświetla go w mroku nocy. Jego strój zmienia się w zależności od trzech opcji, jakie oferuje garderoba. Nigdy nie rozstaje się z obciętymi rękawiczkami, spod których wystają jego popękane dłonie, ściskając z siłą przetrwania paczkę starych chusteczek. Jego smutne, pożółkłe spojrzenie odbija się od szyb samochodowych; niewiele serc mięknie na widok tego uśmiechu, który tak ostro kontrastuje z jego wyblakłą gwiazdą. 14 czerwca 1974 roku. Jedenastu piłkarzy ustawiło się przed trybunami dortmundzkiego „Westfalenstadionu”. Na piersi każdego z nich widniał wizerunek groźnego lamparta, otoczonego legendarnym napisem „Léopards Zaïre”, który pokrywał niemal całą żółtą koszulkę. Ten przełomowy strój stanowił zaprzeczenie klasycznego stylu piłki nożnej lat 70-tych i sam w sobie zapowiadał historyczne wydarzenie: po raz pierwszy drużyna z Afryki Subsaharyjskiej rywalizowała w finałach Mistrzostw Świata. Przed nimi trzy mecze, z których każdy pozostawił po sobie serię kultowych obrazów, które zapisały się w annałach Mistrzostw Świata. Ten pierwszy raz uwypuklił piłkarską różnicę między Afryką a resztą świata. Coś, co stopniowo się odwracało z Mistrzostw Świata na Mistrzostwa Świata. Co cztery lata kraje tego wiecznego kontynentu zaczęły szczycić się fizycznym i radosnym stylem gry w piłkę nożną; odważną grą, zdolną przynieść szczęście nie tylko ich ojczyznom, ale także wszystkim tym ludziom, którzy w każdym zakątku globu noszą w sobie smutek z powodu opuszczenia ojczyzny. Przez dziewięćdziesiąt minut ci smutni ludzie czują, że odzyskują dumę. Wśród tych wszystkich pionierów jedno nazwisko wyróżnia się: Mavuba. Nazwisko, które na zawsze związało się z piłką nożną w jednej z najbardziej poruszających historii tej pięknej gry. Ricky Mavuba Mafuila był utalentowanym pomocnikiem, który wyróżniał się w drużynie utworzonej pod rządami dyktatora Mobutu. Dzięki swojemu znakomitemu kontaktowi z piłką zyskał przydomek „Czarny Czarodziej” za umiejętność strzelania goli z rzutów rożnych z zadziwiającą łatwością. Jednak życie prestiżowego afrykańskiego piłkarza w latach 70. bardzo różniło się od dzisiejszego; przeprowadzka do Europy była nie do pomyślenia. Przy odrobinie szczęścia granice jakiegoś kraju protektoratu mogły się otworzyć, oferując skromne życie. Tak było w przypadku Mavuby, który po wygraniu Afrykańskiej Ligi Mistrzów i Pucharu Narodów Afryki przybył do rozwiniętej Angoli aby dokończyć karierę. Tam poznał Teresę i zaplanował swoje życie w tym dotąd spokojnym kraju. Sytuacja wkrótce miała się zmienić; Angola dążyła do wyzwolenia się spod portugalskiego jarzma. Burzliwe czasy rysowały się na horyzoncie. Długo oczekiwana niepodległość przyniosła wybuch jednej z najkrwawszych i najdłużej trwających wojen w historii współczesnej.
Rodzina Mavubów nie widziała lepszego wyjścia niż wsiąść na małą łódkę i wypłynąć. Uznanie i piłkarskie sukcesy „czarodzieja” należały już do innego życia, tego, które zdawało się wypaść za burtę. Obok niego Teresa płakała nieutulenie. Jej łzy mieszały się z wodą zbierającą się w łódce; właśnie urodziła, w jakiejś nieznanej części oceanu, dziecko o niepewnej przyszłości. Ale kręte morze cierpliwie kołysało małą łódkę niczym kołyskę; fale wyznaczały rytm najsłodszej kołysanki, jaką kiedykolwiek śpiewano. Cudownie dziecko dotarło całe i zdrowe do portu w Marsylii. Był rok 1984 i Teresa dokładnie wiedziała, czego chce: będzie miał na imię Río bo w żyłach tego dziecka płynęła woda. „Urodzony na morzu”. To proste a zarazem surowe. Paszport młodego Rio Mavuby podkreśla jego znikomość na świecie. Nikt się nie liczy we Francji, nikt się nie liczy w Afryce. Rio nie należy do nikogo, jest bezpaństwowcem, należy do morza. Río nie wie, gdzie się urodził, poza tym, że na małej łódce. Jego matka zmarła, gdy miał dwa lata a ojciec, gdy miał dwanaście. „Byłem za mały, żeby o tym mówić, chociaż oni prawdopodobnie nawet nie wiedzieli”. Nie pamięta nic z matki a bardzo niewiele z ojca, „popołudni spędzonych razem na kanapie i próbach oglądania meczów piłkarskich w telewizji PPV na Canal Plus”. To ich łączyło(ich miłość do piłki nożnej) i to właśnie pomogło mu przezwyciężyć wszystkie życiowe przeciwności. Kto wie, może chodziło o głębsze odczucie pamięci o ojcu. Mavuba zdołał dostać się do prestiżowej akademii Girondins de Bordeaux, gdzie przełamał wszelkie bariery. W wieku zaledwie 19 lat zadebiutował w pierwszym składzie. Następnie zaczął przyciągać zainteresowanie ze strony Kongo(nowego Zairu), Angoli... i Francji. Walczyli o tego młodego człowieka, który nie czuł przynależności do żadnego narodu. Logika kogoś, kto nie potrafił pojąć koncepcji patriotyzmu, doprowadziła go do wyboru jedynej rzeczy, którą znał. Latem 2004 roku Rio Mavuba zadebiutował z reprezentacją Francji, z jednym małym szczegółem, który wywołał poruszenie we Francji: nie miał francuskiego obywatelstwa. Coś, co zostało rozwiązane dzięki jego nowemu statusowi. „W końcu mam kraj; do tej pory miałem tylko łódź.”
Pod pseudonimem „nowy Makelele” lub „mała Tigana” przybył do Hiszpanii za siedem milionów euro – kwotę, która mogłaby zapobiec wojnie. Villarreal, modny hiszpański klub piłkarski, zapewnił sobie jego usługi. Los chciał, że ten mały chłopiec urodzony na morzu trafił na „okręt podwodny”. Nie miał jednak wielu szans w drużynie prowadzonej przez Pellegriniego i w styczniu wrócił do Francji, by tworzyć historię z Lille. Zdobył mistrzostwo kraju i zapisał się na kartach historii najlepszych stadionów Europy. Szczyt jego kariery i zwrot akcji miały dopiero nadejść. Stało się to 13 maja 2014 roku, kiedy Didier Deschamps umieścił nazwisko Mavuba na liście francuskich piłkarzy powołanych na Mistrzostwa Świata w Brazylii. Czterdzieści lat później piłkarska historia rodziny Mavubów zatoczyła pełne koło, potwierdzając historię pokonywania przeciwności losu, którą trudno było sobie wyobrazić. Z pewnością z nieba jego ojciec obserwował debiut syna na Mistrzostwach Świata bez mrużenia oczu i bez konieczności rozszyfrowywania morza. Ciężko patrzeć na zdjęcia łodzi pełnych Afrykanów przybywających do Europy. To rozdzierające serce. To ludzie, którzy chcą znaleźć lepsze życie w innym kraju i ryzykują wszystko…
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360