W chwili próby człowiek na nowo odkrywa proste, małe szczęścia. Spacer po okolicy. Zabawa z dzieciakami. Zajrzeć znów do ulubionej książki. Kolacja z przyjaciółmi. Album pełny zdjęć sprzed lat. Zrobić coś zwykłego - dla innych.
Wygląda, że nie wystarczyło to Éricowi Abidalowi. Jemu były to tylko stacje po drodze. Po drodze do celu majaczącego tak nieśmiało i nie wyraźnie, że miesiącami nikt nie odważył się o nim zająknąć. Krok po kroku, bez absolutnie zbędnego w takich okolicznościach pośpiechu, z dala od mediów i atencji kibiców (za to ze wsparciem rodziny i pod czujną opieką lekarzy) Éric Abidal przemierzał dzień w dzień drogę do swojego celu. Wrócić do pracy. Ten moment coraz bliżej. Moment, o którym on myślał pewnie od pierwszej chwili pobudki po narkozie.
Siła motywacji
Czy można się dziwić? Podziwiać - tak. Po chwili zastanowienia zdziwienie ulatuje jak para z e-papierosa.
Piramida potrzeb w przypadku osób po tak poważnych schorzeniach jest taka sama. Czy to słynny piłkarz, czy ktokolwiek inny... Najpierw rodzina. Przewartościowanie swojego życia, okres refleksji i zadumy. Po czym silna chęć poświęcenia się dla innych, pod postacią działalności charytatywnej czy odwiedzenia najbliższego oddziału onkologii: „Hej, spójrz na mnie. Tobie też się uda”.
Mija jakiś czas. Ten sam czas, co leczy rany. Dylematy już porozstrzygane. Pytania odpowiedziane. Zmieniają się priorytety. Brakuje zajęć. I brakować nie chce przestać. Nowotwór, przeszczep, wypadek, HIV - po wyjściu ze szpitala bardzo wiele osób próbuje wcześniej czy później wrócić do życia „sprzed”. Pełny powrót bywa często niemożliwy, ale odzyskiwanie pewnych elementów tamtego porządku dni - to już co innego. Nie ma co się rozpisywać nad tym, że zdaniem większości ekspertów praca stanowi dla każdego (zdrowego) człowieka silne źródło samorealizacji, bycia życiowo spełnionym. W przypadku osób z problemami zdrowotnymi, po długotrwałej rehabilitacji fizycznej powrót do wcześniejszych zwyczajów i zajęć ma wręcz moc leczniczą. Od strony mentalnej - to pewne. Od każdej innej - to już tajemnica życia, każdego organizmu z osobna. W każdym razie podjęcie zwykłych obowiązków w domu, powrót do dawnych zamiłowań, wreszcie praca - to skuteczne metody wsparcia kształtowania tak często słyszanej w gabinetach „woli życia”.
Zamknąć się w domu, usychać - to łatwo. Odzyskanie elementów „życia jak dawniej” wymaga samozaparcia, determinacji, walki. Wszystkie możliwe badania dowodzą, że niezależnie od schorzenia, to rekonwalescenci z tej drugiej grupy żyją dłużej. Rozumiem determinację Abidala do powrotu na boisko. To dla niego jeden z elementów terapii. Logiczna konsekwencja wszystkich innych. A jeśli prawdą jest choć promil komentarzy Huntera, Lowe’a, Ponsa i innych, to szatnia Camp Nou to całkiem znośne miejsce pracy. Tylko Abi wie, jak bardzo chciał tam wrócić.
Szerszy wymiar
Wspomniany już podziw dla człowieka, udzielił się wielu. Fanom, dziennikarzom, piłkarzom. Moment, w którym odyseja Abidala zakończy się ponownym wybiegnięciem na boisko - będzie tylko jednym z jego zwycięstw. Obok Klasnicia czy Vilanovy, Abidal na zawsze pozostanie przykładem dla innych pacjentów. Jak ujął to doktor Juan Carlos García Valdecasas, „są nadzieją dla tych, którzy walczą”. Poza tym coś jeszcze. Mam na myśli przekaz, jaki rykoszetem i w tle wszystkiego, co w tek historii znacznie ważniejsze, niesie przykład Abidala dla normalizacji skrajnie burzliwych w ostatnich trzech latach relacji madrycko-barcelońskich.
Jest coś gorzko banalnego w tym, z jaką skutecznością siła wyższa, ludzkie dramaty, są w stanie zjednoczyć rywali ponad codzienną rywalizację i wzajemne antagonizmy. Miesiącami głębiej i głębiej wrastające w piłkarzy i kibiców, władze klubów i dziennikarzy. Jak rak. Toczący całą hiszpańską scenę futbolową, gdzie przecież każdy sympatyzuje z jednymi lub drugimi, dzieląc narodową kadrę i cały hiszpański futbol. Odbierający masom radość ze sportu, godność jednostkom, dumę z barw.
Po dwóch niespełna latach bezpardonowej walki bez zasad pomiędzy Realem i Barceloną, symbolizowanej polowaniem na kości jednych i nurkowaniem drugich - informacja o konieczności przeszczepu Abidala była jak przejęty z koszykarskiego parkietu "time-out" dla zaślepionych żądzą zwycięstwa za wszelką cenę, motywacji rewanżem i odegraniem się. Choćby na czyichś kostkach lub dłoni... Festiwal wzajemnej niechęci skończył się równie gwałtownie, jak się rozpoczął.
15 marca 2011 roku. Ta sama wieść w każdym serwisie sportowym. Otrzeźwienie. Solidarność. „Zdrowiej, Abi!”, transparenty, śpiewy i wszystko. Piękne słowa na Twitterze, oklaski w 22. minucie, wspaniałe gesty na Bernabéu i innych stadionach całej Europy. Te same reakcje po roku. I później, przez cały okres rehabilitacji. Jak widać czasem po twitterowym profilu francuskiego obrońcy, po dziś dzień.
Dialog oparty na dyskredytowaniu wzajemnych sukcesów, chamskich odzywkach po obu stronach, cynizmie, demagogii i wybiórczym podejściu do faktów - to już minęło. Nie z dnia na dzień i nie wyrwane z kontekstu. Podczas gdy na zmianę postawy José Mourinho względem Barçy, względne zreflektowanie się jesienią 2011 - większy wpływ miał chyba palec w oku Tito i to, że „nagrania z tamtego dnia są dla nas największą karą”, to wydaje się, że w przypadku piłkarzy, kibiców i działaczy madryckiego klubu większym wstrząsem były właśnie problemy zdrowotne Abidala. Nie ma nas, ich. Jest człowiek i jego historia. Z punktu widzenia piłkarzy: jeden z nas, a to zawsze działa na psychikę. Uważam, że nie ma przypadku, że szczególnie po przeszczepie wątroby Francuza 15. marca 2012, środowisko Realu Madryt ograniczyło medialne chwyty poniżej pasa i spiskowe odzywki pod adresem katalońskiego klubu do akceptowalnego poziomu minimum. Nawet Mou mówi rzadziej „o tej drużynie” i nie można tego tłumaczyć wyłącznie problemami na własnym podwórku, jak ostatnio ujął to Piqué. Zresztą, barceloniści też wypowiadają się już z większą subtelnością o madryckich arcyrywalach niż jeszcze kilka miesięcy temu.
W efekcie, w porównaniu do maratonu GD z wiosny 2011, Superpucharu z tego samego roku czy dwumeczu w Pucharze Króla pół roku później, w trakcie Superpucharu 2012 i jesiennego spotkania obu klubów na Camp Nou mieliśmy atmosferę iście sielankową. Patrząc i słuchając, zmiana ta wydaje się trwałą. Wysilony uśmiech i uniesiony w górę kciuk po wyjściu ze szpitala, to ciche symbole nowej ery, otrzeźwienia i spokoju, w relacjach barcelońsko-madryckich. Bycie chorym to żadna zasługa; zwracam raczej uwagę na formę odpowiedzi na podziękowania i wypowiedzi Francuza z międzyczasu rehabilitacji. Dzięki takim ludziom, jak Casillas, Puyol, Xavi, Benzema, Alonso czy Iniesta, ten potencjał na „zawieszenie broni” nie został zmarnowany. Spora ulga po długich miesiącach ciągłej walki podjazdowej.
Trudne pytania
Brzmią bardzo prosto. W jakiej formie wróci Éric? Jaka będzie jego piłkarska jakość? Co będzie w stanie dać drużynie? Wielu wątpi lub spuszcza nad tą kwestią zasłonę wstydliwego milczenia. Myślę, że to przejaw braku wiary w możliwości ludzkiego organizmu. I powątpiewanie w kogoś, kto przez ostatnie dwa lata udowadnia każdego dnia, że w niego wątpić nie wypada.
Przesadny optymizm? Być może, ale odkąd Abi trafił na Camp Nou coraz bardziej sprawiał wrażenie osoby, której nie zadowalają półśrodki. Od początkowej rywalizacji o skład, nieoczywistego przekonania do swej osoby nowego trenera po różne publiczne wypowiedzi. To walczak na boisku i w życiu, a jednocześnie osoba charyzmatyczna, świadoma swojej wartości i założonych celów. Nie trzeba dodawać, że we wrażeniu tym przez ostatnie dwa lata można się było tylko upewnić.
Dlatego nie wydaje mi się, że Abidal wróci na boisko w dyspozycji, która będzie go predestynować do występów na poziomie Młodej Ekstraklasy; która nie będzie satysfakcjonowała jego samego. Te same pytania przewijały się w barcelonismo po usunięciu guza wątroby 17 marca 2011, tymczasem powrót do zdrowia Abidala wyprzedził prognozy lekarzy i po 6 tygodniach znów oglądaliśmy go na boisku. Może w maju i skomplikowanej rundzie jesiennej nie zawsze prezentował doskonałą formę, ale wstydu nie było. Świetny występ w finale na Wembley wspominamy do dziś. Moment wzniesienia przez Francuza trofeum na trwałe wpisał się w historię Klubu.
Usunięcie guza inwazyjnością nie równe bynajmniej przeszczepowi, ale zamiast zakładać scenariusze negatywne, wolę wierzyć, że losy ludzi nieprzeciętnych nie mają prostych rozstrzygnięć. Poza tym, obecna sytuacja drużyny mocno różni się od wiosny 2011. Drużyna traci znacznie więcej bramek. Defensywa nie stanowi monolitu. Błędy indywidualne mnożą się na potęgę. No i drużynie liliputów pod własną bramką dramatycznie brakuje centymetrów. Adriano (liche 172 cm-y) nie jest stoperem, Bartra (182 cm) to melodia przyszłości, a 192 centymetry Piqué przez niespełna miesiąc były kontuzjowane. Przy chimerycznej w tym sezonie postawie Katalończyka z przeszłością w MU oraz Masche, Alvesa i Puyola, obronie Barçy Abidal przyda się samym ino wzrostem i każdym ze swych zregenerowanych mięśni. A odzyskanie skały, jaką był Abi przed przeszczepem, mogłoby okazać się zbawienne nie tylko dla formacji obronnej, ale całej drużyny...
Się rozmarzywszy. Czy tak optymistyczny scenariusz ma szansę się spełnić? Jeszcze trochę cierpliwości. Nas, culés, nikt nie nauczył lepiej niż ten facet.
Komentarze (35)