Co dalej z hiszpańską piłką?
Futbol na najwyższym poziomie miał zagościć w domach wszystkich kibiców w miniony weekend. Miał rozpocząć się kolejny sezon La Liga, tymczasem pierwsza kolejka została odwołana i wiele wskazuje na to, że piłkarze nie wybiegną na boiska również w najbliższy weekend. Nawet jeśli doszłoby do szybkiego rozwiązania problemu i porozumienia pomiędzy LFP a AFE, to wydaje się, że problem hiszpańskiego futbolu leży znacznie głębiej, niż tylko w relacjach pomiędzy Stowarzyszeniem Hiszpańskich Piłkarzy a zarządzającymi rozgrywkami.
Zawodnicy dwudziestu klubów La Liga oraz ich koledzy z niższej klasy rozgrywkowej żądają od hiszpańskiej Federacji zabezpieczenia i gwarancji wypłat. Spotkanie, które odbyło się w piątek, miało zapobiec pierwszemu strajkowi od 1984 roku. Paradoksalnie do eskalacji problemu doszło w momencie, kiedy hiszpański futbol przeżywa swe najlepsze chwile na boisku.
Połowa klubów konkurujących ze sobą - w dwóch najwyższych klasach rozgrywkowych - wszczęła postępowania upadłościowe, co oznacza ni mniej ni więcej, że stanęły na krawędzi bankructwa. Lista ta obejmuje także trzy kluby, które w obecnym sezonie uzyskały awans do La Liga - Real Betis Sevilla, Rayo Vallecano i Granadę. W chwili, gdy światowy kryzys gospodarczy zatapia kolejne gospodarki, zarządzający klubami z Półwyspu Iberyjskiego ostrzegają, że organy decydujące o upadłości przedsiębiorstw mają coraz więcej pracy, a kluby będą zmuszone do rzucenia ręcznika w obawie przed wierzycielami. Pierwszy zrobił to - w zeszłym miesiącu - Racing Santander.
Coraz częstsze i głośniejsze są oskarżenia wobec dwóch hiszpańskich potęg - FC Barcelony i Realu Madryt - że te przyglądają się problemom finansowym innych drużyn z satysfakcją, czerpiąc korzyści z obecnego stanu rzeczy, podczas gdy inni pogrążają się w finansowych problemach. Ale konsekwencje dotyczące bezpośrednio ligi będą miały również wpływ na dwóch największych graczy tego rynku. I rzeczywiście, Barcelona wygrywała trzy razy z rzędu ligę, ze średnią przewagą 24 punktów nad trzecim zespołem, a ostatnią drużyną potrafiącą przerwać dominację duopolu Barcelona-Madryt była Valencia w 2004 roku.
Oprócz regularnego ogrywania innych zespołów w rodzimej lidze, krytycy argumentują, że oba zespoły są jedynymi, które czerpią zyski z regularnych występów w Lidze Mistrzów, wzrostu liczby kibiców i komercyjnej obecności w świecie.
"La Liga straciła swój status najważniejszych rozgrywek, na najwyższym poziomie, ze względu na olbrzymie rozbieżności w dochodach", powiedział Ramón Planes, dyrektor sportowy Espanyolu. "Uważam, że wielkie kluby nie są zainteresowane zniwelowaniem różnic, ponieważ w ten sposób zabezpieczają własny udział w Lidze Mistrzów każdego roku", dodał reprezentant rywala Dumy Katalonii.
Podczas gdy mniejsze kluby nie mają lub utraciły wsparcie finansowe różnych instytucji, Barcelona podpisała najlukratywniejszą umowę sponsorską w historii piłki nożnej. Współpraca z Qatar Foundation ma przynieść jej przychód 165 milionów euro, w ciągu pięciu lat.
Ale nawet nie ten fakt najbardziej dokucza rywalom. Planes i inni wskazują jako główny problem rozbieżności w zyskach z praw do transmisji. Hiszpańskie regulacje dają prawo, aby każdy klub negocjował swoje własne umowy do praw telewizyjnych, co spowodowało, że Real Madryt i FC Barcelona wspólnie inkasują niemal połowę z wartego 650 milionów euro rocznie rynku, generowanego przez całą La Liga. Ponadto mają szansę na rozwój swoich własnych stacji telewizyjnych. Dla porównania - Getafe, zespół z obrzeży Madrytu, w zeszłym roku zainkasował z tytułu praw telewizyjnych około 6 milionów euro.
Aby lepiej zobrazować jak wielkie są dysproporcje w dochodach klubów warto przytoczyć dane przedstawione przez profesora José Maríę Gaya. Z tytułu wspomnianych praw La Liga otrzymuje niemal połowę tego co angielska Premiership, a włoska Serie A wygenerowała przychód rzędu 900 milionów euro. Najwyższa klasa rozgrywkowa we Francji warta była pod tym względem 607 milionów euro - równając się prawie z Hiszpanią.
Rzeczony profesor zasugerował, że hiszpańska piłka funkcjonuje "bez jakiejkolwiek solidarności, w kwestiach wspólnego działania w celu zmaksymalizowania ogólnej wartości". Chodzi o to, że kluby w Hiszpanii nie posiadają żadnej wspólnej strategii, aby wywalczyć dla siebie więcej pieniędzy. W moim mniemaniu wydźwięk tych słów jest oczywisty. Kibice ligi hiszpańskiej odwrócą się od niej . A jedynymi pojedynkami, na które będą włączali swoje telewizory będą starcia dwóch gigantów. Ocena profesora Gaya wydaje się symptomatyczna, jeśli spojrzy się na zainteresowanie i opinię o lidze hiszpańskiej w Polsce. Główny dostawca obrazów z europejskich lig - Canal+ - dostarcza polskiemu kibicowi niezliczonej liczby
meczów z Anglii, Włoch, a nawet Francji, podczas gdy liga hiszpańska reprezentowana jest przez starcia albo Realu, albo Barcelony z innymi klubami. Nie uświadczy polski kibic obrazu z meczu zespołów okupujących, ba...nawet nie środek tabeli, ale drużyn walczących o puchary. Z rzadkimi wyjątkami.
Wydaje mi się, że o ile ludzie nie mają możliwości obejrzenia większej liczby meczów z Hiszpanii, to liga francuska cieszy się większą popularnością ze względu na swoją nieprzewidywalność.
Pomimo czarnych chmur zbierających się nad hiszpańską piłka, istnieje jakiś rodzaj solidarności w tym środowisku. Dowodzi tego ostatnia dysputa nad zarobkami piłkarzy - która, jak się okazuje jest w prostej linii pochodną problemów z jakimi borykają się kluby. Ma ona na celu zabezpieczenie interesów finansowych piłkarzy w przypadku bankructwa ich pracodawców. Formuła strajku firmowana jest dwoma nazwiskami - Carlesa Puyola i Ikera Casillasa, który - jak donoszą media - inkasuje w Realu 10 milionów euro rocznie. Według stowarzyszenia piłkarzy, w zeszłym sezonie kluby zalegały z wypłatą pensji zawodnikom na kwotę 50 milionów euro. Jednocześnie, z racji niezapłaconych podatków, dług klubów wynosi już 650 milionów euro.
Obawa przedłużającego się strajku może zmusić Federację do zgody na zwiększenie zabezpieczenia pensji zawodników. Zmiany będą musiały nastąpić także w prawach do transmisji, mimo tego, że większość umów wygasa dopiero po 2014 roku. Zeszłoroczne porozumienie zakłada, że większość klubów zgodzi się na bardziej solidarne umowy w przyszłości, a kluby relegowane do drugiej ligi otrzymają większe niż dotychczas wsparcie finansowe, by zapewnić im choć minimalne zyski finansowe.
Hiszpańskie kluby będą również musiały dostosować się do nowych regulacji UEFA, finansowego fair play, które wejdą w życie w 2013 roku i zakładają limit wydatków na transfery oraz pomoc słabszym klubom.
Tymczasem większość klubów wykazuje niewielką chęć do zmian w strategii, mimo piętrzących się problemów finansowych. Niektóre z nich kontynuują nieracjonalną politykę płacenia rekordowych sum za nowych zawodników, wykorzystując niemoc konkurentów i korzystając z luk w prawie upadłościowym. Najlepszym przykładem nieodpowiedzialnego działania jest Real Saragossa, który pomimo długu w wysokości 134 milionów euro i pozostawaniu w fazie upadłości, wydał niespełna 9 milionów euro na bramkarza Benfiki Roberto.
Rezultatem takiego działania jest sytuacja, warto dodać chora sytuacja, w której kluby na pensje zawodników wydają więcej niż zarabiają. Kluby mają za nic rekomendacje FIFA, aby ogólna wartość wydatków na pensje zawodników nie przekraczała 50% rzeczywistych dochodów. José María Arrabal, osoba która pełniła wysokie funkcje wykonawcze zarówno w Realu Madryt jak i Maladze, prowadząca obecnie firmę konsultingową, uważa że "konieczne jest wprowadzenie profesjonalnego zarządzania i idei, że możesz wydać tyle, na ile cię stać. Ciężko jednak wprowadzić tę zasadę gdy większość klubów żyje pod ciągłą presją środowiska, kibiców i działaczy, że należy się znajdować w kręgu najwięcej wydających, co ma zapewnić sukces w kolejnym sezonie."
I rzeczywiście, Real Madryt i FC Barcelona - które znajdują się w grupie największych beneficjentów, ale i największych dłużników - w dalszym ciągu podpisują czeki opiewające na astronomiczne sumy.
By być jednak wiarygodnym w ocenie sytuacji, trzeba powiedzieć, że większość kłopotów większości klubów jest ściśle powiązanych z olbrzymimi problemami z jakim boryka się hiszpańska gospodarka. Co chwila słychać o upadku kolejnych firm, pogłębiającej się recesji we wszystkich gałęziach gospodarki. Liga hiszpańska miała to do siebie, że głównymi sponsorami klubów były firmy z branży budowlanej, a nawet student pierwszego roku ekonomii wie, że jest do ta płaszczyzna gospodarki, którą w pierwszej kolejności i najdotkliwiej dotykają jakiekolwiek problemy ekonomiczne. Kluby podpisywały kontrakty sponsorskie podczas boomu w 2008 roku. Wiele klubów rozpoczęło, dzięki współpracy z tą gałęzią gospodarki, budowę nowych stadionów, infrastruktury. Projekty mają olbrzymie problemy ze zmaterializowaniem się, a kredyty pod przyszłe zyski muszą być spłacane już teraz.
Najlepszym przykładem jest Valencia, która nie może dokończyć budowy stadionu na 75 tysięcy miejsc, a którego otwarcie planowane było już dwa lata temu. Konsorcjum budowlane, z którym podpisała umowy wpadło w gigantyczne tarapaty i samo boryka się groźbą bankructwa.
"Piłka nożna jest znakomitą projekcją tego, co dzieje się z naszą gospodarką. Ludzie żyli ponad stan, wydając więcej niż posiadali, ignorując prognozy gospodarcze i ocknęli się w sytuacji, gdy nie mogą obsłużyć zadłużenia, które pękło jak bańka mydlana", ocenił profesor Gay.
Starając się chłodno ocenić rzeczywistość, wydaje mi się, że jeśli obecna sytuacja będzie się utrzymywała, jeśli kluby nie zweryfikują swych strategii, jeśli nie znajdą innych źródeł przychodu, to należy się spodziewać, że pójdą one za przykładem Málagi. Klub został przejęty przez Szejka bin Nassera Al Thani, członka królewskiej rodziny Kataru.
Póki co Málaga jest raczej wyjątkiem niż regułą w Hiszpanii - znajdującej się w zdecydowanej opozycji do klubów z angielskiej Premiership, która opanowana została przez inwestorów z Rosji, USA i Bliskiego Wschodu.
Niewykluczone, że ogólne kłopoty gospodarcze Hiszpanii sprawią, że potencjalni inwestorzy będą ostrożniejsi w podejmowaniu ryzyka inwestycyjnego, w tym kraju. Niemniej wygląda na to, że strumień pieniędzy spoza Półwyspu Iberyjskiego może być jedynym ratunkiem dla tonących w długach hiszpańskich drużyn. Petrodolary, z których wyśmiewano się, mogą stać się źródłem oddechu i zastrzykiem, który uratuje La Liga przed kompletną zapaścią. W sytuacji, gdy inżynieria finansowa zawiodła, trzeba będzie wyciągnąć rękę po pomoc.
[źródło: Własne]
Zawodnicy dwudziestu klubów La Liga oraz ich koledzy z niższej klasy rozgrywkowej żądają od hiszpańskiej Federacji zabezpieczenia i gwarancji wypłat. Spotkanie, które odbyło się w piątek, miało zapobiec pierwszemu strajkowi od 1984 roku. Paradoksalnie do eskalacji problemu doszło w momencie, kiedy hiszpański futbol przeżywa swe najlepsze chwile na boisku.
Połowa klubów konkurujących ze sobą - w dwóch najwyższych klasach rozgrywkowych - wszczęła postępowania upadłościowe, co oznacza ni mniej ni więcej, że stanęły na krawędzi bankructwa. Lista ta obejmuje także trzy kluby, które w obecnym sezonie uzyskały awans do La Liga - Real Betis Sevilla, Rayo Vallecano i Granadę. W chwili, gdy światowy kryzys gospodarczy zatapia kolejne gospodarki, zarządzający klubami z Półwyspu Iberyjskiego ostrzegają, że organy decydujące o upadłości przedsiębiorstw mają coraz więcej pracy, a kluby będą zmuszone do rzucenia ręcznika w obawie przed wierzycielami. Pierwszy zrobił to - w zeszłym miesiącu - Racing Santander.
Coraz częstsze i głośniejsze są oskarżenia wobec dwóch hiszpańskich potęg - FC Barcelony i Realu Madryt - że te przyglądają się problemom finansowym innych drużyn z satysfakcją, czerpiąc korzyści z obecnego stanu rzeczy, podczas gdy inni pogrążają się w finansowych problemach. Ale konsekwencje dotyczące bezpośrednio ligi będą miały również wpływ na dwóch największych graczy tego rynku. I rzeczywiście, Barcelona wygrywała trzy razy z rzędu ligę, ze średnią przewagą 24 punktów nad trzecim zespołem, a ostatnią drużyną potrafiącą przerwać dominację duopolu Barcelona-Madryt była Valencia w 2004 roku.
Oprócz regularnego ogrywania innych zespołów w rodzimej lidze, krytycy argumentują, że oba zespoły są jedynymi, które czerpią zyski z regularnych występów w Lidze Mistrzów, wzrostu liczby kibiców i komercyjnej obecności w świecie.
"La Liga straciła swój status najważniejszych rozgrywek, na najwyższym poziomie, ze względu na olbrzymie rozbieżności w dochodach", powiedział Ramón Planes, dyrektor sportowy Espanyolu. "Uważam, że wielkie kluby nie są zainteresowane zniwelowaniem różnic, ponieważ w ten sposób zabezpieczają własny udział w Lidze Mistrzów każdego roku", dodał reprezentant rywala Dumy Katalonii.
Podczas gdy mniejsze kluby nie mają lub utraciły wsparcie finansowe różnych instytucji, Barcelona podpisała najlukratywniejszą umowę sponsorską w historii piłki nożnej. Współpraca z Qatar Foundation ma przynieść jej przychód 165 milionów euro, w ciągu pięciu lat.
Ale nawet nie ten fakt najbardziej dokucza rywalom. Planes i inni wskazują jako główny problem rozbieżności w zyskach z praw do transmisji. Hiszpańskie regulacje dają prawo, aby każdy klub negocjował swoje własne umowy do praw telewizyjnych, co spowodowało, że Real Madryt i FC Barcelona wspólnie inkasują niemal połowę z wartego 650 milionów euro rocznie rynku, generowanego przez całą La Liga. Ponadto mają szansę na rozwój swoich własnych stacji telewizyjnych. Dla porównania - Getafe, zespół z obrzeży Madrytu, w zeszłym roku zainkasował z tytułu praw telewizyjnych około 6 milionów euro.
Aby lepiej zobrazować jak wielkie są dysproporcje w dochodach klubów warto przytoczyć dane przedstawione przez profesora José Maríę Gaya. Z tytułu wspomnianych praw La Liga otrzymuje niemal połowę tego co angielska Premiership, a włoska Serie A wygenerowała przychód rzędu 900 milionów euro. Najwyższa klasa rozgrywkowa we Francji warta była pod tym względem 607 milionów euro - równając się prawie z Hiszpanią.
Rzeczony profesor zasugerował, że hiszpańska piłka funkcjonuje "bez jakiejkolwiek solidarności, w kwestiach wspólnego działania w celu zmaksymalizowania ogólnej wartości". Chodzi o to, że kluby w Hiszpanii nie posiadają żadnej wspólnej strategii, aby wywalczyć dla siebie więcej pieniędzy. W moim mniemaniu wydźwięk tych słów jest oczywisty. Kibice ligi hiszpańskiej odwrócą się od niej . A jedynymi pojedynkami, na które będą włączali swoje telewizory będą starcia dwóch gigantów. Ocena profesora Gaya wydaje się symptomatyczna, jeśli spojrzy się na zainteresowanie i opinię o lidze hiszpańskiej w Polsce. Główny dostawca obrazów z europejskich lig - Canal+ - dostarcza polskiemu kibicowi niezliczonej liczby
meczów z Anglii, Włoch, a nawet Francji, podczas gdy liga hiszpańska reprezentowana jest przez starcia albo Realu, albo Barcelony z innymi klubami. Nie uświadczy polski kibic obrazu z meczu zespołów okupujących, ba...nawet nie środek tabeli, ale drużyn walczących o puchary. Z rzadkimi wyjątkami.
Wydaje mi się, że o ile ludzie nie mają możliwości obejrzenia większej liczby meczów z Hiszpanii, to liga francuska cieszy się większą popularnością ze względu na swoją nieprzewidywalność.
Pomimo czarnych chmur zbierających się nad hiszpańską piłka, istnieje jakiś rodzaj solidarności w tym środowisku. Dowodzi tego ostatnia dysputa nad zarobkami piłkarzy - która, jak się okazuje jest w prostej linii pochodną problemów z jakimi borykają się kluby. Ma ona na celu zabezpieczenie interesów finansowych piłkarzy w przypadku bankructwa ich pracodawców. Formuła strajku firmowana jest dwoma nazwiskami - Carlesa Puyola i Ikera Casillasa, który - jak donoszą media - inkasuje w Realu 10 milionów euro rocznie. Według stowarzyszenia piłkarzy, w zeszłym sezonie kluby zalegały z wypłatą pensji zawodnikom na kwotę 50 milionów euro. Jednocześnie, z racji niezapłaconych podatków, dług klubów wynosi już 650 milionów euro.
Obawa przedłużającego się strajku może zmusić Federację do zgody na zwiększenie zabezpieczenia pensji zawodników. Zmiany będą musiały nastąpić także w prawach do transmisji, mimo tego, że większość umów wygasa dopiero po 2014 roku. Zeszłoroczne porozumienie zakłada, że większość klubów zgodzi się na bardziej solidarne umowy w przyszłości, a kluby relegowane do drugiej ligi otrzymają większe niż dotychczas wsparcie finansowe, by zapewnić im choć minimalne zyski finansowe.
Hiszpańskie kluby będą również musiały dostosować się do nowych regulacji UEFA, finansowego fair play, które wejdą w życie w 2013 roku i zakładają limit wydatków na transfery oraz pomoc słabszym klubom.
Tymczasem większość klubów wykazuje niewielką chęć do zmian w strategii, mimo piętrzących się problemów finansowych. Niektóre z nich kontynuują nieracjonalną politykę płacenia rekordowych sum za nowych zawodników, wykorzystując niemoc konkurentów i korzystając z luk w prawie upadłościowym. Najlepszym przykładem nieodpowiedzialnego działania jest Real Saragossa, który pomimo długu w wysokości 134 milionów euro i pozostawaniu w fazie upadłości, wydał niespełna 9 milionów euro na bramkarza Benfiki Roberto.
Rezultatem takiego działania jest sytuacja, warto dodać chora sytuacja, w której kluby na pensje zawodników wydają więcej niż zarabiają. Kluby mają za nic rekomendacje FIFA, aby ogólna wartość wydatków na pensje zawodników nie przekraczała 50% rzeczywistych dochodów. José María Arrabal, osoba która pełniła wysokie funkcje wykonawcze zarówno w Realu Madryt jak i Maladze, prowadząca obecnie firmę konsultingową, uważa że "konieczne jest wprowadzenie profesjonalnego zarządzania i idei, że możesz wydać tyle, na ile cię stać. Ciężko jednak wprowadzić tę zasadę gdy większość klubów żyje pod ciągłą presją środowiska, kibiców i działaczy, że należy się znajdować w kręgu najwięcej wydających, co ma zapewnić sukces w kolejnym sezonie."
I rzeczywiście, Real Madryt i FC Barcelona - które znajdują się w grupie największych beneficjentów, ale i największych dłużników - w dalszym ciągu podpisują czeki opiewające na astronomiczne sumy.
By być jednak wiarygodnym w ocenie sytuacji, trzeba powiedzieć, że większość kłopotów większości klubów jest ściśle powiązanych z olbrzymimi problemami z jakim boryka się hiszpańska gospodarka. Co chwila słychać o upadku kolejnych firm, pogłębiającej się recesji we wszystkich gałęziach gospodarki. Liga hiszpańska miała to do siebie, że głównymi sponsorami klubów były firmy z branży budowlanej, a nawet student pierwszego roku ekonomii wie, że jest do ta płaszczyzna gospodarki, którą w pierwszej kolejności i najdotkliwiej dotykają jakiekolwiek problemy ekonomiczne. Kluby podpisywały kontrakty sponsorskie podczas boomu w 2008 roku. Wiele klubów rozpoczęło, dzięki współpracy z tą gałęzią gospodarki, budowę nowych stadionów, infrastruktury. Projekty mają olbrzymie problemy ze zmaterializowaniem się, a kredyty pod przyszłe zyski muszą być spłacane już teraz.
Najlepszym przykładem jest Valencia, która nie może dokończyć budowy stadionu na 75 tysięcy miejsc, a którego otwarcie planowane było już dwa lata temu. Konsorcjum budowlane, z którym podpisała umowy wpadło w gigantyczne tarapaty i samo boryka się groźbą bankructwa.
"Piłka nożna jest znakomitą projekcją tego, co dzieje się z naszą gospodarką. Ludzie żyli ponad stan, wydając więcej niż posiadali, ignorując prognozy gospodarcze i ocknęli się w sytuacji, gdy nie mogą obsłużyć zadłużenia, które pękło jak bańka mydlana", ocenił profesor Gay.
Starając się chłodno ocenić rzeczywistość, wydaje mi się, że jeśli obecna sytuacja będzie się utrzymywała, jeśli kluby nie zweryfikują swych strategii, jeśli nie znajdą innych źródeł przychodu, to należy się spodziewać, że pójdą one za przykładem Málagi. Klub został przejęty przez Szejka bin Nassera Al Thani, członka królewskiej rodziny Kataru.
Póki co Málaga jest raczej wyjątkiem niż regułą w Hiszpanii - znajdującej się w zdecydowanej opozycji do klubów z angielskiej Premiership, która opanowana została przez inwestorów z Rosji, USA i Bliskiego Wschodu.
Niewykluczone, że ogólne kłopoty gospodarcze Hiszpanii sprawią, że potencjalni inwestorzy będą ostrożniejsi w podejmowaniu ryzyka inwestycyjnego, w tym kraju. Niemniej wygląda na to, że strumień pieniędzy spoza Półwyspu Iberyjskiego może być jedynym ratunkiem dla tonących w długach hiszpańskich drużyn. Petrodolary, z których wyśmiewano się, mogą stać się źródłem oddechu i zastrzykiem, który uratuje La Liga przed kompletną zapaścią. W sytuacji, gdy inżynieria finansowa zawiodła, trzeba będzie wyciągnąć rękę po pomoc.
[źródło: Własne]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (35)