W ciszy stadionu. Krajobraz po klęsce

Karol Chowański 'Challenger'

12 maja 2013, 12:50

153 komentarze

Zakrawa na ironię losu, że tekst ten powstaje niespełna tuzin godzin po zapewnieniu sobie przez Barcelonę mistrzostwa Hiszpanii. Cały futbol. Kolaż emocji, rollercoaster przeżyć. Szczególnie w takich chwilach trzeba przypominać, że choć dziś świętujemy - jeszcze kilka dni temu atmosfera w barcelonismo bliższa była stypie niż fieście.

Ze względu na wypracowaną wcześniej przewagę, 22-gi triumf w lidze „wisiał" nad Katalończykami od wielu tygodni. To team z Camp Nou był panem sytuacji. W tym kontekście dwumecz z Bayernem z pewnością będzie miał większy wpływ na przyszły sezon niż przebieg i wynik dzisiejszego spotkania na Vicente Calderón.

Nie wiem, którego dnia jest finał na Wembley. Niech będzie to wystarczającym komentarzem do tego, w co i kto wierzył w kontekście rewanżowego meczu z monachijczykami. Miałem nadzieję na wygraną Barçy, ale bez złudzeń w zakresie awansu Niemców. Rzeczywiście, zostawili Camp Nou z eliminacją z finału, ale też z uzupełnieniem 4-bramkowej zaliczki o dotkliwie dodatkowy hat-trick.

Styl, z jakim drużyna Heynckesa pozbawiła „Dumę Katalonii" awansu, jest bardziej imponujący niż dubbingowe skille Jarosława Boberka. 0:7. Brak argumentów na odwrócenie losów rywalizacji w żadnym momencie rewanżu, nie było czego zbierać. Klęska. Nie można mieć pytań, gdy nawet ego-Robben działa w pressingu z nieustępliwością pitbulla na sterydach. Nadzieję trzeba mieć zawsze i bez względu na okoliczności. Kibic doświadczony nie wyłącza przy tym realizmu.

Bayern wszedł do finału w pełni zasłużenie, rysując przed tą drużyną iście świetlaną przyszłość. Nie będę pisał wiele o samym meczu na Camp Nou. Jak sugeruję w tytule - wolę w tym momencie spoglądać w przyszłość zamiast zaopatrzony w lupę analizować zdarzenia wstecz. Z perspekmtywy Camp Nou dotkliwy wynik dwumeczu tylko wyostrza rozmiar zniszczeń. Lepiej dostać w łeb obuchem 7 goli do zera niż polec jedną lub dwiema bramkami i klepać potem mrzonki, że „byliśmy lepsi" albo „przeszkodził nam efekt motyla". Tak, niezmiennie jestem bardzo zadowolony z losowania. Było najlepsze dla Blaugrany, bo poznanie (choćby i bolesne) realnej aktualnie wartości zespołu zawsze jest korzystniejsze dla klubu w długim okresie niż wysłuchiwanie bajek o brakach kadrowych, kontuzjach, sędziach, formie dnia, braku szczęścia czy pogodzie. Ostatnie wypowiedzi sztabu szkoleniowego i piłkarzy z głębokimi korzeniami zasadziły takie interpretacje w narracji niepomyślnych wyników klubu. Przyzwyczaiły, wywołując głośny sprzeciw fanów.

To obrzydliwe. Składowi, który jeszcze 2 lata temu rozwalał każdego, jak chciał i kiedy chciał, wywołując zachwyty jak mundo fútbol długie i szerokie - podszyte tanią socjotechniką tłumaczenia nie przystoją. Wyrok 0:7 nie zostawia na nie miejsca. Ekstrawagantów mimo wszystko próbujących takowej kwalifikacji faktów, współrozmówcy z miejsca potraktują jak urwanych z show Benny Hilla.

Kto się nie rozwija, ten się zwija. Tak jak w pewnych aspektach tworzenia swej dzisiejszej potęgi Bayern brał przykład z „Dumy Katalonii" tak teraz ona powinna wziąć parę przykładów ze swych niedawnych oprawców.

Na samym dnie studni, do której srogim 0:7 wrzucił Barçę Bayern dostrzegam trampolinę, z której zespół w składzie z Messim, Iniestą, Thiago, Piqué, Alvesem, Fàbregasem, Pedro, Mascherano, Albą i Mascherano na pewno zdoła się wybić. Jak wysoko - to zależy wyłącznie od decyzji Zarządu i sztabu szkoleniowego.

Przyczyny europejskiej klęski tego sezonu są przy ulicy rzeźbiarza o francuskiej narodowości i katalońskiej duszy Aristide'a Maillola znane na wylot. Czas przyłożyć się do zadania domowego i zrobić wszystko, by takich rozmiarów katastrofy uniknąć za rok.

Żadna rozmowa o tym, co będziemy w nowym sezonie oglądać na boisku - nie będzie pełna bez rozstrzygnięcia najbardziej palącej kwestii na ławce. Uważam, że Tito Vilanova powinien zostać. FC Barcelona jest FC Barceloną, bo we współczesnym sporcie mającym dzień w dzień coraz mniej wspólnego z coubertinowskimi ideami postępuje w zgodzie ze swoimi wartościami. Różne nierozsądne wypowiedzi i decyzje pracowników klubu na przestrzeni ostatnich lat i miesięcy nadwyrężyły reputację Barçy jako „więcej niż klubu". Od smrodliwej otoczki transferów Henrique z Keirrisonem, przez aferę szpiegowską, zastąpienie „QF" przez „QA" i nagłą modę na tłumaczenie porażek zjawiskami paranormalnymi. Tu trzeba postąpić godnie. Mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową w całym zawodowym sporcie. Niezależnie od tego, że jest trenerem pierwszej drużyny, pamiętajmy, że to także były piłkarz klubu, wychowanek La Masíi - człowiek stąd. Członek rodziny barcelonismo. Tym bardziej go szanujmy. Zostawienie Tito Vilanovy na stanowisku to jedyna słuszna decyzja. Nie wyobrażam sobie innej. Nie w tym klubie. Tak, nawet kosztem krótkoterminowego (= przyszłosezonowego) wyniku sportowego.

Z zadowoleniem przyjmuję zatem potwierdzenia od kluczowych osób w klubie. Rosell, Zubi, Bartomeu. Vilanova ma kontrakt ważny do 2014 roku i przy całej historii jego schorzenia - to wtedy przyjdzie czas na decyzję o jego przyszłości w roli trenera pierwszej drużyny. „Człowiek ponad sport" to szlachetne postawienie sprawy, ale nie chodzi wyłącznie o to.

Vilanova jako trener zasługuje w mojej opinii na drugą szansę. Podobał mi się jesienią. W proponowanych przez niego rozwiązaniach widać było świeżość i konsekwencję po taktycznym chaosie, w jakim testy Pepa z trzema obrońcami i festiwal wyjazdowych wpadek zostawiły Barcelonę na koniec ubiegłego sezonu. Odważne decyzje zmieniające losy meczów, zmiany w połowie meczu, nie tylko na sam koniec, dyscyplina w każdym kolejnym meczu, wreszcie: rekordowa liczba punktów w historii ligi na koniec rundy - tak wyglądała jesień Barçy. To zasługa całej drużyny. Piłkarzy i ich trenera. Nie ma wątpliwości, że nawrót choroby i wyjazd do Nowego Jorku mocno stłumiły wydajność Vilanovy w pracy po powrocie. Zgadzam się tu z redaktorem Bartłomiejem Rabijem, że w meczu na Allianz Arena z ławki „nie działo się nic". Niemniej, trener nie gra. Wystarczy przypomnieć sierpniowy Superpuchar, kiedy niby wszystko było w porządku, wybory Tito właściwe, gra obiecująca. A puchar wznosił Madryt.

W przegranych wiosną starciach z Realem (obu) i Milanem zawiedli przede wszystkim piłkarze - indywidualnymi błędami, widocznym z kilometra marazmem, nieudolnością, bezradnością. Tak samo było w meczach z PSG, z Celtą, Levante, Betisem i w Bilbao, no i oczywiście w półfinałach z Bayernem. Taktyka i wybory kadrowe w części z tych meczów też nie były optymalne, najlepsze z możliwych na daną chwilę, ale patrząc na kampanię 2013/2014, przyznać trzeba, że wszystkie te wyniki odarły Barçę ze złudzeń na temat jej aktualnej sytuacji kadrowej. Potrzeba zmian.

Żenująca postawa stoperów przez caluteńki sezon - raz. Czy to wina trenera? Noworoczny spadek formy Xaviego też nie za bardzo, podobnie jak niezdolność Davida Villi do włożenia bramki w kluczowym momencie sezonu PSG i Bayernowi (wcześniej także Realowi w lidze). Od trafienia z Milanem najskuteczniejszy napastnik w historii „La Furia Roja" przeżywa okres makabrycznej nieskuteczności. Postawa z Levante (zmarnowany rzut karny i trzy inne „setki") i Betisem (sam mógł „zabić mecz" przed przerwą) dla kroniki jego dziejów w stolicy Katalonii stanowi chyba tylną okładkę.

Przewietrzenie szatni to działka dyrektora sportowego, a nie szkoleniowca. Przebieg tego sezonu sprawia, że zarzuty do Zubizaretty o brak wcześniejszej reakcji są uzasadnione. Przewietrzenie szatni najbliższego lata jest konieczne, jeśli Blaugrana chce uratować przyszły sezon.

Lepiej dla klubu i piłkarza, jak Valdés odejdzie teraz, a nie za rok. Faworytem mediów na jego następcę jest Marc-André ter Stegen. Gracz 'Gladbach nie będzie kosztował fortuny (powinno się skończyć na kilkunastu milionach euro). Handanovič byłby za drogi, wyjęcie Courtois i de Gei nie wchodzi w grę, Guaita - wydaje się za słaby.

Posiadane rezerwy Barçy w obronie nie przekonują. Fontàs jest do sprzedania, Bartra - najchętniej też, ale pewne skończy się na wypożyczeniu. Takie rozwiązanie na dobre wyszłoby też Montoi, który z całej trójki prezentuje największą jakość, lecz długie tygodnie polerowania plecami oparć na ławce lub trybunach hamują jego rozwój. Potrzebuje bardziej regularnej gry by realnie ocenić jego szczerą przydatność dla pierwszej drużyny.

Prócz zakupów, główny akcent transformacji barcelońskiej defensywy stanowić będzie zmiana roli w zespole Carlesa Puyola. Zasłużony symbol klubu prawdopodobnie utraci gwarantowane dotychczas miejsce w wyjściowej jedenastce. W przyszłym sezonie widzę go jako trzeciego-czwartego stopera w kadrze. Odkąd związał się z Shakirą, Gerard Piqué wygląda na człowieka skupionego co najmniej na dwóch innych sprawach bardziej niż na swojej pracy. Wielkie mecze miewa od święta, zdolność zbawiania zespołu w chwilach próby zatracił już chyba bezpowrotnie. Tak naprawdę w tej dyspozycji nadaje się na sprzedaż, ale nie ma mowy, by Rosell podjął taką decyzję, bo może mu grozić zamieszkami pod hacjendą. Pozostaje się modlić o zdrowie Javiera Mascherano i trafną decyzję Zarządu podczas letnich zakupów.

Od dawna żaden transfer nie miał takiego ciężaru gatunkowego jak tegoroczne zakusy na stopera. Zarząd nie ma żadnego marginesu błędu. Może to być decyzja, która zadecyduje o dokonaniach klubu i wynikach przyszłych wyborów. Hummels, Inigo Martínez, Kompany, Luiz, Thiago Silva, Marquinhos - karuzela nazwisk ruszyła. Jestem zwolennikiem „opcji hiszpańskiej", ale La Liga nie oferuje wielu nazwisk. Hummels ostatnio nie przekonuje, poza tym jest graczem „szklanym". David Luiz byłby spełnieniem marzeń, ale Chelsea nie ma żadnego interesu w sprzedaniu go do Katalonii. Inna rzecz, że zamiast wydać 40 milionów na jednego stopera, dla zminimalizowania ryzyka operacji za tę samą cenę można próbować sprowadzić dwóch: Vertonghena, rezerwowego w PSG Sakho (Barça interesowała się reprezentantem Francji już 3 lata temu) lub kogoś z Brazylii, a do pary... Alberto Botię. 24-letni wychowanek Barçy ma długie doświadczenie w lidze (3 lata w Gijón), posturę gladiatora, a w Sevilli grzeje ławę. Luźny pomysł, ale jako uzupełnienie składu - czemu nie? Poza tym, cennym „transferem wewnętrznym" może być przedłużenie kontraktu Abidala. Mam nadzieję, że klub jednak pójdzie po rozum do głowy i chociaż na rok zostawi go jeszcze w zespole. Nie tylko z powodu jego jakości zaprezentowanej z Levante. Inaczej się nie godzi.

Song musi zostać. W końcówce mijającego sezonu prezentuje się nawet lepiej od Sergio Busquetsa. Z kolei znalezienie pozycji na boisku Fabsa to już zmartwienie Vilanovy - mi nikt nie płaci 7 milionów euro rocznie. Skoro o gotówce mowa, czas najwyższy sprzedać Jonathana dos Santosa. Parę groszy powinno też wpaść za Ibrahima Afellaya. Środek pola nie wymaga rewolucji personalnej.

Co innego atak, gdzie potrzeba zmian jest może jeszcze bardziej jaskrawa niż w szeregach obrony. Skoro odejście Davida Villi wydaje się przesądzone, klub musi zasilić Neymar. Pytanie, kiedy i za ile? Chciałbym żeby w zespole został przynajmniej jeszcze rok Alexis Sánchez. Niezmiennie wydaje mi się zakładnikiem zaleceń trenera każącego mu odgrywać Messiemu nawet gdy Alexis ma przed sobą pustą bramkę. Poza tym jest młody, ma kiwkę, rozwija się w systemie gry Barçy i dużo lepiej niż rok temu współpracuje w akcjach z kolegami. Mam nadzieję, że klub znajdzie model finansowy, w którym niezbędne wzmocnienia uda się zrealizować bez konieczności pozbywania się Chilijczyka.

Możliwości nie brakuje. Kombinacji całe mnóstwo. W jakim składzie Barça przystąpi do nowego sezonu? Przed nami intensywne lato.

PS Nawiązując do samego początku tego tekstu, ironią jeszcze większego kalibru okazuje się, że tytuł ligowy Barçy „wręczyły" właśnie „Papużki". Ale to już inna historia. Na inną okazję.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (153)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze