W ciszy stadionu. Powrót Tity

Karol Chowański 'Challenger'

17 maja 2013, 22:26

204 komentarze

Wybaczcie frywolność w zapisie tytułu. "Powrót taty" - pierwsze skojarzenie tamtego dnia. W świetle postępującego chaosu, oczekiwano, że z dniem końca terapii Tito w USA jak za dotknięciem różdżki czarodzieja wszystko zmieni się samo. "Ach, przyjechał", i co?

Podziwiam tych, którzy w trudnych, skomplikowanych chwilach mają proste wytłumaczenia. W prostych sytuacjach to cnota, w innych - wprost przeciwnie, ale mam tu na myśli tylko te pierwsze. Weźmy sprawę Vilanovy. W pozytywnym znaczeniu tego słowa „zazdroszczę" mojemu redakcyjnemu kumplowi IceManowi tego tekstu, delektuję się jego formą, która trafia czytelnika prosto między oczy. Zarzuca argumentami z subtelnością gradu kul w darze od

A"... Strategia znana, stosuję w innych egzystencji sferach. Gdy jednak przychodzi do futbolu - sam tak nie umiem. Mam tendencję do rozkminiania. Przyglądam się zjawisku z czterech stron świata. Myślami okrążę temat w ślad za patrolującym rewir myszołowa, 360 stopni wokół, nim złapię za klawiaturę. (Czasem zajmuje krócej, czasem dłużej.)

Tito powrócił z NYC do domu trochę ponad półtora miesiąca temu. Myśli nad tym bujały się po głowie cały ten międzyczas. Czas sformułować efekty.

Od połowy stycznia po początek marca boiskowe poczynania Barcelony z tygodnia na tydzień coraz bardziej przypominały błądzenie po omacku dzieci we mgle. Dzieci pozbawionych taty. Szwadronu bez rotmistrza. Gdy Tito wrócił, nie tylko nie było lepiej, lecz jeszcze gorzej - sezon wkroczył w fazę, gdzie każda porażka jest kosztowniejsza. Przebieg dwumeczu z Bayernem nie dziwił, wynik - tak, mimo wszystko, ale nie przebieg. Cofnijmy się do połowy stycznia.

Porażka z Sociedad to nic niezwykłego. Ligowy sezon jest długi, w Hiszpanii serie „niepokonanych" ostatnio się nie zdarzają. Czerwona kartka Piqué też nie ułatwiała zadania. Bardziej dający do myślenia był królopucharowy dwumecz z Málagą. Barça właśnie zbeształa ich ligowo, zwycięstwo w świetnym stylu 1:3 na wyjeździe (gol Buonanotte bez znaczenia - padł w 88. minucie), a trzy dni później, na Camp Nou - jakby inna Barcelona grała. Przecież mecz toczył się na Camp Nou! Prowadzenie 2:1 dla gospodarzy, Monreal wylatuje z „czerwem" i bum!, na koniec 2:2 na własne życzenie (w kolejnych tygodniach Barçy przytrafią się jeszcze trzy takie klopsy „na życzenie", w dodatku identyczne rezultatami). Rewanż - na tym samym stadionie, gdzie 11 dni wcześniej Blaugrana robiła, co chciała - i problemy. Po golach Pedro i Piqué Katalończycy dwukrotnie obejmują prowadzenie, ale gospodarze w obu przypadkach wyrównują. Pomiędzy minutą 66. (gol Santa Cruza), a 77. (Iniesta na 2:3) mamy tak naprawdę pierwszą remontadę tego sezonu. Fenomenalny zryw piłkarzy w końcowych 20 minutach wyprowadza zespół na prowadzenie i wprowadza do półfinału. Zmiany? A po co. Pierwsza w 83. minucie. Cały ten ćwierćfinał Barça zagrała (styl gry) nieprzekonująco, szarpaniami. Słabo. W kontekście ligowego sukcesu (styl gry) bez znieczulenia i bez pytań z tą samą Málagą, zapala się światełko alarmu. Pierwszy raz w sezonie tak jaskrawą czerwonością.

Potem było tego więcej, spadała forma, rosło rozczarowanie: sekwencja zagranych od niechcenia meczów z Realem w pierwszym półfinale Pucharu Króla (1:1 na Bernabéu) i Valencią (też 1:1); po tygodniu przerwy rozbite Getafe; w przeddzień pierwszego aktu dramatu: ligowa cienizna z Granadą. Powszechnie zbagatelizowana, bo bezpłciowo, bez jakości i trochę fartem, to „przecież 3 punkty". Milanu tak łatwo wytłumaczyć, zbyć się już nie dało. Dramat nastąpił. Jeszcze bardziej nieprzyjemnie zrobiło się po „dwumeczu" z Realem. Zagrany jak pod pręgierzem, „czekając na wyrok", bez wiary i zaangażowania.

Efektowne odrodzenie w rewanżu z Milanem, ale optymizm potrwał krótko. Kolejny zły akord to popis nieskuteczności z Celtą i dwumecz z PSG w wysoce wstydliwych okolicznościach. Zakończony awansem, który (przynajmniej mi) smakował jak porażka. Barça znowu bezradna, gol na 1:1 - jakby z przypadku. „Celta" powtarza się w Bilbao. O Bayernie - już było.

Tej litanii celowo nie przerwałem - kalendarzowo - pod koniec marca. Ciąg zdarzeń. Konsekwencja. Jedno wynikające z drugiego. Choć Tito Vilanova wrócił 26. marca, nie szła za tym żadna zmiana jakościowa w postawie Barcelony. PSG to najlepszy przykład. Z kolei katastrofa z Bayernem to niemoc na boisku, ale też na ławce. Zmiana jedna, dopiero na parę minut przed końcem meczu - urasta do rangi symbolu.

To nie geografia była problemem, lecz trener; jego chybione koncepty oraz niemoc do znalezienia antidotum - ani na rewanż z PSG, ani na Bayern. Z drużyną Carlo Ancelottiego miał jeszcze miejsce „happy end" dzięki trafieniu sezonu miesiącami grającego kompletną padakę Pedro Rodrígueza. Z Bayernem nie było nawet „happy początku" - już po 50 minutach były dwa gole straty. Po ostatnim gwizdku arbitra losy awansu do finału były praktycznie przesądzone.

Był to sezon zaskakująco licznych rozczarowań, ale wczesnowiosenne zakłócenia nie były wyłącznie „zasługą" wyborów sztabu szkoleniowego tudzież nieobecności Vilanovy. Kto mógł przewidzieć takie problemy kadrowe w obronie? To on zmuszał do grania silną, „galową" jedenastką w nie wymagających tego meczach początku roku kalendarzowego. W konsekwencji, najbardziej intensywny w Hiszpanii styczeń i luty Barça grała niemal tym samym składem mecz w mecz.

Brak zaufania trenerów do Davida Villi w styczniu i lutym to duży zarzut względem sztabu, gdyż w efektem było jego „zawieszenie" jako snajpera - poza golem na 3:0 z Milanem, nie dał drużynie nic w decydującej fazie sezonu - ale to jednoczesny brak Puyola i Mascherano „dobił" Barcelonie sezon. W kontuzjach zawsze jest losowość, pech. Tu skutków było więcej: Piqué musiał grać w każdym z meczów podwyższonego ryzyka (Málagi w CdR, oba Reale, Milan, PSG, Bayern); Adriano na stoperze nie mógł zastąpić w ważnych meczach Alvesa na prawej flance i tak dalej, i tym podobne.

Fakt, Tito wrócił. Tylko, że w momencie, w którym z zespołu uleciała witalność kluczowych piłkarzy. To z kolei przyniosło drastyczny spadek jakości gry zespołu jako całości. Gdy po Pucharze Króla środek tygodnia w grafiku nawiedził powrót Ligi Mistrzów - z naciskiem na PSG i Bayern - „zebraliśmy" owoce niefortunnych koincydencji losowych z całej wiosny. I stąd tak wysoki wymiar kary z Niemcami - kumulacja zdarzeń niefortunnych w takim natężeniu. Błędy w strategicznych momentach zostały też popełnione przez sztab i w swoim czasie obszernie o nich pisałem, ale patrząc z perspektywy czasu na ocenę trenerów, nie mogę nie zadać pytania: kto mógł przewidzieć, że w decydujących chwilach piłkarze zawiodą w komplecie: i Xavi, i Iniesta, i Messi, i Busquets, i Piqué, i Valdés, i Alba, i Cesc, i Pedro, i Villa?!

Choroba Abidala + choroba Vilanovy + taka plaga urazów w kluczowej formacji + taka posucha (Villa, Pedro, Alexis) w ataku + nagła obniżka formy jednocześnie Busquetsa, Xaviego i Iniesty + kontuzja Messiego w decydującym momencie sezonu = biorę półfinał Ligi Mistrzów i mistrzostwo Hiszpanii z szansami na wyrównanie rekordu ligi w punktach i pobicie w bramkach z pocałowaniem ręki.

Dobrze chociaż, że Tito przywiózł ze sobą z Nowego Jorku trochę tego samego szczęścia, które pozwalało wygrywać jesienią przegrane mecze. Jak inaczej skomentować to, że Barça wygrała i z Levante, i z Betisem, no i z Atlético; choć powinna była zremisować/przegrać te gry wszystkie trzy? Może jeszcze będzie na Camp Nou przepięknie z tym trenerem, gdy zyska on do dyspozycji parę wartościowych wzmocnień na newralgiczne pozycje (ten sezon stanowi też poważny zarzut w stronę dyrekcji sportowej), a fundament składu - „odzyska się sam" zregenerowany i fizycznie, i psychicznie.

Czemu w nowy sezon jednak z Vilanovą i co z nim dalej w roli trenera? To sprawa osobna. Zostawmy ją na kolejną okazję.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (204)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze