Generalizowanie nie jest domeną ludzi inteligentnych. I synonimicznie, ale inaczej: generalizowanie jest domeną ludzi nieinteligentnych... Wspaniała forma drużyny, koncertowa gra na przestrzeni całego sezonu nie może sankcjonować ignorowania ewidentnie słabszej formy bądź postawy gracza, drużyny, trenera. W danej akcji. Zagraniu. Elemencie taktyki. W pojedynczym, konkretnym spotkaniu. Bo każdy mecz i jego autonomiczna ocena jest osobną, pojedynczą historią.
Meczów w trakcie całego sezonu jest kilkadziesiąt, ale każdy z nich rządzi się swoją specyfiką. Czasem w przeciągu tygodnia drużyna bądź zawodnik zaprezentuje podczas trzech różnych pojedynków totalnie odmienną formę, skuteczność i taktykę. Bo każda kolejna potyczka to inny, 90-minutowy odcinek tego samego serialu. Wcześniejsze z nich powinny być zatem głównie wspomnieniem. O pojedynczej ocenie kolejnego spotkania stanowiąc w bardzo ograniczonym stopniu. Bo czy kluczowym elementem ewaluacji meczu z przedwczoraj bądź sprzed tygodnia może być przywołanie meczu z listopada? Czy nie jest absurdem stwierdzenie "Eto'o zagrał przedwczoraj wspaniałe spotkanie, bo wspaniale gra cały sezon", jeśli akurat tym razem nie strzelił nic, marnując pięć stuprocentowych sytuacji? Jest. No właśnie. Tak samo absurdalne jest stwierdzenie "FC Barcelona zagrała w ostatnim meczu fenomenalnie... bo ma przecież fenomenalny cały sezon!". Niestety, ten empiryczny fakt nie gwarantuje trzech punktów w każdym kolejnym meczu - i niektóre z nich układają się trudniej niż chcieliby culés. Z kolei w trudnych meczach większą niż zwykle rolę grają detale, niuanse i najmniejsze choćby niedostatki, najsubtelniejsze kiksy.
Akurat na przykładzie zróżnicowanej formy Eto'o widać wyraźnie, że naturalnym powinno być przeniesienie tego porównania w inny wymiar: oceniając dany mecz pod uwagę trzeba brać przede wszystkim tych konkretnych 90 minut. Plus ewentualną dogrywkę i karne. I jeżeli w tym czasie zdarzyło się coś niewłaściwego, zdarzyły się jakieś czynniki negatywne, to trzeba o nich pamiętać. Zauważyć i wypunktować. Bez względu na końcowy wynik.
Zachwyty "całym sezonem" i przywoływanie podobnej retoryki przed jego zakończeniem są w tym kontekście nieuzasadnioną erupcją krótkowzroczności. Argumenty o "dotychczasowej" wspaniałej postawie drużyny nie mają wspólnego mianownika z konstruktywną i uzasadnioną krytyką któregokolwiek z jej elementów po danym meczu. Krytyka musi przyjść, jeśli jest uzasadniona - bo jeśli nie sądzi się zwycięzców, nie pozostaną oni zwycięzcami na długo... Jeśli dana firma przynosi zyski, może to wynikać z udanej strategii, może i wynikać z kreatywnej księgowości. Dlatego tak kluczowa jest obserwacja i weryfikacja jej wyników. Na bieżąco. Stale. Bez przerwy.
Subiektywna krytyka takoż kwestią subiektywną jest - i można się z jej tezami nie zgadzać. Ale negowanie bieżącej krytyki jako takiej (bo akurat tym razem mecz został wygrany bądź awansowany) jest niczym innym jak nieporozumieniem.
Każdy jest człowiekiem, słabszy dzień się zdarza. Ale gdy się zdarzy - część "kibiców" zaprezentuje postawę zamiecenia tego, co złe, pod dywan. "Zmarnował karnego, ale wygraliśmy". Czyli zapominamy o zmarnowanym karnym, czyż nie? Ja nie zapominam. Mimo pozytywnego zakończenia i radosnych nastrojów po końcowym gwizdku stwierdzę kwaśno, że zawodnikowi X strzelania karnych na razie wystarczy... Negacja faktów, znieczulica na zjawiska na boisku niepożądane to orientacja niewłaściwa, bo krótkoterminowa.
"Wygraliśmy, awansowaliśmy, więc jesteśmy najlepsi na świecie." Tak, celebrujmy, radujmy się. Do kolejnego razu - bo dana sytuacja może się powtórzyć, kolejny kluczowy mecz potoczy się mniej szczęśliwie i sezon pełen "najpiękniejszej piłki na świecie" w najskrajniejszym przypadku zakończy się bez trofeów. Dlatego ewaluacja poczynań drużyny na bieżąco jest tak ważna. I uzasadniona.
Bo wyobraźmy sobie sytuację teoretyczną... Można grać 9 czy 10 miesięcy pełną miazgę, pobijać rekordy, strzelać multum bramek i ośmieszać rywali. I na koniec, wydawałoby się, perfekcyjnego sezonu wszystko może się sypnąć. Kontuzje, błędy, pech i seria niefortunnych zdarzeń. Grając magię przez 95% sezonu, wciąż można, teoretycznie, przegrać 5% pozostałych meczów - w której to liczbie znajdzie się odwracające losy wygranego, zdawałoby się, ligowego czempionatu, ostateczne starcie z tracącym dotychczas kilka punktów bezpośrednim rywalem do tytułu: na jego stadionie, z pomagającymi ścianami, słupkami, sędzią i opatrznością. Może zdarzyć się przegrany ćwierćfinał lub półfinał Ligi Mistrzów. I co wtedy? Płacz, żal i, no cóż, z historycznego sezonu nici. Klubowa półka z trofeami świeci pustką albo ewentualnie bladziutkim blaskiem ligowego pucharu na otarcie Łez Zawodu Niezdobyciem Pozostałych Tytułów.
Można przegrać każdy sezon z powodu indywidualnych błędów. Z powodu zlekceważenia symptomów tych błędów. Więc warto dostrzegać błędy. Bo w innym przypadku przykrą rzeczywistością stają się takie przypadki, jak barceloński upadek po sezonie 2005/06.
W przypadku przegranej - to łatwe, wnet dostrzegać błędy drużyny, trenera, nietrafione transfery. "Przegraliśmy, odpadliśmy: OK, to czyja to zasługa?" Obrońca nie pokrył, bramkarz puścił, napastnik nie trafił, ktoś wyleciał z niepotrzebną czerwoną kartką. I się zaczyna polowanie na czarownice... O pomyłkach, słabszej formie trąbią media, dyskutują wszyscy fani, tłumaczą się z nich zawodnicy, trener i władze klubu. Trudniej i o wiele obiektywniej jest dostrzegać czyjeś mniejsze lub większe błędy w spotkaniach wygranych lub zakończonych happyendowym awansem. To nie jest umiejętność powszechna. Podobnie jak powszechna nie jest matura.
A o wszystkich swoich spostrzeżeniach mamy prawo mówić głośno my wszyscy: bezstronni obserwatorzy, kibice poszczególnych klubów czy neutralni sympatycy pięknego futbolu. Ranga piłki nożnej sprowadziłaby się do niszowości speedwaya na lodzie, gdyby zabrano głos dziennikarzom, fanom, a nawet laikom (bo filmiki na youtube z piłkarskimi trikami potrafią oczarować każdego). Piłka nożna byłaby nudna bez czarodziejskiego długopisu Jacka Gmocha, ale czy sam fakt posiadania przezeń licencji trenera czyni jego wnioski jedynie słusznymi dogmatami? Dlatego krytyka piłkarzy, trenerów, zarządu klubu jest uzasadniona, jeśli ma poparcie w faktach. Na ich podstawie (!) jakikolwiek podstawowo rozgarnięty kibic np. Barçy ma takie samo prawo do oceny, jak Joan Laporta. Obaj mają oczy. I umiejętność formułowania na tej podstawie wniosków.
To jedna z przyczyn fenomenu piłki nożnej; która jest chyba najbardziej demokratycznym sportem na świecie. Tu nie ma autorytetów - przy powszechnej znajomości relatywnie banalnych (nawet wobec koszykówki!, o rugby czy hokeju na lodzie nie wspominając) przepisów i dzisiejszej możliwości oglądania każdego meczu, każdego zagrania w nieskończoność, w świecie futbolu każdy jest jednoosobowym autorytetem dla własnych opinii.
Dlatego nie mam najmniejszego problemu z posiadaniem zgoła odmiennej opinii od sekretarza technicznego "Dumy Katalonii", Aitora ‘Txikiego' Begiristaina, co do bohatera ostatnich derbów z Realem. Dwie bramki i wykreowanie kolejnej sytuacji bramkowej to ogromna zasługa Lionela Messiego na Santiago Bernabéu. Do swojego geniuszu Messi przyzwyczaja wszystkich od dawna, już teraz emanując zdolnością do rzeczy wielkich. Potwierdził to w Madrycie. Ponadto, to wciąż piłkarz wciąż młody i wydaje się, że jego ogromny talent ma jeszcze pewne rezerwy. Ale jego rola na boisku tym razem nie była kluczowa... Rozegrał kolejny wielki mecz i bynajmniej nie umniejszam jego roli w tym spotkaniu. Ale tego szczególnego wieczora postawa Argentyńczyka mogła nie wystarczyć do zwycięstwa.
Różnicę uczynił Thierry Henry. Henry był głównym bohaterem meczu w Madrycie, bo zdobył kluczową dla losów pierwszej połowy bramkę nr 1, gdy istniało niebezpieczeństwo, że po bramce Higuaína Real może się tylko rozkręcić, oraz trafił na 2-4 (z niesamowitego odchylenia), gdy to samo ryzyko pojawiło się po trafieniu Sergio Ramosa. Dzięki Henry'emu mecz z Realem był meczem bezpiecznym, pod kontrolą. Takiego występu się po nim nie spodziewano. Skutecznością zaskoczył wielu graczy Realu, efektywnością zaskoczył wielu obserwatorów. Mnie nie zaskoczył. W tym sezonie "14" Barçy gra fenomenalnie, choć (uwzględniając liczne bramki i asysty) wiele jego zasług, to zasługi "drugiego planu": absorbowanie uwagi obrońców przeciwnika, kreowanie okazji kolegom z drużyny. Ponadto, Henry grał w przekroju całego sezonu rzadziej (39 meczów we wszystkich rozgrywkach) od Messiego (50) i Eto'o (46), a nie widać tego tak wyraźnie po statystykach indywidualnych Francuza (25 bramek i 8 asyst; Messi: 37 bramek i 10 asyst; Eto'o: 31 bramek i 3 asysty).
Tak spektakularny występ mu się też należał - tworząc historię na Santiago Bernabéu, Henry symbolicznie zamknął żmudny proces niesamowitej ewolucji (choć warto pamiętać, że Henry'ego na skrzydle ustawiał już Carlo Ancelotti w Juventusie - niemniej, ta pozycja w Juve była dla Francuza frustrująca na tyle, że dążył do transferu i jeszcze w tym samym 1999 roku zasilił szeregi "The Gunners") zmieniającego swoją rolę na boisku piłkarza u schyłku kariery (bynajmniej nie wypominam Francuzowi wieku, ale w wieku 32 lat raczej bliżej mu do końca kariery niż do jej początków w AS Monaco pod wodzą Arsène'a Wengera; był rok 1994...). To bezprecedensowy akt poświęcenia swoich preferencji i oczekiwań dla dobra zespołu, przykład "przestawienia się" piłkarza o tak spektakularnym dorobku, będącego już od kilku lat żywą ikoną światowego futbolu. Już nie ma głosów o "Henrym z Arsenalu" i "Henrym z Barcelony". To różne piłkarskie osobowości. Ale jeden wielki sportowiec. Kluczowy zawodnik Barçy Guardioli. Meczem na Santiago Bernabéu Francuz przekonał o tym wszystkim ostatnich Henry-doubters.
Gdy Francuz przychodził do Barçy z Arsenalu FC w czerwcu 2007 roku, nie miałem pojęcia jaką będzie pełnił rolę na boisku. Głęboko się nad tym zastanawiałem. I może, mając w pamięci zawód, jaki spotkał Barçę w sezonie 2006/2007, nie zdziwiłbym się w sumie, gdyby Frank Rijkaard spróbował zmiany ustawienia, choćby w przedsezonowych sparingach; szczególnie w kontekście zagadkowej formy i niepewnej przyszłości w Klubie kluczowych zawodników dotychczasowego systemu.
Zastanawiając się nad najbardziej prawdopodobnym miejscem nowo przybyłej legendy Arsenalu w systemie Rijkaarda, skłaniałem się w swych domysłach raczej ku zmianie typowego dla ery Holendra ustawienia 4-1-2-3 na 4-1-3-2 z Samuelem Eto'o i właśnie Henrym jako równolegle ustawionymi napastnikami, miast eskadry Ronaldinho-Eto'o-Messi, tym bardziej, że pojawiała się obawa, czy Ronaldinho może swoją wcześniejszą formę odzyskać; przestałby wówczas pełnić w drużynie kluczową rolę. Trzymanie 24 milionów euro na ławce ze sportowego i marketingowego punktu widzenia wydawało mi się zupełnie nierealne - cóż, eksperymentu z Henrym na skrzydle nie testowałbym nawet w Fifie...
Tym bardziej, że sympatykiem Arsenalu jestem od czasów Bergkampa i Overmarsa, którzy w drugiej połowie lat 90-tych czarowali Highbury i moją wyobraźnię; widziałem niezliczoną ilość meczów z każdego etapu pobytu Henry'ego w Londynie. To nigdy nie był skrzydłowy! Byłem świadkiem przybycia Francuza do Arsenalu, stopniowego scalania się z drużyną po rozczarowującym okresie w Juventusie Turyn, rozwoju jego umiejętności, narodzin wspaniałego tandemu z Dennisem Bergkampem i, wreszcie, stawania się centralną postacią drużyny, mentorem i liderem sfory "młodych wilczków" Arsène'a Wengera. W chwili, gdy autorska polityka kadrowa Wengera polegająca na promowaniu za wszelką cenę młodych talentów, weszła w fazę kulminacyjną (promocja młodzieży kosztem faktycznego potencjału drużyny i demokratyzacja płac bez uwzględnienia zasług piłkarzy: standardem od wielu sezonów jest w Arsenalu spokojne pozbywanie się piłkarzy doświadczonych - wyłącznie z powodu niechęci trenera do podpisywania z graczami po 30-tce kontraktów dłuższych niż jednoroczne i awersji do tworzenia w drużynie tzw. kominów płacowych: z tego powodu bez mrugnięcia okiem zrezygnowano z usług Emmanuela Petit czy Roberta Piresa), ustawiany przez całą swoją karierę w Arsenalu na szpicy Thierry Henry został najbardziej doświadczonym zawodnikiem drużyny, jej kapitanem stanowiącym o obliczu i sile "Kanonierów". Przy odejściach kolejnych zawodników i stonowanej polityce transferowej, Arsenal zaczął wkrótce grać systemem "na Henry'ego", szczególnie, gdy z powodu wieku coraz rzadziej na boisku pojawiał się Bergkamp, osiągający i przekraczający 35. urodziny.
Pozwalając sobie na lekką dygresję zwrócę niesubtelnie uwagę na fakt, że Henry jest najlepszym strzelcem w historii Arsenalu (226 bramek). O tym, jak ogromny wpływ miał Thierry na postawę tej drużyny, najlepiej świadczy porównanie tej statystyki z osiągnięciem grającego w podobnym okresie Dennisa Bergkampa. "(Nie)Latający Holender" też jest legendą Arsenalu. A uzbierał w trakcie swych występów w Arsenalu "tylko" 121 goli; nawet mimo tego, że grał w Londynie trzy lata dłużej od Francuza...
Splendor kluczowej postaci drużyny, jaką przez kilka sezonów pełnił w Londynie Henry, zaczął jednak blednąć wobec niknącej efektywności w poczynaniach Arsenalu jako drużyny. Brak tytułów po ostatnim triumfie w Premiership (2004) i zdobyciu Pucharu Anglii w 2005 roku oraz coraz bardziej ortodoksyjne przejawy realizowania "strategii Wengera" niewątpliwie mogły zacząć frustrować. Finał Ligi Mistrzów w 2006 roku jedynie rozbudził apetyty. Brak sukcesów drużynowych odegrał prawdopodobnie niebagatelną rolę w tym, że 13 miesięcy po pojedynku na paryskim Stade de France, Henry był już zawodnikiem Blaugrany.
Iście symboliczne jest, że przybywając na Camp Nou, Thierry Henry przywdział koszulkę z numerem 14. Jego rola w drużynie miała być przecież zupełnie inna niż w Arsenalu. Na zawodnika pełniącego rolę środkowego napastnika praktycznie przez całą swoją karierę, czekały zgoła odmienne boiskowe wyzwania...
No i Rijkaard zaskoczył. Mnie. Wielu kibiców. Po transferze Henry'ego, miał w zespole dwóch światowej (ekstra)klasy środkowych napastników, Mimo tego holenderski trener nie spróbował uczynić ich czołowym na świecie ofensywnym duetem, nie próbował ustawiać ich obok siebie. No bo co by tu zrobić z Messim, co do którego stało się jasne, że grając bliżej bramki jest pożyteczniejszy dla drużyny niż jako skrzydłowy w linii pomocy... Jak ustawić Ronaldinho, który mimo rozczarowania sezonem 2006/2007 w okresie przedsezonowym 2007/2008 roku wciąż był jak najbardziej pełnoprawnym członkiem drużyny i obiecywał na każdym kroku profesjonalizm oraz sprostanie oczekiwaniom.
Pozostał więc Holender wierny swej dotychczasowej taktyce. Z Henrym jako lewoskrzydłowym w barcelońskim trójnapadzie (Ronaldinho jednak grywał w pomocy; jeśli grywał). Nominalnemu wysuniętemu napastnikowi polecono grać na skrzydle. Bez widoków na zmianę tej sytuacji.
Z takiej pozycji w drużynie był Francuz niezadowolony. Wielce. Mimo 40 występów w sezonie 2007/2008, dość regularnie dawał temu niezadowoleniu upust w wypowiedziach dla prasy (szczególnie w wywiadzie dla BBC Football Focus, w którym wyraził tęsknotę za "domem" a nawet za angielską prasą). Jednocześnie, na boisku, mimo strzelanych bramek (w tym spektakularny hat-trick z Levante UD), było widać, że z gry nie czerpie radości. Henry, ustawiany na boku, a nie w czubie formacji ataku, sprawiał wrażenie niewłaściwej osoby na niewłaściwym miejscu. Zawodnika grającego swój własny mecz, inny niż 10 kolegów z drużyny... Przez pierwsze miesiące Henry'ego na Camp Nou nie było nawet pytania, kiedy dostosuje się on do swej roli w zespole. Było klarowne, że nieprędko, tymczasem wątpliwości rodził sam fakt, czy Francuz chce być takim trybikiem maszyny Rijkaarda, jakim chce go uczynić trener. Wydawało się, że w dalszej perspektywie może zaistnieć ryzyko konfliktu Francuza z Eto'o lub eskalacja nieporozumień na linii zawodnik-trener.
A przecież piłka to nie wszystko. Gdy pod uwagę brano ówczesne pozaboiskowe problemy Henry'ego (nie tylko te oczywiste i powszechnie znane rodzinnej natury, ale nawet zwykłe trudności aklimatyzacyjne - po ośmiu latach w Londynie nawet przeprowadzka nie musiała być łatwa...), jego forma z czasów gry dla "Kanonierów" jawiła się fanom Barçy niejako legendarnie. Niby ten sam zawodnik - a po przyjściu do FCB prezentuje zupełnie inne oblicze. Niepewne. Zagubione. Nieefektywne. W Katalonii rosły obawy.
Sytuacja ta nie uległa radykalnej zmianie w drugiej fazie sezonu 2007/2008, choć z pewnością jego końcówkę Henry mógłby uznać za bardziej udaną. Niestety, postawa Francuza w przekroju całych rozgrywek nie wpłynęła znacząco na wyniki zespołu, który po raz drugi z rzędu udawał się na wakacje bez żadnego trofeum...
Paradoksalnie, ocenę Henry'ego w jego pierwszym roku w Katalonii mogą zamazywać relatywnie dobre (pierwszy rok w wymagającym Klubie, liga o odmiennej charakterystyce,) statystyki! Może zaskakiwać, że pochodzący z Gwadelupy napastnik był najlepszym strzelcem (19 bramek we wszystkich rozgrywkach) i drugim asystującym (9 asyst, o jedną mniej od Leo Messiego) drużyny w sezonie, ale nie zmienia to faktu, że swój pierwszy sezon w Barçie rozegrał Henry niejako obok drużyny.
I z początkiem sezonu 2008/2009 stał się cud. Od września oglądamy innego Thierry'ego Henry. Dziś, u schyłku tego sezonu, można już spokojnie stwierdzić, że mijający rok był dla Francuza absolutnie przełomowy i potwierdził, że jak najbardziej może być on wartością dodaną w grze Barçy. Czy w formie całej drużyny z lata '08 dostrzegł szansę na upragnione tytuły?
Choć nie przyszło mu to łatwo, Francuz dostosował się do swej roli w drużynie i na pozycji lewoskrzydłowego napastnika od września odnajdywał się z każdym meczem coraz lepiej. W grze francuskiego napastnika stopniowo dostrzegałem większą swobodę w grze i lepsze rozumienie się z partnerami na boisku. Wielokrotnie demonstrował radość z gry. Najbardziej dla mnie symbolicznym przejawem tych czynników jest szczególna cieszynka, jaką nierzadko prezentował Titi wraz z Samuelem Eto'o - gdy po zdobytej bramce stawali naprzeciw salutując sobie nawzajem. Mało tego, że Francuz ewidentnie "wrósł" w drużynę - zaczęło wyglądać wręcz na to, że z pozostałymi członkami drużyny połączyły go relacje iście przyjacielskie. Oczywiście, łyżką dziegciu w tym wszystkim jest przykra kontuzja, jaką napastnik Barçy odniósł na Santiago Bernabéu, ale triumf w Copa del Rey pozwala mieć nadzieję, że nie osłabi to potencjału drużyny w kluczowych meczach w końcówce sezonu. Niewątpliwy natomiast jest fakt, że dodatkowy odpoczynek po tak wyczerpującym sezonie może wyjść Titiemu na dobre.
Pozostaje jeszcze pytanie: skąd ta zmiana? Transfery? Odejście Ronaldinho, dające ewentualnie Francuzowi trochę miejsca na boisku? Zdobycie zaufania kolegów? A może kluczowe okazało się pojawienie na Camp Nou Pepa Guardioli, który okazał się być lepszym psychologiem i motywatorem niż Frank Rijkaard? Myślę, że odpowiedź da nam dopiero ewentualna autobiografia francuskiego piłkarza.
Tylko - czy ma to dziś jakiekolwiek znaczenie? Pozostaje się cieszyć z bycia świadkiem tak niesamowitej ewolucji wielkiego piłkarza, wielkiego sportowca. Pokazującej, że sezon 2008/2009 jest dla FC Barcelony wyjątkowy pod każdym względem.
W ciszy stadionu. Bohater
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (38)