Laporta: Barça nie boi się transferów Realu - wywiad

makaj

17 czerwca 2009, 21:03

49 komentarzy
Podczas gdy Real Madryt wydaje pieniądze w sposób wskazujący na to że, ekonomiczny kryzys to tylko mit, Joan Laporta, prezydent FC Barcelony, miał naprawdę ciekawy tydzień. (Prezydent Barçy gościł w Nowym Jorku - przyp.red.) Po zakończeniu najlepszego dla Barcelony sezonu w historii, w którym piłkarze zdobyli Mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Króla i Ligę Mistrzów, 46-letni Laporta chwali zespół za wybitne osiągnięcia.

Sternik Barcelony nie boi się transferów Realu, który ściągnął do siebie dwie wielkie gwiazdy - Kakę i Ronaldo.

Laporta powiedział, że nieważne, co zrobi Real, gdyż tegoroczna przerwa wakacyjna i tak będzie łatwiejsza w porównaniu do zeszłorocznego lata. W lipcu 2008 roku prezydent Barcelony przeżywał ciężkie chwile, kiedy ze stanowiska usunąć chcieli go przeciwnicy. Laporta przetrwał jednak próbę, z wnioskiem o wotum nieufności włącznie. Podjął również chyba największe ryzyko w karierze - na stanowisko trenera zatrudnił niedoświadczonego szkoleniowca, Pepa Guardiolę, który miał przywrócić Barcelonę zaszczyty. Jak wiemy, całkowicie się to opłaciło.

Real wydał już ponad 150 milionów euro na dwie wielkie gwiazdy światowego futbolu - Kakę i Ronaldo. Wydaje się, że te transfery stanowią dla pana swoiste wyzwanie. Nie boi się pan tak wielkich wzmocnień ze strony Realu i czy jest pan zaniepokojony tak wysokimi kwotami wydanymi na piłkarzy?

To nie są ceny obowiązujące na rynku. Powodem takich działań z ich strony są pilne potrzeby, dlatego podejmują ryzyko. FC Barcelona jest ich rywalem. W poprzednim sezonie wygraliśmy wszystko, co uczyniło Real rozdrażnionym. Patrząc na nadchodzący rok muszą zadowolić swoich kibiców, będąc dla nas konkurencją. Muszą w szybkim tempie stworzyć silną ekipę. To będzie bardzo interesujący sezon, mamy dwa różne modele zespołów. Jeden z nich opiera się na zmianach i pieniądzach, drugi, obecny w Barcelonie, identyfikuje się z naszą piłkarską kulturą. Warto podkreślić, że więcej niż 50% graczy obecnych w pierwszej drużynie pochodzi z ekip młodzieżowych, co czyni nas bardziej zrównoważonym zespołem."

Czy jest jakiś piłkarz, który byłby wart pieniędzy wydawanych przez Real Madryt?

Włodarze Realu mogą swobodnie dysponować swoimi pieniędzmi, a ja muszę to uszanować. Ale patrząc realnie, to nie są ceny rynkowe. W czasach finansowego kryzysu musimy być przykładem w wielu dziedzinach życia. A w tym przypadku zdrowy rozsądek mówi nam coś innego.

Sądzi pan, że taki sposób wydawania pieniędzy to oznaka paniki w Madrycie i czy jest to dla pana pozytywna wieść?

Jak już mówiłem, Real musi stanowić dla nas pewną konkurencję. W tym sezonie wygraliśmy wszystko i w kolejnym piłkarze z Madrytu na pewno podejmą z nami walkę. Właściciele ściągają do siebie wielkie nazwiska z dużymi umiejętnościami, ale wkomponowanie ich w zespół nie będzie rzeczą łatwą.

Czuje pan teraz presję, aby kupić kogoś sławnego za duże pieniądze, czy może zostaje pan przy obecnych piłkarzach, wśród których jest przecież najlepszy zawodnik świata - Leo Messi?

To prawda, Messi jest najlepszym graczem na świecie. Ale najważniejszą rzeczą, jaką mamy, jest świetnie działająca i pracująca drużyna. To normalne, że nasi rywale chcą być jeszcze groźniejsi niż w poprzednim sezonie, ale jak wspomniałem wcześniej - oni kupują gwiazdy, my tworzymy team.

Ale musi pan się zgodzić z argumentem, że Barça w przeszłości postąpiła dokładnie tak samo. Po nieudanej ofensywie transferowej na Davida Beckhama w 2003 roku sprowadziliście Ronaldinho.

To trochę inna sytuacja. Podpisaliśmy kontrakt z Ronaldinho, ale sprowadziliśmy też Rafę Márqueza za około 5 milionów €. Rok później do zespołu dołączyli Deco, Eto'o, Giuly, Edmílson i Belletti. Byliśmy bardzo kreatywną drużyną. Różnica polega na tym, że u nas rozwijają się gracze, którzy później zdobywają prestiżowe nagrody, np. FIFA Word Player. Real natomiast zamiast szkolić, kupuje zdobywców tych nagród.

Spekulacje transferowe to chyba ulubione zajęcie hiszpańskich gazet. Z Barceloną łączy się takie nazwiska jak Cesc Fabregas z Arsenalu czy David Villa z Valencii. Jak się pan do tego ustosunkuje? Czy są to realne rozważania?

Bardzo ważne jest, by umieć pracować w tajemnicy przed opinią publiczną. To jednak nierealne. Dziennikarze są profesjonalistami i jestem zaskoczony, że potrafią odgadnąć tak wiele spraw.

Czy tym razem ich domysły okazują się słuszne?

To pozostaje tajemnicą.

Powiedział pan, że aby się odrodzić, Real musi zaryzykować. A przecież rok temu sam podjął pan wielkie ryzyko, zatrudniając Pepa Guardiolę, który nigdy nie trenował żadnej drużyny w tak wysokiej klasie rozgrywkowej.

Obecnie mamy pewność, że trener zdobył ogromne doświadczenie w pracy z naszym klubem. Wcześniej Pep był piłkarzem, co więcej, był kapitanem, miał więc punkt odniesienia. Znał nasz klub bardzo dobrze. Był też niezwykle utalentowany i inteligentnie patrzył na futbol. Przede wszystkim był dzielny. Znaliśmy go jako trenera drugiej drużyny i śledziliśmy jego poczynania, więc moim zdaniem, zatrudnienie go jako szkoleniowca pierwszej ekipy nie było tak wielkim ryzykiem, jak twierdzą niektórzy. O wiele większym ryzykiem jest tworzenie drużyny poprzez kupowanie drogich zawodników.

Kluczowym momentem dla klubu było lato 2008 roku. Sala posiedzeń zarządu klubu nie była dla pana przychylna, był wniosek o wotum nieufności; kibice natomiast żądali sukcesów w niedawno zakończonym sezonie. W jakim stopniu czuł się pan zagrożony?

W tamtym czasie rzeczywiście czułem się bardzo zagrożony. Ten sezon był jednak spełnieniem wielu oczekiwań i zakończył frustrację fanów. Reakcja środowiska związanego z FC Barceloną była moim zdaniem niewspółmierna do naszej pracy. Musiałem to zaakceptować, wierzyłem jednak w wyznaczony wcześniej projekt, model klubu. Wiedziałem, że decyzje, które podjęliśmy, były słuszne. Byłem pewien, że jednak nie byliśmy tacy źli, jak nasi przeciwnicy wyobrażali sobie mój zarząd.

Kiedy obejmował pan stanowisko w 2003 roku, powiedział pan, że chce stworzyć rewolucję w futbolu. Czy dziś, wkraczając w ostatni rok obecnej kadencji, może pan stwierdzić, iż udało się zrealizować postawione cele?

Chcieliśmy stworzyć filozofię gry, opierającą się przede wszystkim na ofensywie i atrakcyjności, czego podstawy stworzył Johan Cruyff. Jest to połączenie stylu katalońskiego z holenderskim, z domieszką stylów brazylijskiego i argentyńskiego. Udało nam się to, stworzyliśmy własną piłkarską filozofię. Osiągnęliśmy też równowagę ekonomiczną, co w dzisiejszych czasach jest bardzo ważne. Przez ostatnie 6 lat, każdego roku powiększaliśmy zyski. Przez ten czas zgromadziliśmy około 103 milionów € zysku. Musimy pokazać światu, że jesteśmy odpowiedzialni.

Tworzycie klub o międzynarodowym zasięgu, będąc jednocześnie dumnym ze swoich katalońskich korzeni. Historycznie rzecz biorąc, klub zawsze był symbolem katalońskich separatystów, a za czasów generała Franco ostatnim kulturowym bastionem Katalonii. Pan za ważny cel swojej prezydentury obrał przypomnienie ludziom, że klub jest przede wszystkim lokalnym symbolem.

Oczywiście, można powiedzieć, że klub jest flagą naszego państwa. Jesteśmy Katalończykami i utożsamiamy się z FC Barceloną. Kiedy mówimy, że jesteśmy więcej niż klubem, mamy na myśli powiązania z naszą kulturą. Otworzyliśmy się na świat, będąc jednak wciąż tą samą Barçą, zachowując rodzimy język i opierając się na lokalnych piłkarzach.

[źródło: nytimes.com]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (49)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze