Martín Cox z serwisu ZonalMarking.net w felietonie dla ESPN.
Ostatni gol dla Barcelony strzelony podczas rewanżowego spotkania 1/8 Ligi Mistrzów z Milanem był typowym dla Jordiego Alby... jako napastnika. Na pełnej szybkości popędził lewą flanką boiska, po czym wykończył akcję zespołu z instynktem i precyzją typowymi dla rasowego snajpera.
W tym miejscu przypominają się dwa inne, jakże podobne do wspomnianego powyżej, gole zdobyte przez Katalończyka. Pierwszym z nich jest oczywiście bramka z finału Euro 2012. Alba po raz pierwszy w swojej karierze zaprezentował tak szerokiej widowni swoją zdolność do przemieszczania się w błyskawicznym tempie oraz bezpośredniość w raczej konserwatywnym hiszpańskim podejściu do bocznych obrońców. Drugą bliźniaczo podobną akcji do tej z wtorku jest trafienie na otarcie łez w rozgrywanym dwa tygodnie temu meczu o finał Puchar Króla przeciwko Realowi Madryt, zakończonym wynikiem 3:1 dla „Królewskich”.
Jednak nie podobieństwo tych bramek jest tutaj najistotniejsze. Najważniejszym jest zaangażowanie towarzyszące byłemu zawodnikowi Valencii, gdy ten dochodził do wspomnianych sytuacji strzeleckich. Wytrzymałość tego zawodnika jest kwestią niepodważalną. W wielu spotkaniach biega on bez ustanku spod jednego pod drugie pole karne. Do tego przez cały obecny sezon stwarza ogromne zagrożenie pod bramką rywali – znacznie większe aniżeli ma to miejsce w przypadku bocznego obrońcy grającego po drugiej stronie boiska, Daniego Alvesa.
Podczas rewanżowego spotkania z Milanem było akurat odwrotnie. To Alba grał cofnięty, a jego głównym zadaniem było wspieranie duetu stoperów. Od momentu, kiedy Jordi dołączył do Barçy, było to jego pierwsze spotkanie, gdy nie angażował się zbytnio w działania ofensywne. Jednak o wszystkim po kolei.
Na rewanżowe spotkanie z Milanem, zamiast obrać taktykę, z jaką gracze Barcelony wyszli na San Siro, a która boleśnie zawiodła, Jordi Roura zmuszony był znaleźć nową, zaskakującą rywala strategię. Był gotowy. Przy podejmowaniu jakichkolwiek decyzji pomagał mu na pewno Tito Vilanova - przy okazji zapowiedziano już powrót do Barcelony pod koniec miesiąca. Ktokolwiek nie ponosi głównej odpowiedzialności za te decyzje, cały sztab szkoleniowy może być z siebie zadowolony, bo okazały się słuszne. Nowe ustawienie i taktyka przyniosły oczekiwane rezultaty.
Jednym z kluczy do sukcesu okazało się przesunięcie Davida Villi. Już od dawna każdy chciał zobaczyć El Guaje grającego z powrotem na swojej nominalnej pozycji środkowego napastnika. Niektórzy rozprawiali nad założeniem, wedle którego Messi miałby cofać się sprzed pola karnego, pociągając za sobą obrońców, a wtedy będący nieco z boku Villa zbiegałby bardziej do środka i szukał szansy na strzelenie gola. Rzeczywistość okazała się nieco odmienna. W rewanżowym spotkaniu z Milanem El Guaje grał wprawdzie na pozycji środkowego napastnika, jednak jego zadania opierały się na tym, by wywierać pressing i ciśnienie na Philippe’ie Mexesie, czyli tym obrońcy, który z taką efektywnością uprzykrzał życie Messiemu podczas meczu na San Siro, który Milan zwyciężył 2:0.
To po tamtym meczu w Mediolanie do najbardziej decyzyjnych osób na Camp Nou zaczęło docierać, że może należałoby w końcu coś zmienić w ustawieniu drużyny. W spotkaniu z Sevillą, wygranym przez Barçę 2:1, postanowiono ustawić Villę na pozycji ‘9’. Z takiego obrotu spraw niezmiernie zadowolony był Leo Messi, który po meczu stwierdził: "W drugiej połowie, gdy Villa był ustawiony na szpicy, obrońcy Sevilli nie mogli pozwolić sobie zbytnio na wyjście do przodu, co w rezultacie dawało mi więcej przestrzeni”.
W związku z tym, że takie ustawienie i taktyka okazały się skuteczne, Roura postanowił zastosować je podczas rewanżowego spotkania z Milanem. Gdy Villa skupiał na sobie uwagę Mexesa, Messi będąc nieco za nim zyskiwał przestrzeń, której tak potrzebował. El Guaje był blokerem, zawodnikiem wabiącym rywali, którego rola polegała na stwarzaniu jak najlepszych warunków do gry Messiemu - wydaje się to nieco dziwne, gdyż od momentu, gdy Villa dołączył do Barcelony w 2010 roku, współpraca między tą dwójką nie zawsze była tak efektywna. Fakty mówią jednak same za siebie.
O pozytywach zmian wypowiadał się też Jordi Roura, który powiedział: "Poprawiliśmy nasze ustawienie, jeśli chodzi o pozycję środkowego napastnika. Zmiany, które wprowadziliśmy, zapobiegły wysokim wyjściom obrońców”.
Konkretne zadania Villi w owej taktyce były tego konsekwencją. W pewnym stopniu ograniczały, „sabotowały” wręcz stwarzanie zagrożenia przez samego Asturyjczyka (to, że znalazł się on w doskonałej sytuacji strzeleckiej, można wręcz uznać za przypadek), bo jego rolą było „wiązanie” za sobą obrońców, którzy wyciągnięci ze swych pozycji zostawiali puste przestrzenie dla Messiego, Xaviego, Iniesty i Alvesa. Przyniosło to wspaniałe owoce. Barça odrobiła straty już przed przerwą, a sam Villa otrzymał najsłodszą nagrodę w postaci trzeciego gola dla gospodarzy. Jego euforyczna celebracja tylko ukazała, jak wiele znaczył ten moment dla Davida, mającego za sobą najtrudniejsze 18 miesięcy w karierze.
Warto też zwrócić uwagę na fakt, że aby Villa mógł grać na środku, Barcelona potrzebowała jeszcze dwóch zawodników, którzy mieli grać na skrzydłach i zapobiegać zawężaniu gry przez Milan. Jednym z nich był Dani Alves, który standardowo dla siebie kursował w tę i z powrotem na prawej stronie boiska. Na lewym skrzydle grał z kolei Pedro. Z Messim grającym głębiej przed pomocnikami, jako typowa ‘10’, atak Blaugrany swym ustawieniem tworzył kształt zbliżony do diamentu. Ustawienie to przypominało system 3-4-3, który z różnymi rezultatami starał się wprowadzać w poprzednim sezonie Pep Guardiola, ale zamysły nie był tu identyczne.
Dla Alby takowe ustawienie oznaczało, że otrzyma zupełnie inne wytyczne niż dotychczas w sezonie. Barcelona generalnie grała przecież trzema obrońcami, choć w przekroju całego meczu bywały od wyjątki (gdy tylko Milan dłużej utrzymywał się przy piłce, Alves wracał pod własne pole karne, a Blaugrana płynnie przechodziła na chwilę do ustawienia z czterema obrońcami). Mówiąc o 90 minutach gry, miało to miejsce relatywnie rzadko.
Inna obserwacja wiąże się ze skutecznością w odbiorze, której źródło też leżało na połowie Barcelony. Duma Katalonii niezaprzeczalnie zdominowała środek pola, a Sergio Busquets i Javier Mascherano śmiało robili krok naprzód by w przypadku straty piłki przez ich kolegów odzyskać ją tak szybko, jak tylko to możliwe. Pozbawili w ten sposób Włochów wielu możliwości skonstruowania akcji zaczepnej, choć taktyka ta przyniosła też Barcelonie moment wielkiego zagrożenia, gdy wynikający z takich założeń taktycznych błąd - zdarzył się Javierowi Mascherano. Poza tą pojedynczą okazją ataki Milanu opierały się w głównej mierze na indywidualnych próbach Stephana El Shaarawy’ego i M’Baye Nianga, nie było w tym zespołowości.
Wysokie ustawienie Alvesa przy wszystkich wymienionych czynnikach determinowało ustawienie Alby głęboko z tyłu.
To, jakie zadania zostały postawione poszczególnym piłkarzom, dokładnie obrazują uśrednione diagramy stworzone przez UEFA. W ostatniej 15-minutowej „tercji” pierwszej połowy, Alves znajdował się na wysokości Pedro podczas gdy Jordi Alba ewidentnie miał obowiązek zabezpieczania tyłów. W tym fragmencie meczu jego ustawienie znajduje się w jednej linii z Piqué.
"Mieliśmy bardzo jasne wyobrażenie tego, jak musimy grać. Naszym celem było otworzyć boisko z jednej strony bardziej, niż z drugiej”, po meczu skomentował taktyczne zalecenia Jordi Roura. W ten oto sposób, gdy El Shaarawy był przyczyną kłopotów Barcelony, a Niang zmarnował najlepszą dla Milanu sytuację na strzelenie gola, Alba w cichości nie dawał rozwinąć skrzydeł Kevin-Prince Boatengowi.
Jordi, podobnie zresztą jak wielu współczesnych bocznych obrońców, pierwotnie był skrzydłowym. Do obrony przestawił go dopiero Unai Emery, z którym to współpracował za czasów gry w Valencii. Jednak, nawet jeśli Jordi grał jako obrońca, trener wystawiał przed nim wysokiego i potężnego Jérémy’ego Mathieu, który miał go wspierać w zadaniach defensywnych. Francuz jest lewym obrońcą przez całe swoje piłkarskie życie, swego czasu podczas przegranego meczu z PSG wystąpił nawet jako stoper.
To, że Jordi Alba zaczął grywać na pozycji lewego obrońcy oraz, że podczas każdego ze spotkań przeciwko Barcelonie w parze z Mathieu stwarzali nieustanne zagrożenie po lewej stronie boiska, sprawiło iż ponownie skupiły się na nim oczy przedstawicieli i sztabu trenerskiego klubu ze stolicy Katalonii. Jego walory i atrakcyjność zwiększało oczywiście to, że wychowywał się w La Masíi, a razem z barcelonistami grywał w reprezentacji.
Latem, gdy Alba miał juz podpisany kontrakt z Barçą, nie omieszkał wyrazić swojej wielkiej wdzięczności pod adresem Emery'ego, dzięki któremu dane mu było realizować się piłkarsko i spełnić swoje marzenia. "Emery miał duży wpływ przy podejmowaniu tej decyzji [że stałem się lewym obrońcą]. Dzięki temu otrzymałem szansę, by pojechać na Mistrzostwa Europy oraz, by wrócić do Barçy, jako lewy obrońca bądź skrzydłowy. Dzięki tej decyzji trenera wiele się u mnie zmieniło: jeszcze kilka lat temu nawet nie wyobrażałem sobie, że mógłbym pojechać na Euro jako boczny obrońca", powiedział kiedyś dziennikarzom.
We wtorkową noc Jordi Alba był po części bocznym obrońcą, a okazjonalnie nawet stoperem. Nie od dziś wiadomo, że Barcelona ma w zwyczaju w razie potrzeby przerzucenie na pozycję środkowego obrońcy gracza innej formacji – tak było w przypadku Yaya Touré podczas finału Ligi Mistrzów w 2009 roku, jako stoper grywał też Sergio Busquets, a sukcesywnie na tej pozycji zaadaptował się Javier Mascherano, co później skłoniło Blaugranę do podobnej próby z Alexem Songiem. Umieszczając w trzyosobowym bloku defensorów filigranowego Katalończyka Duma Katalonii zaskoczyła jeszcze bardziej, gdyż chyba żaden inny europejski klub nie zdecydowałby się tak ochoczo na wystawienie byłego skrzydłowego w tercecie z dwoma stoperami.
Tym samym, ostatnia akcja Alby w tym meczu była zupełnie inna od całego meczu w jego wykonaniu, choć to pewnie z 90. minuty zapamięta go świat. Należy zatem tym głośniej podkreślić, że jeśli ktokolwiek miał wątpliwości co do umiejętności defensywnych Alby, zawodnik odpowiedział krytykom w najlepszy z możliwych sposobów. W 82. minucie spotkania, kiedy wystarczyło, że Barcelona straciła by jedną bramkę, by znaleźć się za burtą Ligi Mistrzów, Katalończyk przerwał ekstremalnie groźną akcję Robinho, z doskonałym wyczuciem blokując uderzenie Brazylijczyka z niewiele ponad pięciu metrów od bramki Valdésa. Nie ma chyba wątpliwości co do tego, że była to najważniejsza interwencja meczu. Blok Alby był tak ważny, jak jego gol pieczętujący awans - ta wymarzona nagroda za nienaganne wywiązywanie się z zadań defensywnych przez całe spotkanie - miał relatywnie mniejsze znaczenie w ostatecznym rozrachunku niż interwencja z 82. minuty.
Czymś oczywistym jest, że nawet jeśli będzie wykorzystywany częściej do zadań ściśle defensywnych, Alba w każdej chwili może zaatakować, odwinąć się i ukąsić. Trzy z jego czterech ostatnich bramek dla Barcelony padły w końcówkach meczów: 94., 89. oraz 92. minucie.
We wtorek stało się tak nie dlatego, że Alba przestał działać - po prostu doskonale wiedział kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, by zacząć.
Komentarze (27)