W ciszy stadionu. Po takim meczu można tylko pogratulować

Karol Chowański 'Challenger'

22 kwietnia 2012, 13:56

275 komentarzy

  
Wieczór paradoksów. Inaczej nie da się nazwać tego, co wydarzyło się wczoraj na Camp Nou.

Czuję ten sam zawód, co kibice Realu na temat ligi przez trzy ostatnie lata; po zeszłorocznej Lidze Mistrzów; po Superpucharze; po ligowym laniu w grudniu; po tegorocznym Pucharze Króla. Ten sam, jeśli nie większy - przynajmniej części wymienionych wyników madridismo mogło się spodziewać. Dziś tymczasem, nawet nie samym wynikiem zaskoczony jestem tak, jak całą resztą; takiej taktyki, personaliów, gry ze strony „Dumy Katalonii” nie spodziewał się chyba nikt.

Nie skorzystam jednak z pokusy zaadresowania z tej okazji lamentów do sędziego, Villara, Platiniego, Péreza, hiszpańskiego premiera, mediów czy siedziby bwin. Drużynie Realu po takim meczu mogę tylko pogratulować, zaś przyczyn porażki Blaugrany wolę szukać we własnym ogródku.

Przepis na katastrofę

Podopieczni Mourinho przyjeżdżali na Camp Nou przede wszystkim po to, by ocalić czteropunktowe, topniejące w szybkim ostatnio tempie, prowadzenie w lidze. Wyjechali z przewagą powiększoną do siedmiu punktów.

Paradoks nr 2: FC Barcelona miała od losu (a także Málagi, Villarreal i Valencii) ofertę powrotu do walki o mistrzostwo Hiszpanii. Nie wykazała zbytniego zainteresowania. To Real zagrał z większym animuszem, zaangażowaniem i determinacją.

Grając u siebie, Barça dała pokaz ogólnej bezbronności na poczynania Realu i indolencji w konstruowaniu akcji ofensywnych. Co gorsza, po bramce Cristiano pokazała światu to, co przez ostatnie sezony było firmowym znakiem Blancos. Straciła wiarę.

Najważniejszy mecz sezonu ze zranionym blisko czterema latami upokorzeń rywalem, a Guardiola zestawia jedenastkę z żółtodzioba na skrzydle (Tello), za to bez jedynego prawdziwego napastnika jakiego ma w składzie (Oszczędzać Sáncheza? Na co?!). Piłkarz zdolny - niezależnie od swej aktualnej formy jednym zagraniem odmienić losy meczu (Fabs) - zostaje ochoczo zostawiony na ławie. Jak chciał Pep ten mecz wygrać? Kim?

Na dobre nie mogło też wyjść gospodarzom funkcjonowanie w starciu z tak wymagającym rywalem w trzyosobowym bloku obronnym. Pep pomylił taktyczną odwagę z harakiri. Zagranie, które faktycznie ma sprawczy sens wobec konieczności odrabiania strat (grudzień) jest kompletnie bezzasadne przy od pierwszych minut przy wyniku 0:0. Wystarczyło wystawić bezpieczne 4-3-3 i czekać na swoje szanse. Przy takiej dyspozycji, jaką widzieliśmy u chłopaków Mourinho wczoraj, te szanse przyszłyby same! Czteroosobowy blok obronny dałby nie tylko ciaśniejszą konsolidację defensywy w obliczu prawdziwie zabójczych kontr Madrytu, ale także wzmocniłby rozgrywanie piłki na własnej połowie i odciążyłby wyraźnie zmęczonego po 60. minucie połowie Busquetsa. Takie zestawienie defensywy Blaugrany „załatwiło” Katalończykom mecz. Jak pokazała akcja na 1:2, był to błąd brutalny w skutkach.

Bynajmniej nie jedyny. Obecność Piqué w takim ustawieniu dałaby drużynie większą wydajność i spokój w zażegnywaniu niebezpieczeństwa przy stałych fragmentach gry. Ponadto, wobec meczowych okoliczności za wysoko został ustawiony Alves.

Kolejny paradoks to brak Iniesty w środku pola. Dlaczego?! Thiago świata (jeszcze) nie zbawi, Iniesta potrafi i ma w tym niemałą wprawę. W grze okazało się, że przy bezbarwnym występie Thiago taka taktyczna zagrywka ograbiła Barcelonę z jej własnych atutów, zabiła jej mecz, skazując Xaviego na samotność w rozgrywaniu, a Messiego na nieustanne miotanie się od koła środkowego do pola bramkowego Casillasa. Bez sensu.

Messi to zresztą wczoraj przypadek osobny. Po raz pierwszy faktycznie przyćmiony przez CR7 w bezpośrednim starciu, dał się niemal zupełnie zneutralizować obrońcom Realu. Messidependencia jest dobra, gdy Messi ma z kim grać i w chwili prawdy dostaje od kolegów okazje do decydowania o wyniku. Mając okazje, trafia. Co innego, gdy drużyna zostawia Argentyńczyka samego w meczu. To już nie jest dependencia, lecz naiwność wymieszana z bezczynnością u pozostałych 10 przebywających na boisku w bordowo-granatowych trykotach facetów. Funkcjonując jednocześnie jako skrzydłowy, rozgrywający, ofensywny pomocnik i środkowy napastnik, Leo nie tylko „nie wygra” drużynie żadnego meczu, ale zostanie w swych staraniach skazany na niepowodzenie. Szczególnie gdy sam ma gorszy dzień. Tak, jak wczoraj.

Wreszcie, najbardziej doświadczony piłkarz na boisku popełnia najprostszy z błędów. Wygrywa i przegrywa drużyna, lecz z paradoksów wczorajszego meczu ten był największym. Przyjąć go do wiadomości najtrudniej, bo - w przeciwieństwie do wszystkich pozostałych - zrozumieć ni wytłumaczyć nie sposób.

Złożenie broni

Efektywna i taktycznie nienaganna postawa Realu nie zwalnia nikogo na Camp Nou z odpowiedzialności za ten wynik, sezon trwa dalej. Skoro Pep nie chciał tego meczu wygrać, mógł to przynajmniej wyartykułować na przedmeczowej konferencji. Oszczędziłby ludziom nerwów. Innego wytłumaczenia na tak irracjonalną politykę kadrową na ten wieczór nie ma. W meczu o wszystko (a przynajmniej o wszystko ligowe) Barcelona zagrała, jakby losy mistrzostwa Hiszpanii rozstrzygnęły się w styczniu, najpóźniej w lutym.

Szkoda. To naprawdę był mecz do wygrania. Pozytywny wynik nie tylko przywróciłby Barçę z głośnym przytupem do wyścigu o mistrzostwo ligi, ale natchnął bezcenną dawką energii, lekkości i pewności siebie przed jakże ważnym meczem z Chelsea.

Awans i bilety do Monachium dają szansę, że jeszcze będzie w tym sezonie przepięknie, a oddana Realowi liga nabierze troszkę tylko większego wymiaru w kalendarium wszystkich sukcesów PepTeamu od zeszłorocznego Pucharu Króla. Porażka w meczu wtorkowym niezależnie od rezultatu w finale CdR uczyni Barcelonie ten sezon spektakularnie pokpionym; a dodatkowo zagrozi podopiecznym Guardioli wpadnięciem w marazm, do wyjścia z którego okazja trafi się dopiero na koniec przyszłorocznego sezonu La Liga. Przegrani półfinaliści LM nie grają ani w SE, ani w KMŚ, a w superpucharze krajowym nie będą dla nikogo faworytem jeśli Real ugra w maju więcej niż samą ligę.

Niestety, zamiast być po sobocie tak negatywnego scenariusz najdalej jak to tylko możliwe, na własne życzenie Barcelona wpada mu sama w ramiona.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (275)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze