W ciszy stadionu. Graj swoje albo zdechnij próbując

Karol Chowański 'Challenger'

20 marca 2013, 20:49

76 komentarzy

Wątpię, by Fifty się obraził, że lekko zgwałciłem mu

jego płytowego sukcesu sprzed lat, ale nie ma zbitki słów trafniej opisującej rzeczywistość piłkarską Barçy w kontekście tamtego wtorkowego popisu. Celowo nie mówię o rzeczywistości „obecnej”, „nowej”. Filozofia się nie zmieniła. W głębi piłkarskiej duszy to była ta sama Barça, co na Bernabéu i San Siro.

Ta sama, niezmienna od lat. Strategia Barçy jak zwykle polegała na grze ofensywnej, dla wielu oczu „pięknej”, dla innych oczu „nudnej”, atakowaniu, ciśnięciu pressingiem, znów atakowaniu i znowu pressingu... I tak przez 90 minut. Różnica w tym, że do realizacji tej filozofii dobrano trochę inne narzędzia. I tym razem - w przeciwieństwie do poprzednich tygodni - pożądane efekty wreszcie raczyły przyjść. A jak się to oglądało!

Po delikatnym przedefiniowaniu taktyki zespołu, powrocie do wydajniejszego przeciw silnym rywalom ustawienia z dwoma nominalnymi napastnikami na skrzydłach, postawieniu na sprawdzony duet XavIniesta w środku pola, wypuszczeniu Messiego z klatki poprzez dokooptowanie mu Villi do zabawy w kotka i kotkę z obrońcami rywali – Barça zaprezentowała się wybornie. Zakneblowała piłkarsko rywala, odwróciła losy dwumeczu. Została nagrodzona. Grając swoje.

Oni mogliby grać co innego, no raczej. Zasoby na ławce pozwalają na całe mnóstwo alternatywnych planów. Choćby coś mocniej defensywnego. Albo bardziej zachowawcze 4-4-2. Przyczajeni przez cały mecz za kontrami by na koniec ugryźć i zagryźć. Bivotami by mogli, trivotami, pięcioma obrońcami w imię obrony jakiegoś wyjazdowego prowadzenia w fazie pucharowej LM czy wertykalnie ustawioną parą napastników... Mogliby. Mogą. Ale nie chcą. I nie będą.

„Ta sama Barça”

W piłce nożnej czasami bardzo niewiele trzeba do sukcesu. W porównaniu do meczu na San Siro, na spotkanie rewanżowe Barça wyszła tylko z dwoma zmianami w składzie. Szczegóły, niuanse – to one okazały się decydujące. Ta sama filozofia, inny obraz gry. Inny wynik, w konsekwencji. Płynność, jakość gry – na innym, tym razem zupełnie nie osiągalnym dla rywala poziomie.

W pomeczową środę przez okładki na całym świecie od razu przewinęły się okrzyki o „powrocie”, „odmienionej Barcelonie”, „odzyskanym faworycie Ligi Mistrzów” i tak dalej. Tymczasem na Camp Nou nie wróciła Barça, bo nigdzie się nie wybierała. Tym, czego brakowało i co faktycznie wróciło – była magia. Rozumiana jako rozmach, piłkarskie delicje, ale też: płynność, harmonia, pewność i skuteczność gry. Nie zmienił się cel, nie zmieniła droga. Co najwyżej zmienił się środek transportu.

W tygodniach poprzedzających zeszłotygodniową remontadę, konkurencyjnością „Dumy Katalonii” zaburzyły decyzje taktyczne sztabu szkoleniowego - nietrafione akurat na te okazje, na te mecze, na takich rywali. W efekcie, Barça sama zamknęła się w klatce, którą zastawili na Katalończyków Mourinho i Allegri. Piłkarze Azulgrany chcieli grać swoje, ale dzięki taktycznej przenikliwości rywali i skuteczności w jej realizowaniu - nie mogli, zaś na ławce nikt nie zareagował w porę. Doprowadziło to do postępującej w tym tercecie klęsk destrukcji pewności siebie graczy Barçy, drużyny jako całości karykaturalnie zagubionej w swoim stylu gry, ale wiernej mu do końca...

Coś w tym jest. Romantyzm, idiotyzm, jakiś inny -zm? Trudno stwierdzić arbitralnie, ale każdy, kto kocha Blaugranę czułą i zdolną wybaczyć wiele miłością kibica, kocha ją między innymi za lojalność ofensywie bez względu na okoliczności, za jej styl. Styl własny, niepowtarzalny. Czasem nieskuteczny, ale w dniach takich, jak ostatni tydzień - porażki ze wczoraj znacząco tracą na znaczeniu... Irytuje swych fanów, ta Barça - gdy nie idzie - lub zachwyca - gdy idzie - ale w obu przypadkach bez cienia wątpliwości emanuje jasno określoną piłkarską tożsamością. Jakieś 99% klubów we współczesnej piłce nie może o sobie tego powiedzieć.

Gdy działa tiki-taka...

Katalończycy zagrali rewanż z Milanem z takim samym nastawieniem, piłkarską orientacją „na tak”, co trzy ostatnie klęski. Wtedy nie wyszło, teraz - i owszem.

Ta wymiana narzędzi, przesiadka z pociągu w autobus - polegały na tym, że trenerzy nareszcie wyciągnęli wnioski i przestali sabotować ofensywną potęgę drużyny składem all-star z Fàbregasem wciśniętym na siłę do jedenastki. Poświęcony, dał kolegom nowy oddech w tym dwumeczu. Villa potwierdził opinie, że jego strzelecki instynkt i ciągłe absorbowanie uwagi obrońców mogą okazać się decydujące, Xaviemu i Inieście nikt nie wtrącał się w interes, Messi nie musiał szukać piłki pod linią środkową, a wyższe niż w Mediolanie ustawienie Alvesa zminimalizowało wpływ słabowitej formy Pedro na całokształt gry drużyny... No i gra się kleiła. Na tyle bardzo, że przy wydajności całego zespołu, geniuszu Messiego i szczypcie szczęścia, remontada okazała się możliwa. W efekcie, z wielkim hukiem gospodarze rewanżu wyrzucili Milan za burtę Ligi Mistrzów, z niczym zostawiając niedowiarków z internetowych komentarzy na całym świecie.

Dlaczego „wielkim”? Choć indywidualnych gustów się nie podważa, Barça znów zdołała zachwycić świat. Gdy tiki-taka działa, jest najpiękniejszym, najwspanialszym, najefektowniejszym zjawiskiem współczesnego futbolu.

Styl + filozofia = tożsamość

Camp Nou, Barcelona. Miejsce, którego bywalcy raczej rzadko zdzierają gardła. Tu się kontempluje. Więcej niż stadion, raczej historyczne serce Katalonii i katalońskiej tożsamości niemal przez całą II połowę lat 90. Tu, gdzie futbol – futbol piękny, ofensywny na wskroś, tak zapamiętały w swej żądzy atakowania, że niekiedy karykaturalny (Inter, Chelsea, RM) – pełni funkcję pocztowego gołębia, który lata po całym świecie i szerzy wieść, że Katalonia tu jest, że istnieje. Trzyma się dzielnie, trwa i będzie.

Jak tu transmitować wartości szeroko ponadsportowe poprzez obraz gry, który jest zwyczajnie niestrawny; nudny, wtórny albo bezpłciowy. Kogo by to obchodziło? Kogo zainteresowało? Co wyjątkowego w tym, że grasz jak wszyscy inni? Współczesny świat piłki pełen jest klubów, drużyn, właścicieli, kibiców, którzy nie dbają o styl. Mają go w serdecznym poważaniu od zawsze, albo rezygnują z całych dekad tradycji i tożsamości klubu grającego pięknie, bo akurat sąsiedzi zza miedzy wygrywają jeden, drugi, trzeci rok i jakoś nie chcą przestać.

Wynik, wynik, wynik – na wielu stadionach świata tylko to się dziś liczy... Nie na Camp Nou.

Choć kibicom wielu innych klubów nie mieści się to w głowie, wielu culés – niezależnie od stawki, choćby i największej w puli – stoi twardo na stanowisku: „Nie szkodzi, jak przegrają. Byle tylko pozostali wierni swojemu stylowi gry.” Naiwność, głupota? Nie, lojalność. Cechująca tylko związki oparte na doświadczeniu, wyrozumiałości i realizmowi: w żadnym sporcie nie da się zawsze wygrać wszystkiego, ale „wygrywanie” ma przecież wiele różnych znaczeń. Związek FC Barcelony i jej sympatyków bywa trudny, gdy pod wpływem doraźnych trudów zastanawiasz się, czy ze swoim "DNA" drużyna już doszła do ściany, czy dopiero znajdzie się tam za chwilę... Aż tu przychodzi taki Milan. Jeden strzał nim na dobre zaczął się mecz, później drugi, konsekwentna praca na bramkę nr trzy i na koniec 4:0. "CZTERY-ZERO, proszę państwaaaaa!" i... cały świat od kolejnego poranka znowu ma za co bezkresnie roztkliwiać się nad FC Barceloną. Tę miesiąc wcześniej znielubianą już i pogrzebaną przez wielu, FC Barceloną, która przecież "nie ma już szansy awansować".

Nawet Santi Segurola z ASa, który tuż po GD ligowym wieszczył, że wyścig po mistrzostwo Hiszpanii "jeszcze nie jest rozstrzygnięty", musiał po rewanżu z Milanem z żalem przyznać, że "Barça wróciła do swojej normalności". I to jest to. Normalność na Camp Nou to bezgraniczne harce ofensywne wzbudzające podziw na całym świecie. Czasem, w sytuacji wyjątkowej i na krótką chwilę (różne eksperymenty Pepa, końcówka z Sevillą czy Rayo gdy Song dołączał do Busquetsa na ostatni kwadrans), Barça rezygnuje z "grania swojego", czasem gubi rytm z powodu intensywnego sezonu, czasem jej nie idzie, czasem genialna taktyka rywali uczyni ten styl bezzębnym. Ale on wcześniej czy później wróci i zostawi pierwszą ofiarę przejechaną walcem barcelońskiej potęgi. Tak wyglądały miny Rossonerich tydzień temu. Dlatego o zarzuceniu "DNA Barçy", jej stylu, jej filozofii na dobre – na tym stadionie mowy być nie może.

A gdyby urzędujący kiedykolwiek jakikolwiek prezes nagle o tym zapomniał – głosami socios wnet zostanie prezesem byłym. Struktura własnościowa klubu to podstawa jego tożsamości organizacyjnej, ale też jeden z kluczy do zrozumienia, czemu Barça nie odwraca się ogonem od swojego stylu nawet, gdy idzie źle. Błyskawicznie opustoszałby stadion i nie trzeba cofnąć się dalej niż dekadę, by aż za dobrze przypomnieć sobie takie obrazki. Tu liczy się nie tylko, że wygrywasz, ale jak to robisz.

Mamy dziś globalizację i globalny dostęp do informacji, ale misja FC Barcelony wcale się tu nie kończy. Z szacunku do tradycji i świadomi swojej tożsamości oraz roli społecznej, władze, trenerzy i piłkarze pozostają wierni futbolowi ofensywnemu, radosnemu, ekscytującemu – bo był czas, gdy Katalończycy nie mieli wielu innych powodów do radości. Ten czas minął, ale Barça... nie minęła.

Od blisko ćwierćwiecza styl jest jeden i ten sam. Mówię o ćwierćwieczu, bo wtedy spektakularne sukcesy (z Pucharem Europy na czele) przynosić zaczęło to, co starano się praktykować w klubie od początku jego istnienia. Grać pięknie dla oka, zadziwiać, dawać radość. Dochowanie wierności takiej filozofii futbolu przez wcześniejsze dzieje klubu (Forns, Nando Daučík, Herrera, Míchels, Menotti, Lattek - Cruyff nie wymyślił koła sam), zachowanie go pomimo wszystkich zakrętów, porażek, złych wyborów, tymczasowego zarzucania "futbolu na tak" i trudności organizaco-politycznych – to nie było łatwe. Ale się udało. Takie chwile, jak Wembley, jak Paryż, Rzym, ponownie Wembley czy rewanż z Milanem pokazują, że udało się trwale.

Fani wracają do domu szczęśliwi, tak samo ze względu na rezultat, jak jakość naszego występu” – i o to chodzi. Zawsze chodziło. To jest Barça. Jej credo, styl bycia, przyczyna i skutek wychodzenia na boisko... Zdołowanym trzema porażkami kibicom, gardzącym niezłomnością mistrzów dziennikarzom musi o tym przypominać piłkarz będący częścią tej bajki od niewiele ponad dwóch lat.

W Barcelonie nie oczekuj zmian

Każda remontada zaczyna się w psychice piłkarza, a psychika czerpie nie tylko z paru ostatnich wyników, ale też całego przekroju zjawisk, jak m.in. atmosfera w zespole, siła morale, tradycja, tożsamość. Najlepszy system, najefektywniejsza strategia też potrzebuje odpowiednich warunków – kluby piłkarskie operują w przestrzeni konkurencyjnej, w której roi się od czynników nieprzewidywalnych, jak forma dnia, odcisk arbitra, pogoda itd.

Na Camp Nou odpowiednie warunki są gotowe od lat. Od bardzo wielu lat. Wyjątkowy klub, gdzie zachowawczość w grze zwyczajnie nie jest i nie będzie tolerowana. To niezależne od aktualnego prezesa, trenera, piłkarzy - to kwestia mentalności. W tym kontekście takie dni, jak Chelsea, Inter, zeszłoroczna Osasuna, trwająca już 6 meczów kolekcja wpadek z Realem, ubiegłomiesięczny Milan – są wkalkulowane w ryzyko. Zdarzają się i zdarzać będą.

Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie akceptuje, nie potrafi uszanować, że tutaj tak jest, zawsze będzie i koniec – recepta jest jedna i bardzo prosta. Niech znajdzie sobie inny klub.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (76)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze