W ciszy stadionu. Wartość klubu to nie wszystko

Karol Chowański 'Challenger'

8 lutego 2010, 13:55

9 komentarzy

Czasami umiejętność pisania nie wystarcza do tego, by o czymś napisać z sensem. Jedną z takich dziedzin jest ekonomia. Tę odkrywczą teorię przypomniała mi jakiś czas temu wizyta na jednym z portali fanów Realu. W zamierzeniu "dumna" notka informowała o wynikach corocznego rankingu "Forbesa". Wycenia on wartość klubów sportowych bez podziału na dyscypliny. Tylko że w ekonomii sama wartość jakiegokolwiek podmiotu gospodarczego to nie wszystko. Dominuje raczej pogląd o większej wadze innych danych finansowych. Przykład FC Barcelony najlepiej o tym świadczy.

O co chodzi?

Forbes to opiniotwórczy amerykański dwutygodnik ekonomiczny. Szczególnie znany jest ze swoich rankingów biznesowych (najbogatszych ludzi na świecie, największych spółek świata, najbardziej wartościowych marek itp.). Sport to też biznes i raporty Forbesa są tu uznawane za pewne i cenne źródło informacji. Kluby sportowe publikują swoje dane finansowe albo wcale, albo dla wąskiej grupy odbiorców (właściciele/akcjonariusze, socios).

Podobnie jak w innych rankingach, Forbes szacuje wartość klubu na podstawie zsumowania wartości zasobów materialnych (stadion, ośrodki treningowe, biura i inne) i niematerialnych (rynkowa wartość piłkarzy, liczba i estymacja wartości drużyn juniorskich, umowy sponsorskie, licencje telewizyjne). Dochodzą do tego sprzedane koszulki, klubowe gadżety i licencje na ich produkcję. Finalna kwota uwzględnia ponadto wartość sportową (wyniki, trofea) i wizerunkową (potencjał klubowej marki). Dzięki tak kompleksowym kryteriom wyceny, lista Forbesa jest bardziej wiarygodna niż np. ranking firmy konsultingowej Deloitte (klasyfikuje kluby jedynie pod względem przychodów).

W pierwszej dziesiątce najnowszego (12.01.10) rankingu rzuca się w oczy mnogość drużyn futbolu amerykańskiego (6). Mimo to, po raz drugi z rzędu najwyżej wyceniany jest piłkarski klub z Manchesteru. Pozostali dwaj przedstawiciele ulubionej dyscypliny Europy to Real i Arsenal.

Futbol amerykański zdominował nie tylko top 10, ale całe zestawienie. W gronie 25 klubów o wartości przekraczającej miliard dolarów, znalazło się 19 drużyn NFL, 1 klub baseballowy (MLB) oraz 5 klubów piłkarskich. Tuż za top 10 plasuje się Bayern, przedostatni jest Liverpool FC. A gdzie Barca? Brak? Nie szkodzi. Sucha wartość klubu ma niskie znaczenie, jeśli nie idą za nią pozostałe wskaźniki finansowe.

Informacja niepełna to żadna informacja

Tu chodzi tylko o niezbędne wyjaśnienia. Zmanipulować fakty można bowiem nie tylko poprzez ich przekłamywanie. To samo, świadomie lub nie, zyskuje się podając informację niepełną. W tym duchu Clarkson mógłby zapowiedzieć mały wyścig na ćwiartkę: "i oto dwa inżynierskie arcydzieła naszych czasów, oba emanujące mocą ponad 400 KM i krwistą czerwienią lakieru!". Werble... I wyczekiwany pojedynek najnowszych Lambo i Ferrari kończy się zawodem. Na linii startowej stoją Volvo FH i Scania serii P.

Dlatego rewers i kontekst danych z zestawienia Forbesa mają znaczenie większe niż mogłoby się wydawać. Pełni informacji należy poszukać w rankingu klasyfikującym jedynie kluby piłkarskie. Najświeższy został opublikowany w sierpniu zeszłego roku i jest dostępny tutaj. Wartość Barçy (960 mln USD) plasuje ją na 7. miejscu w świecie. Prócz klubów wymienionych powyżej, Katalończyków wyprzedza jeszcze AC Milan. Warto jednak podkreślić, że wyraźną przewagę mają jedynie MU, Real i Arsenal. Czwarty Bayern i siódmą Barcelonę dzieli "zaledwie" 150 mln dolarów.

Nie zależy mi zupełnie na dowodzeniu, że przy podobnych kwotach setka milionów dolarów w jedną bądź drugą stronę to mało czy bardzo mało. Istotne jest bowiem to, że mimo nie najwyższej wartości nominalnej, ogólna sytuacja finansowa Dumy Katalonii jest bardziej niż korzystna. Forbes dostarcza tu wystarczająco dużo argumentów. Wystarczy zwrócić na nie uwagę.

Dług, roczny wzrost, przychody i zysk

W dzisiejszej piłce nożnej największe znaczenie ma zadłużenie. Niedawno przypomniał sobie o tym nawet Míchel Platini (grozi sankcjami wobec adeptów Ligi Mistrzów). Wśród największych klubów globu niewielu radzi sobie bez zobowiązań. Na liście forbes.com znajdziemy 7 takich instytucji na 25. Im wyżej - tym gorzej: w pierwszej czternastce są już tylko 2.

A w Barcelonie dług niski. Pomijając ww. 7 klubów o zerowym stopniu zobowiązań (przeważnie z powodu prywatnej struktury własności, jak Milan, ManCity, OM), Barça legitymuje się drugą najniższą wartością: jedynie 7% wartości klubu; przy 54% United, 23% Realu, 107% (!) Arsenalu, 92% Chelsea czy 77% Interu. FCB notuje znakomity wynik - tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę skalę zadłużenia po prezydenturze Gasparta. Laporta systematycznie spłaca je od dnia objęcia urzędu.

Kolejnym determinującym kondycję finansowej wskaźnikiem jest wzrost/spadek wartości w porównaniu z rokiem poprzednim. Katalończycy doznali 22-procentowego wzrostu wartości. W tej kategorii Barça plasuje się na piątym miejscu w całym zestawieniu. To mylący wynik. Po pierwsze, wyższy wzrost zanotowały Aston Villa i OM, jednakże wartość każdej z tych drużyn to "zaledwie" 240 mln dolarów; podobnie jak w przypadku dynamicznego tempa wzrostu PKB krajów rozwijających się, mniejszym spółkom relatywnie łatwiej jest o szybki przyrost wartości w skali roku. Z kolei radykalny zastrzyk arabskiego kapitału spowodował kosmiczny wzrost wartości siedemnastego w zestawieniu Manchesteru City (aż o 62%). Spośród klubów pierwszej piętnastki jedynie AC Milan osiągnął okazalszy wzrost wartości (24%), samotnie stanowiąc faktyczny wyznacznik wyniku Barçy.

Nie jest żadną ekonomiczną tajemnicą, że większy kapitał generuje większe przychody (zyski z działalności klubu przed odliczeniem kosztów takich, jak pensje, opłaty komunalne, spłata ew. zobowiązań transferowych). Ciekawych wniosków dostarcza zatem porównanie wyniku Barçy z klubami, które nominalnie wyprzedzają Katalończyków w rankingu. Aż 487 mln dolarów osiągniętych z tytułu przychodów plasuje Barcelonę jedynie za liderami z Old Trafford i Santiago Bernabéu.

Jeszcze bardziej zaskakuje porównanie zysków operacyjnych brutto ("czysty zysk", po uregulowaniu zobowiązań; nie uwzględnia się różnych zależnie od kraju podatków, kosztów amortyzacji np. stadionu i kosztów oprocentowania np. kredytu). W rubryce FC Barcelony widnieje aż 108 mln USD. To kwota premiowana drugim miejscem w całym rankingu. Wart 910 mln USD więcej od katalońskiego klubu MU wygenerował zysk wyprzedzający barceloński klub o "marne" 52 mln USD, wart niecałe pół miliarda USD więcej Real notuje zysk niższy o 30% od Barçy!

Dwie ostatnie dane doskonale oddają skalę kompetencji i biznesowej intuicji Laporty i jego zarządu.

Poleganie na wartości bywa złudne

Wartość bywa biznesie piłkarskim czynnikiem zmiennym. Konkurencja rośnie z każdym rokiem, talentów nie ubywa, a Puchar Mistrzów 20. rok czeka aż komuś uda się w końcu obronić tytuł. Wyniki drużyny zależą od zgrania piłkarzy, intuicji trenera, postawy sędziów i zwykłego szczęścia. Nawet jeśli wszystkie czynniki sprzyjają, klub wciąż może obrać kierunek ku małej apokalipsie. Za sprawą niekompetentnych władz, nietrafionych inwestycji, błędnych decyzji strategicznych.

Dziś wiemy, jak ogromne kłopoty miewa MU (dług rośnie, konieczność wyprzedania piłkarzy dla odzyskania płynności, niejawność operacji, bunt fanów). Ta sytuacja bardzo dosadnie obrazuje, jakie znaczenie ma w sporcie stabilność finansowa klubu. Wszystko inne jest jej konsekwencją, pochodną.

Wracając do zestawienia: oczywiście, że ostatnie w tabeli Glasgow Rangers mogłoby mieć wzorcowe wskaźniki finansowe, ale nadal pozostanie "Kopciuszkiem" pod względem wartości. Jednak w czołówce różnice są na tyle subtelne, że nie wartość nominalna, a wypunktowane powyżej "pozostałe" dane nabierają decydującej wagi. Bez nich, ocena stanu finansów piłkarskich instytucji pozbawiona jest wszelkiego merytorycznego znaczenia. I prowadzi wprost do przekłamań.

P.S. Zupełnie przy okazji można sprawdzić, że oba rankingi tyczą się sezonu... 2007/2008 (piłkarski mezozoik, gdy MU z Ronaldo w składzie triumfował w Anglii i LM, a Real w La Liga). Oznacza to, że tak optymistyczną kondycję finansową Barça wypracowała jeszcze przed erą sukcesów Guardioli. Daje to pewne wyobrażenie o aktualnej kondycji finansowej Barçy i, pośrednio, jej konkurentów.

Wszystkim culés pozostaje zatem w spokoju czekać na wyniki przyszłorocznych edycji rankingów Forbesa. Barça może w nich podążyć w jednym tylko kierunku. W górę.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (9)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze