Słowa Joana Laporty o socjologicznym madridismo odbiły się szerokiem echem w całym piłkarskim świecie. Wczoraj odniósł się do nich Florentino Pérez, twierdząc, że właściwym pojęciem byłoby raczej uniwersalne socjologiczne madridismo i próbując przekuć sformułowane przez Laportę pojęcie w coś pozytywnego. Tymczasem w Sporcie ukazał się felieton Joana Canete Bayle, zatytułowany Sociologiczne barcelonismo, będący refleksją na temat "otoczenia" klubu. Zachęcamy do zapoznania się z jego tłumaczeniem.
***
Podczas złotej epoki Barçy w XXI wieku, tej należącej do Messiego, Xaviego, Iniesty, Puyola, Piqué, Guardioli, Suáreza, etc., która rozpoczęła się od uśmiechu Ronaldinho, a zakończyła na 2:8 w Lizbonie i łzach Messiego rok później, myślałem, że ten wspaniały zespół odmienił nie tylko futbol, ale także i klub. Przyzwyczajeni do nuñismo, gaspartismo [pojęcia pochodzące od nazwisk byłych prezesów Barcelony - przyp. redakcji] i wiktymizmu, który kamuflował złe zarządzanie i tragiczne decyzje, tamta Barça pozwalała myśleć, że zakończył się czas madriditis [kompleks wobec Realu Madryt - przyp. redakcji], historycznych niesprawiedliwości, porównywania się i nazwisk sędziów recytowanych niczym w litanii. Dzięki tamtemu zespołowi, rozmawialiśmy o futbolu i wreszcie zapomnieliśmy o czarnej legendzie, tak wpisanej w historię Barçy. "Oni" nie byli spiskiem, który miał na celu zatopienie Barçy, tylko czymś bardziej namacalnym: drużynami, które nasz zespół pokonywał na boisku.
Wtedy to madridismo cierpiało na barcelonitis [kompleks wobec FC Barcelony - przyp. redakcji]: Barça miała najlepszego piłkarza na świecie, grała jak nikt, wygrywała bardzo często, wywoływała podziw i była kręgosłupem triumfów Hiszpanii podczas dwóch Euro oraz Mundialu. Dla odmiany madridismo podążało za palcem Mourinho, miało świetnego, ale zawistnego cracka, łapało się villarato [teoria spiskowa, zgodnie z którą były prezes hiszpańskiej federacji, Villar, miał wspierać FC Barcelonę - przyp. redakcji] i patrzyło zszokowane, co działo się na boisku. Wydawało się, że to socjologiczne madridismo, by posłużyć się pojęciem ukutym niedawno przez Joana Laportę, nie podniesie się po afroncie, którym był fakt, że najlepsza Hiszpania w historii to najlepsza Barça w historii plus bramkarz, obrońca i pomocnik (pomijalny) Realu. I to prawda, że do dziś tego nie przetrawili. Oprócz tytułów, tamta Barça była nadzieją na zmianę naszego sposobu bycia.
Ale nie udało się. Potrójny kryzys wciągnął Barcelonę (ekonomiczny, instytucjonalny i sportowy), spowodowany przez złe zarządzanie (pandemia uderzyła we wszystkich, nie tylko w Barçę), a w latach chudych klub wrócił do tego, do czego był przyzwyczajony: że reżimowy klub, że socjologiczne madridismo... to zasłony dymne, aby ukryć nie tylko sprawę Negreiry (brzydka, brzydka, brzydka), ale też nieskrywaną dekadencję klubu, który obecnie uważa za heroizm pokonanie fazy grupowej Ligi Mistrzów i nie jest w stanie walczyć o najlepszych zawodników.
Socjologiczne madridismo istnieje, ale tak samo istnieje socjologiczne barcelonismo, wzniosłe ("Najlepszy klub świata"), kainistyczne w kwestiach wewnętrznych (słynne "otoczenie", które często myli pluralizm z filiami, fobiami, narożnikami, urazami, pozerstwem i zemstami), wiktymistyczne i fatalistyczne, które pożera trenerów i zawodników, tak sprzeczne i niespójne, że tęskni za Ligą Mistrzów, a jednocześnie umniejsza tym zdobytym przez innych; nawet reprezentant najnowocześniejszej Barçy, Piqué, uległ tej pokusie.
To boli, bo mogła być to inna Barca. Pomyślałem o tym oglądając serial "Ted Lasso", światowy fenomen, amerykański produkt, który w swoim trzecim sezonie zawarł cameo Pepa Guardioli, bo jego sposób rozumienia gry jest przykładem dla połowy świata. Socjologiczne madridismo nienawidzi Pepa; socjologiczne barcelonismo uniemożliwiło jego dalszy pobyt w klubie. Dziś, na świecie jego nazwisko łączone jest z Manchesterem City, nie z Barçą. Mogła to być inna Barca, która wygrywałaby dzięki swoim zasługom, a gdy przegrywa, to przez zasługi innych; Barca, która nie mówi o socjologii, polityce ani sądach, tylko o sporcie - terytorium, na którym ma dużo do wygrania, bo jest bez wątpienia punktem odniesienia dla całego świata. Barcelonismo, które mówi o sobie samym i nie zajmuje się wywieszaniem banerów przed stadionami innych.
Istnieje jeszcze inne nachylenie socjologicznego barcelonismo. Kibice innych katalońskich klubów mogliby coś o tym powiedzieć, czy to Espanyolu w piłce nożnej, czy Joventutu [Badalona - przyp. redakcji] w koszykówce. Jeżeli prezes Barcelony skarży się na obecne w hiszpańskich mediach, firmach, polityce i społeczeństwie socjologiczne madridismo, co powiedzieliby kibice tych drużyn w odniesieniu do Barçy i Katalonii? Zbyt często Barca, która dumnie obnosi się ze swoją katalońskością i katalonizmem na świecie, przyznaje sobie prawo bycia jedynym reprezentantem katalońskiego sportu. A tak nie jest.
Komentarze (3)