Okiem Johana Cruyffa. Barcelono, dwie wygrane wystarczą
Cotygodniowy felieton Cruyffa, z 11.04.
Realowi i Barcelonie zostało jedynie wykonać ostatni krok do półfinałów LM. Tylko ogromne niepowodzenie mogłoby pozbawić udziału w nich obu reprezentantów La Liga.
A następnie - tak! - cztery spotkania obu drużyn w ciągu 18 dni. Za dużo? Nie. Ponieważ to niezbity dowód na to, że to dwie znakomite ekipy, dwóch godnych siebie rywali. Wchodzimy w decydującą fazę sezonu, gdzie następują ostateczne rozstrzygnięcia. Docierają tu tylko najlepsi. Do tych spotkań musiało dojść, skoro zarówno Madryt, jak i Barça udowodniły w obecnym sezonie, że się do nich zaliczają.
Potwierdzili to w Copa del Rey, robią to grając w lidze i najważniejszych rozgrywkach europejskich, gdzie w tym tygodniu zostanie już tylko czterech aspirujących do tytułu. Z perspektywy tej części sezonu, która już za nami - byłoby ogromną niespodzianką, jeśli wśród tej czwórki nie byłoby Realu i Barçy.
Cztery zwycięstwa? Niepotrzebne
Zarówno Barca, jak i Real mogą wygrać te cztery spotkania. Możliwe? Nieosiągalne. W dodatku niepotrzebne. Nie musisz wygrać czterech meczów ze swoim odwiecznym rywalem żeby udowodnić, że jesteś lepszy. Przynajmniej z punktu widzenia Barcelony. Grając jak grasz, wygrywając jak wygrywasz - twoim celem nie są cztery zwycięstwa. Twoim celem jest wygranie odpowiednich meczów. Nie ma ich wcale cztery. Są dwa: finał Pucharu Króla i półfinałowy mecz Champions w Barcelonie. Jeden daje tytuł, a drugi przejście do finału.
Przegrana do przyjęcia
Tutaj liczy się rywalizacja o puchary, a nie popisywanie się. Real i Barçę różni wiele: styl, piłkarze, trenerzy. Ale tak naprawdę jedyną różnicą między nimi w tej chwili jest tych osiem punktów ligowych. W innych rozgrywkach - czy to trwającej 90 minut, czy tej rozłożonej na 180 - wygra ten, który potrafi lepiej i mądrzej łączyć rywalizację na wielu polach.
To dotyczy już sobotniego meczu na Bernabéu. Dla Barçy odpowiedzialna rywalizacja na tym terenie nie musi wcale oznaczać wygranej. Remis także jest dobry, a przegrana - do przyjęcia. Mądra rywalizacja w tę sobotę oznacza coś innego niż 3 punkty za wszelką cenę. To sprawienie, by Real osłabł w perspektywie kolejnych, ważniejszych meczów. Obojętne już jaki będzie rezultat meczu ligowego. To dodatkowy wysiłek, jaki możesz wycisnąć ze swojego rywala - może okazać się decydujący. Nie tylko w kontekście kolejnych, wyczerpujących wyjazdów ligowych, jakie Real ma w kalendarzu. Przecież sam spotkasz się z nim jeszcze trzy razy. Guardiola będzie tym, który zadecyduje kto pojawi się na boisku w sobotę, a kto nie. Kto zagra teraz, a kogo oszczędzić na później.
Niespodzianka od Mourinho
Dla Pepa wyzwanie jest pasjonujące. Na każdą nieobecność z powodu kontuzji czy kartek będzie musiał znaleźć rozwiązanie. To moment dopracowania szczegółów. Zdecydują niuanse. Kiedy ostrzega przed rywalem - robi to dlatego, że przede wszystkim najpierw był piłkarzem, a trenerem został dopiero później. Sam odczuwał specyfikę kluczowych wyzwań na własnej skórze. Dlatego wie, że najniebezpieczniejsze mecze to te, które uważa się za wygrane, nim wejdzie się na boisko.
Przed pierwszym starciem z Madrytem, wszyscy będą czujni. W zależności od tego jakie będą rezultaty, Guardiola będzie musiał powstrzymywać euforię lub podnosić na duchu. Dobrze wie, że Mourinho będzie chciał go w jakiś sposób zaskoczyć, ale Portugalczyk także wie, że bardzo trudno jest zaskoczyć Barcelonę. Bo obecna drużyna Barçy nie tylko potrafi rywalizować wierna swojemu stylowi (co robi zawsze, niezależnie od przeciwnika), ale podejmuje każde wyzwanie z maksymalną koncentracją.
W tym momencie sezonu (finał Pucharu Króla, przypuszczalnie półfinały Ligi Mistrzów) nikt nie chce zostać z niczym. Jednak na koniec tylko jeden może wygrać. I chociaż oba zespoły grają dobry sezon, dopiero tytuły pokażą prawdziwego zwycięzcę. A byłoby dużą niespodzianką, gdyby ligi nie wygrała Barca.
Punkt odniesienia
Przypuśćmy, że Barcelona wygra ligę, wygra Puchar, wygra nawet trzy z czterech meczów z Realem, jednak pożegna się z Wembley. Czy culés będą zadowoleni? Na pewno nie. Dlatego tak ważne jest, aby odpowiednio rozłożyć akcenty, aby wiedzieć jak dobrze rywalizować z Blancos w tych wyjątkowych play-offach. Nie chodzi o to, by wygrać wszystko, lecz by wygrać konkretne mecze. Najbardziej kluczowe, decydujące o tytułach. Jeśli Barça to osiągnie - piłkarska dojrzałość, którą już od jakiegoś czasu cechuje tę drużynę, zostanie spektakularnie potwierdzona.
Kończąc swój marsz na Wembley - Barça ponownie stanie się punktem odniesienia dla wszystkich. Mistrz zawsze nim jest. I dlatego ważne jest - przynajmniej w tym sensie, w jakim ja rozumiem futbol - aby to, co robi Barça było naśladowane przez innych mistrzów. Ofensywny styl, cantera i cechy samego Guardioli: wysiłek, oddanie i szacunek do rywala.
[źródło: El Periódico]
Realowi i Barcelonie zostało jedynie wykonać ostatni krok do półfinałów LM. Tylko ogromne niepowodzenie mogłoby pozbawić udziału w nich obu reprezentantów La Liga.
A następnie - tak! - cztery spotkania obu drużyn w ciągu 18 dni. Za dużo? Nie. Ponieważ to niezbity dowód na to, że to dwie znakomite ekipy, dwóch godnych siebie rywali. Wchodzimy w decydującą fazę sezonu, gdzie następują ostateczne rozstrzygnięcia. Docierają tu tylko najlepsi. Do tych spotkań musiało dojść, skoro zarówno Madryt, jak i Barça udowodniły w obecnym sezonie, że się do nich zaliczają.
Potwierdzili to w Copa del Rey, robią to grając w lidze i najważniejszych rozgrywkach europejskich, gdzie w tym tygodniu zostanie już tylko czterech aspirujących do tytułu. Z perspektywy tej części sezonu, która już za nami - byłoby ogromną niespodzianką, jeśli wśród tej czwórki nie byłoby Realu i Barçy.
Cztery zwycięstwa? Niepotrzebne
Zarówno Barca, jak i Real mogą wygrać te cztery spotkania. Możliwe? Nieosiągalne. W dodatku niepotrzebne. Nie musisz wygrać czterech meczów ze swoim odwiecznym rywalem żeby udowodnić, że jesteś lepszy. Przynajmniej z punktu widzenia Barcelony. Grając jak grasz, wygrywając jak wygrywasz - twoim celem nie są cztery zwycięstwa. Twoim celem jest wygranie odpowiednich meczów. Nie ma ich wcale cztery. Są dwa: finał Pucharu Króla i półfinałowy mecz Champions w Barcelonie. Jeden daje tytuł, a drugi przejście do finału.
Przegrana do przyjęcia
Tutaj liczy się rywalizacja o puchary, a nie popisywanie się. Real i Barçę różni wiele: styl, piłkarze, trenerzy. Ale tak naprawdę jedyną różnicą między nimi w tej chwili jest tych osiem punktów ligowych. W innych rozgrywkach - czy to trwającej 90 minut, czy tej rozłożonej na 180 - wygra ten, który potrafi lepiej i mądrzej łączyć rywalizację na wielu polach.
To dotyczy już sobotniego meczu na Bernabéu. Dla Barçy odpowiedzialna rywalizacja na tym terenie nie musi wcale oznaczać wygranej. Remis także jest dobry, a przegrana - do przyjęcia. Mądra rywalizacja w tę sobotę oznacza coś innego niż 3 punkty za wszelką cenę. To sprawienie, by Real osłabł w perspektywie kolejnych, ważniejszych meczów. Obojętne już jaki będzie rezultat meczu ligowego. To dodatkowy wysiłek, jaki możesz wycisnąć ze swojego rywala - może okazać się decydujący. Nie tylko w kontekście kolejnych, wyczerpujących wyjazdów ligowych, jakie Real ma w kalendarzu. Przecież sam spotkasz się z nim jeszcze trzy razy. Guardiola będzie tym, który zadecyduje kto pojawi się na boisku w sobotę, a kto nie. Kto zagra teraz, a kogo oszczędzić na później.
Niespodzianka od Mourinho
Dla Pepa wyzwanie jest pasjonujące. Na każdą nieobecność z powodu kontuzji czy kartek będzie musiał znaleźć rozwiązanie. To moment dopracowania szczegółów. Zdecydują niuanse. Kiedy ostrzega przed rywalem - robi to dlatego, że przede wszystkim najpierw był piłkarzem, a trenerem został dopiero później. Sam odczuwał specyfikę kluczowych wyzwań na własnej skórze. Dlatego wie, że najniebezpieczniejsze mecze to te, które uważa się za wygrane, nim wejdzie się na boisko.
Przed pierwszym starciem z Madrytem, wszyscy będą czujni. W zależności od tego jakie będą rezultaty, Guardiola będzie musiał powstrzymywać euforię lub podnosić na duchu. Dobrze wie, że Mourinho będzie chciał go w jakiś sposób zaskoczyć, ale Portugalczyk także wie, że bardzo trudno jest zaskoczyć Barcelonę. Bo obecna drużyna Barçy nie tylko potrafi rywalizować wierna swojemu stylowi (co robi zawsze, niezależnie od przeciwnika), ale podejmuje każde wyzwanie z maksymalną koncentracją.
W tym momencie sezonu (finał Pucharu Króla, przypuszczalnie półfinały Ligi Mistrzów) nikt nie chce zostać z niczym. Jednak na koniec tylko jeden może wygrać. I chociaż oba zespoły grają dobry sezon, dopiero tytuły pokażą prawdziwego zwycięzcę. A byłoby dużą niespodzianką, gdyby ligi nie wygrała Barca.
Punkt odniesienia
Przypuśćmy, że Barcelona wygra ligę, wygra Puchar, wygra nawet trzy z czterech meczów z Realem, jednak pożegna się z Wembley. Czy culés będą zadowoleni? Na pewno nie. Dlatego tak ważne jest, aby odpowiednio rozłożyć akcenty, aby wiedzieć jak dobrze rywalizować z Blancos w tych wyjątkowych play-offach. Nie chodzi o to, by wygrać wszystko, lecz by wygrać konkretne mecze. Najbardziej kluczowe, decydujące o tytułach. Jeśli Barça to osiągnie - piłkarska dojrzałość, którą już od jakiegoś czasu cechuje tę drużynę, zostanie spektakularnie potwierdzona.
Kończąc swój marsz na Wembley - Barça ponownie stanie się punktem odniesienia dla wszystkich. Mistrz zawsze nim jest. I dlatego ważne jest - przynajmniej w tym sensie, w jakim ja rozumiem futbol - aby to, co robi Barça było naśladowane przez innych mistrzów. Ofensywny styl, cantera i cechy samego Guardioli: wysiłek, oddanie i szacunek do rywala.
[źródło: El Periódico]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)