FC Barcelona pokonała 3:2 Real Madryt i obroniła Superpuchar Hiszpanii. Z czego zapamiętamy wczorajsze spotkania.
1. Raphinha i Lewandowski muszą strzelać...
Wczorajsze El Clásico było już szóstym, od kiedy Hansi Flick został trenerem FC Barcelony. Jego podopieczni zdobywali w tych meczach:
- pięć goli,
- cztery gole (dwukrotnie),
- trzy gole (dwukrotnie),
- jednego gola.
Dwadzieścia zdobytych bramek w sześciu klasykach daje imponującą średnią 3,33 bramki na mecz. Po wczorajszym meczu warto wyróżnić przede wszystkim Raphinhę. Brazylijczyk dorzucił kolejny dublet, dzięki czemu w sześciu ostatnich starciach z Realem zdobył siedem bramek (!). Także i drugi ze wczorajszych strzelców świetnie czuje się w meczach przeciwko Królewskim. Robert Lewandowski od przyjścia Hansiego Flicka pokonywał bramkarzy Los Blancos czterokrotnie.
Brazylijsko-polski duet bezpośrednio odpowiada zatem za ponad połowę bramek zdobytych przez Barçę w klasykach od początku zeszłego sezonu (11 z 20). A przecież w tym czasie Lewandowski opuścił trzy mecze przeciwko Realowi, a Raphinha jeden. Czy to przypadek, że Barça w tym okresie przegrała tylko jedno El Clásico - akurat to, w którym zabrakło ich obu? Nie sądzę.
2. ... by nadrobić za obronę
Siła ataku Barçy jest tym bardziej istotna, biorąc pod uwagę, że w tym samym czasie linia obrony bywała, delikatnie mówiąc, nieszczelna. Podopieczni Hansiego Flicka zachowali czyste konto tylko raz, w pierwszym El Clásico pod wodzą Niemca. Następne mecze to kolejno: dwie, dwie, trzy, dwie i dwie stracone bramki.
Jedenaście straconych goli w sześciu meczach chluby defensywie Barçy nie przynosi. A przecież w tym czasie mogliśmy zobaczyć trzech różnych bramkarzy (Iñaki Peña - w bramce podczas jedynego El Clásico z czystym kontem, Wojciech Szczęsny oraz Joan García) i niezliczone warianty ustawień defensywy. Blaugrana pozwala rywalowi na wiele, a wczoraj piłkarze byli bardzo zdekoncentrowani pod koniec obu połów. Najpierw dali sobie strzelić dwie bramki tuż przed zejściem do szatni, a na końcu meczu tylko słaba jakość wykończenia akcji przez zawodników Realu i dobre ustawienie Joana Garcíi uratowały zespół od rzutów karnych.
Johan Cruyff zapewne byłby dumny, widząc jak obecna Barça wdraża w praktyce jego maksymę: "Wolę wygrać 5:4 niż 1:0", ale nie da się ukryć, że jest tu spore pole do poprawy. Po wczorajszym meczu pretensje można mieć zwłaszcza - niestety, tradycyjnie w tym sezonie - do Julesa Koundé oraz Pau Cubarsíego.
3. Wygrana batalia w środku pola
Skoro omówiliśmy już postawę ataku oraz obrony, to warto poświęcić parę słów linii pomocy.
To, że Pedri będzie miał największy wpływ na grę Barçy, wiedzieliśmy już właściwie przed meczem. Podobnie jak i to, że Fermín López będzie nękał piłkarzy Realu przy wyprowadzaniu piłki, a samemu pokaże kilka dynamicznych wejść do przodu.
Wszelkie oczekiwania przekroczył natomiast wczoraj Frenkie de Jong. Holender w Superpucharze Hiszpanii zaprezentował tę wersję, którą chcielibyśmy oglądać jak najczęściej. De Jong w obronie nie bał się gry na wyprzedzenie i nie odstawiał nogi w pojedynkach z rywalami (w starciu z Kylianem Mbappe akurat mógł to zrobić...). W ataku z kolei, gdy tylko zobaczył, że w centralnym sektorze pojawiła się przestrzeń, zdecydował się na indywidualną akcję, którą dopiero tuż przed polem karnym powstrzymał rozpaczliwym wślizgiem Jude Bellingham. Powrót Pedriego do pierwszej jedenastki sprawił, że znów oglądamy bardzo dobre występy Holendra.
Po drugiej stronie zobaczyliśmy środek pola pozbawiony kreatywności. Mimo kolejnych wydawanych milionów, Real Madryt nie jest w stanie załakać luki po Tonim Kroosie oraz Luce Modriciu. Zresztą, jak wiadomo obraz mówi więcej niż tysiąc słów - zobaczcie zatem sami.
4. Emocje na boisku i poza nim
Xabi Alonso może i ma rację, mówiąc, że "spośród wszystkich rozgrywek, Superpuchar jest najmniej istotny". Nie da się jednak ukryć, że gdy na boisku spotykają się FC Barcelona oraz Real Madryt, a mecz decyduje bezpośrednio o tym, kto podniesie puchar, to możemy spodziewać się fajerwerków.
Wczoraj oglądaliśmy je zarówno na boisku, jak i poza nim. Tym pierwszym wydatnie przysłużył się José Luis Munuera Montero, który wyglądał, jakby za punkt honoru postawił sobie, że nie będzie sięgął do kieszonki z kartkami. Skłoniło go do tego dopiero wejście Raúla Asencio, które równie dobrze mogło zakończyć się wyciągnięciem kartki innego koloru. Oprócz tego, napomnieni zostali jedynie Álvaro Carreras oraz Pedri (obaj za faule taktyczne) oraz Eric García i Fede Valverde (za udział w przepychance po wspomianej intwerwencji Asencio).
Gdy emocje buzują podczas meczu, nie sposób się dziwić, że nie dochodzi do ich natychmiastowego wygaszenia od razu po ostatnim gwizdku sędziego, zwłaszcza u młodych zawodników. W rezultacie obejrzeliśmy między innymi komiczny efekt frustracji Ardy Gülera, który poślizgnął się po próbie kopnięcia bidonu, gest Kozakiewicza w wykonaniu Pau Cubarsíego, czy niesmaczne słowa Fermína Lópeza. Nie zobaczyliśmy za to szpaleru ze strony Realu Madryt - choć wydawało się, że Xabi Alonso miał intencję go ustawić, to Kylian Mbappe miał inne plany. Na tym tle warto wspomnieć o miłym zachowaniu Viníciusa oraz Daniego Carvajala - obaj piłkarze Realu zainteresowali się dyspozycją mentalną Ronalda Araujo, którego wcześniej w górę podrzucali koledzy z zespołu.
5. Quo vadis, La Ligo?
Wczorajszy mecz niewątpliwie był bardzo dobrym widowiskiem. Stało się to jednak głównie z uwagi na opisany wcześniej ładunek emocjonalny, a także szalony przebieg (by wspomnieć choćby trzy bramki w końcówce pierwszej połowy). Sam poziom sportowy nie był jednak najwyższy. Zachwycających zagrań i koronkowych akcji było jak na lekarstwo, a zwycięska bramka okazała się dziełem głównie przypadku.
Barça i Real to niekwestionowani liderzy hiszpańskiego futbolu. Można się jednak martwić o ich formę w Europie - w tym sezonie Królewscy musieli uznać wyższość Liverpoolu oraz Manchesteru City, zaś Blaugrana poległa w starciach z Chelsea i Paris-Saint Germain. Czy może zatem dziwić, że Villarreal szoruje po dnie tabeli w Lidze Mistrzów (35. miejsce dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu niż Kairat Ałmaty), Athletic zdołal wygrać zaledwie raz w sześciu kolejkach, a i Atlético Madryt zostało wręcz rozbite przez Arsenal?
Lata temu, gdy obserwowaliśmy starcia FC Barcelony z Realem Madryt, to mogliśmy mieć niemal pewność, że oglądamy dwie najlepsze drużyny na świecie. Przez 10 lat, od 2009 do 2018 roku hiszpańscy potentaci zdobyli aż siedem Lig Mistrzów (cztery Real oraz trzy Barca). Teraz w dalszym ciagu emocji w tych meczach nie brakuje, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to nie Los Clásicos dziś przesądzają o tym, kto najlepiej gra w piłkę nożną.
W kazdym wypadku, jeśli mało Wam pomeczowego świętowania, to zapraszamy na nasz kanał Youtube, na którym znajdziecie zapis live'a, który przeprowadziliśmy tuż po ostatnim gwizdku.
Komentarze (31)