Wywiad FCBarça.com: Bartłomiej Rabij, cz. 2

Challenger

30 maja 2013, 23:36

53 komentarze

Po emocjach związanych z "polskim" finałem Ligi Mistrzów i transferem Neymara, publikujemy drugą część naszej rozmowy z dyrektorem sportowym i komentatorem stacji Sportklub Polska, Bartłomiejem Rabijem. Poniżej m.in. o różnicach pomiędzy ligą argentyńską i peruwiańską, niemocy obrony Barçy, estetycznej wyższości La Liga nad Premiership i kapitale eksportowym brazylijskiej piłki. Kontynuujemy też wątek Neymara.

FCBarca.com
: Nic nie wywołuje takich emocji wśród sympatyków Barcelony jak polityka transferowa klubu w ostatnich latach. Jak pan ją ocenia?

Bartłomiej Rabij: Nie ma co oceniać, wystarczy wymienić nazwiska. Henrique i Keirrison - co to w ogóle za transfery? Dalej: Czyhryński. Akcja Samuel Eto'o-Ibra. Teraz ściągnięcie bardzo zdolnego zawodnika jak Alexandre Song i niegranie nim... Trudno znaleźć w tych działaniach klubu logikę i konsekwencję. Niepoważnie to wszystko wygląda.

Weźmy Henrique - to dopiero kuriozalna sytuacja. Kosztował 8 milionów euro. Wypożyczyć go do Leverkusen - rozumiem. Wypożyczenie do Santander - OK, zobaczmy jak się sprawdzi w Hiszpanii. Ale trzeci raz wypożyczać? To po co go kupili? Żeby mu zmarnować karierę? Z Palmeiras rok temu zdobył Puchar Brazylii, u Scolariego w marcu grał 45 minut z Chile, to chyba nie jest z nim tak źle... A mówimy o klubie, który kreuje się na tak dobrze zorganizowany, funkcjonujący w sposób bardzo przemyślany. Dziwią mnie w Barcelonie takie zagrania.

Poza tym wydaje mi się też, że ostatni sezon to dowód na to, że Barça trochę zachłysnęła się tematem wychowanków. Puyol, Iniesta, Xavi, Valdés - to była niesamowita paczka. I gdy za Guardioli doszli kolejni, Piqué, Busquets, Pedro, potem Thiago, to chyba ostatnio w klubie pomyślano, że takie „mioty" to standard i można brać każdego wyróżniającego się zawodnika - może to uśpiło transferową czujność Barcelony, trudno powiedzieć. Fontàs, Bartra, Montoya, Cuenca to nie są gracze na miarę FC Barcelony. Wydaje się, że Bartra i Montoya momentami byli w tym sezonie forowani na siłę.

A czy można powiedzieć, że któregoś z piłkarzy Barcelona pozbyła się w ostatnim czasie za łatwo?

Nawet rozmawialiśmy ostatnio w Redakcji, którego piłkarza Barcelony nam najbardziej brak. Ja mam na pierwszym miejscu Yaya Touré, a na drugim... Martína Cáceresa. Zawodnik, o którym wszyscy wiedzieli, że jest narwańcem i dzikusem, a po roku w Barcelonie Guardiola powiedział, że go nie chce, bo on jest narwańcem i dzikusem. Skąd zaskoczenie? Bierzesz sobie do klubu 21-letniego chłopaka, który karierę zrobił na tym, że gra ostro, jeździ na wślizgach, to nie możesz się dziwić, że on potrzebuje czasu. Pozbyto się go po roku, a to świetny piłkarz. We wszystkich klubach, w których później grał Cáceres - był bardzo dobry.

W reprezentacji też. W wieku 26 lat ma tam niespełna 50 występów.

Dokładnie. A Barcelona wydała na niego mnóstwo pieniędzy, zaczęła potem wysyłać na wypożyczenia i na koniec sprzedała do Sevilli za 3 miliony euro. Zresztą, minął rok i Juventus zapłacił za niego osiem.

Skąd się wzięły problemy Barçy z obroną w tym sezonie?

Moje odczucie jest takie, że w Barcelonie mają je trochę na własne życzenie. Cáceres nie miał takiej pensji, żeby oddawać go do pierwszego lepszego klubu za półdarmo. W tym sezonie mógłby się w kadrze przydać, i to bardzo. Inny przypadek to wypuszczenie Rafy Marqueza. To nie był młodzian wchodzący do drużyny, ale dojrzały zawodnik, sprawdzony przez lata, doświadczony w Europie i reprezentacji. Pozbyto się go tak łatwo, że tego to już w ogóle nie mogłem zrozumieć. Miał wtedy 31 lat. Sporo, ale nie był oldbojem. Gdy spojrzymy, jak przez trzy następne lata wyglądało szukanie jego następcy, kto w tym czasie był próbowany, to słabo to wygląda.

Z kolei przed obecnym sezonem nie kupiono stopera tylko wybrano półśrodek w formie Songa. W Barcelonie nie sprawdził się w obronie, ale to było do przewidzenia. Nie każdy piłkarz ma takie zdolności adaptacyjne jak Mascherano, ten facet to wyjątek. W piłce trzeba przewidywać. Gdzie w zeszłym sezonie było słabo z formą? W obronie. Gdzie piłkarz choruje na raka? W obronie. Gdzie najwięcej kontuzji? W obronie. Gdzie Puyol się starzeje? Też w obronie. No halo, coś jest nie tak.

Efekt? Adriano. Musiał grać na wszystkich możliwych pozycjach. Nic dziwnego, że zawodził w tym czy innym spotkaniu jak co mecz miał co innego do roboty. Trudno mieć o to do gościa pretensje. Wręcz odwrotnie. Ja go podziwiam. Każdego by szlag trafił jak przychodząc do pracy, codziennie miałby iść na inne stanowisko.

Przenieśmy się jeszcze do Brazylii. Co jest największym bogactwem tamtejszej piłki? Napastnicy? Środek pola? Ostatnio mamy cały zastęp utalentowanych pomocników: Lucas Moura w PSG, Luiz Gustavo w Niemczech, Ramires i Oscar w Chelsea, tylko czekać kto wygra wyścig o Ganso...

Wystarczy spojrzeć na składy wszystkich czołowych klubów Europy. Gdzie najczęściej grają Brazylijczycy? Nie w ataku ani nie w pomocy. W obronie. Wszystkie topowe kluby - każdy ma jakiegoś Brazylijczyka w obronie. Mogę wyłożyć całą teorię na ten temat, z czego to wynika, ale musielibyśmy na bardzo długo usiąść nad jakąś szklaneczką, a chyba nie mamy tyle czasu. Najlepsi obrońcy świata są w Brazylii. To ich główny towar eksportowy. Są świetni.

Kogo chce na stopera Barcelona, jaka jest dyskusja? Thiago Silva, David Luiz. Jak mówiłem ostatnio, ja rozważyłbym Dede. Idziemy dalej. Bayern ma teraz Dante. A kto był filarem tej formacji w ich poprzedniej erze sukcesów? Lucio, potem zresztą fundamentalny u Mourinho w Interze. W Romie latami dowodził obroną Juan. Real ma Pepe - oczywiście, dostał portugalski paszport, ale to przecież urodzony Brazylijczyk i przed transferem do Maritimo z Portugalią nie miał nic wspólnego. W czasach największych sukcesów Lyonu liderem obrony był Cris, grał tam prawie 10 lat. Ostatni finał Ligi Europy: Luisão ze Sportingu Lizbona, też reprezentant. Furorę w Atlético zrobił w tym sezonie Miranda. Inter ma młodego Juana Jesúsa, a Roma Marquinhosa, który też zresztą jest przymierzany do Barcelony. Juventus chciał niedawno kupić Rodolfo, ale jego problemy zdrowotne na razie odłożyły ten transfer. A mówimy tylko o stoperach! Teraz boczni: Marcelo, Dani Alves [wym. Alvis], „Alvis", pamiętamy (śmiech). Adriano, Míchel Bastos. Real wziął teraz z rezerw ciekawego Fabinho.

Rafael w Manchesterze też może się podobać.

OK, Rafael. Kogo ma Atlético?

Filipe Luis.

No właśnie. W Porto dwóch bocznych, którymi interesują się już Anglicy: Alexandro, Danilo. Maicon - z powodu tej kontuzji wypadł trochę z obiegu, ale do 2011 roku był dużo lepszy od Daniego Alvesa. No, ale po tej kontuzji się posypał - przyszła pierwsza i koniec. Trochę jak z Puyolem, który też ma ciągłe problemy z tym samym kolanem.

Mówiąc o Neymarze musimy pamiętać, że w Brazylii on nie miał mocnych przeciwników. Obrońcy z Brazylii są generalnie najlepsi na świecie, ale mam na myśli, że Neymar nie grał tam przeciwko słabym obrońcom, tylko słabym drużynom. Ogólny poziom tamtejszych zespołów jest słabszy niż w ligach europejskich, wystarczy porównać ostatnie wyniki Klubowych Mistrzostw Świata, gdzie poza Chelsea rok temu od lat seryjnie wygrywają kluby z Europy. Tam jest też inna tradycja atakowania niż w Europie. W Brazylii napastnik jest pod protektoratem sędziego. Tak w NBA było kiedyś z Jordanem. W różnych meczach każde porządniejsze dotknięcie Jordana to był faul.

Teraz jest tak z LeBronem Jamesem.

Bo ten, który robi show - może więcej. Dlatego w Brazylii obowiązkiem sędziego jest osłanianie, „chronienie" napastników, bo napastnik strzela gole, a ten, kto strzela gole jest na piedestale. Dlatego obrońca musi interweniować czysto. Brazylijski stoper nie gra wślizgiem. Wślizg jest w brazylijskiej piłce stosowany niezwykle rzadko. Jako ostatnia deska ratunku.

Jak popatrzycie na statystyki fauli w różnych czołowych klubach, to brazylijski obrońca ma w drużynie najmniej fauli i stosunkowo najmniej kartek, tak czysto zabiera piłkę. Technika piłkarzy ofensywnych w Brazylii jest na takim poziomie, że w połączeniu z zachowaniem sędziów wymaga naprawdę najwyższych kwalifikacji od obrońców. Dlatego są tak cenieni.

Rozmawiamy już po potwierdzeniu transferu Neymara, ale jedna rzecz się nie zmieniła. W Europie od paru miesięcy każdy jest ekspertem w jego sprawie. Mówią o nim wszyscy, ale faktyczna „jakość" tych informacji jest trudna do zweryfikowania dla kogoś, kto nie zna bliżej południowoamerykańskiej piłki. Pan od dawna śledzi na bieżąco jego karierę. Jaki jest Neymar?

Przede wszystkim nie jest prawdą to, co piszą różni dziennikarze, że jest problematyczny czy coś takiego. To wzór profesjonalizmu. Natomiast każdy Brazylijczyk to człowiek, który po robocie „fiestuje", szaleje, jest zadowolony z życia. Jest czas roboty, jest czas fiesty. W Barcelonie wygląda to inaczej, co nie każdemu musi odpowiadać i mi również nie do końca się podoba. Panuje tam niemal urzędowa, niemiecka dyscyplina. Wszyscy mówią to samo, konferencje prasowe są nudne jak flaki z olejem. Lubię i szanuję Barcelonę, ale od tego, co wygadują przedstawiciele klubu - robi się czasami niedobrze. Wszystko jest tam tak poprawne, zaplanowane, jak w jakiejś korporacji, w pejoratywnym tego słowa znaczeniu.

Neymar rzeczywiście ma odmienny sposób bycia, w tym sensie jest inny, ale nie można tego automatycznie traktować jako zarzutu. Inna kultura, osobowość - to nie jest z miejsca brak profesjonalizmu. Bardzo łatwo przykleić komuś łatkę, ale w tym przypadku przydałoby się więcej rozsądku i wyczucia. Zamiast tego pisze się o Neymarze niestworzone historie bez zgodności z rzeczywistością. Nie mają wiele wspólnego z faktami i brakuje im wrażliwości na panujące tam realia.

Transfery wielu uzdolnionych piłkarzy do Europy okazywały się rozczarowaniem, a Neymar już jako młody chłopak został superbohaterem popkultury, celebrytą. Najpierw w kraju, potem w skali całego kontynentu. Gości w talk-showach, tańczy z gwiazdami, śpiewa z Míchelem Teló, te jego fryzury... Barça to zupełnie inna bajka. Czy Neymar odnajdzie się w katalońskim klubie?

On faktycznie gości w różnych programach telewizyjnych, ale jakiekolwiek ekscesy to u niego rzadkość, i to od dawna. Neymar to nie Adriano Leite zalewający się w Mediolanie w trupa i kreowanie go w mediach na imprezowicza tylko na podstawie radosnego stylu bycia to jakieś nieporozumienie. Neymar jest wesoły, uśmiechnięty, ale z nim nie ma problemu. Wywiad, rozmowa, jak w miks-zonie trzeba postać dłużej, porobić zdjęcia - proszę bardzo. On zawsze jest dostępny. To pracownicy klubu muszą go stamtąd wyciągać. To nie jest gość, który wychodzi z szatni przez strefę mieszaną jak gwiazda rocka na zasadzie: słuchawki na uszach i „nie ma mnie dla nikogo".

Ta otoczka, występy na scenie z gwiazdami, wyrazisty styl ubierania, status idola nastolatek - każdy był kiedyś młody. Tak wygląda młodość utalentowanego piłkarza w Brazylii.

Gdy jakiś czas temu byłem w Santosie na meczu, to pamiętam, że do Neymara był taki dostęp, że nawet nie zrobiliśmy z nim wtedy wywiadu, bo odłożyliśmy to na następną okazję; gonił nas czas, mieliśmy inne spotkania. Zrobienie z nim wywiadu nie stanowiło żadnego problemu. Jest gwiazdą, ale jednocześnie fajnym chłopakiem. To artysta piłki. Jest artystą, bez dwóch zdań.

Komentowałem Neymara od jego pierwszego meczu w seniorach... Miałem też kiedyś okazję gościć w Radiu Litoral w Sao Paulo, które należy do wiceprezydenta Santosu. Zostałem tam zaproszony, gadaliśmy o piłce nożnej, Neymarze i lidze, potem byłem na treningu. Neymar nie wali w piłę, jak jakiś narwaniec, to jest sztuka, finezja. Ma to samo, co miał Romario, co ma Messi. Bo Messi, jak strzela, to wygląda, jakby tę piłkę ledwie trącał, ledwo kopnął...

...i kopie ją idealnie...

...a nam się wydaje, że on jej prawie nie dotknął. Stoi za tym idealna koordynacja, ułożenie ciała, stopy, niesamowite czucie piłki. Efekt to dotknięcie jej dokładnie w tym miejscu, w którym trzeba. To samo z Romario, który nigdy nie walił na siłę z zaciętym grymasem na twarzy 20 metrów obok bramki. On ją tylko muskał. I wpadała dokładnie tam, gdzie on chciał, gdzie powinna. Neymar ma to samo. Neymar w ogóle mocno nie strzela. Praktycznie nie ma siły w nodze, a przynajmniej wykorzystuje ją ekstremalnie rzadko - ale uderza tak, że piłka leci dokładnie tam, gdzie on chce i jak chce. To niesamowite.

Wracając do pytania - jeśli chodzi o Neymara, martwię się o coś innego. Mam nadzieję, że w Europie nikt nie każe mu „pakować". Tak złamano karierę Ronaldo. W PSV jeszcze był szczupły, zaczął przybierać na masie w Barcelonie, a kompletnie zajechali go w Interze. Zniszczony został też Robinho, który jak wrócił do Brazylii, to trener przygotowania fizycznego w Santosie - a była połowa sezonu w Anglii - powiedział mu, że on nie nadaje się w takim stanie do gry. Że najpierw musi zrzucić kilogramy. Siedem kilo różnicy i był innym zawodnikiem - oglądałem go w paru meczach na żywo i Robinho nie było. On jako młody piłkarz był szczuplutki, Karola postury i gdyby ktoś Ci powiedział „Panie Karolu, proszę mi tu natychmiast przybrać 20 kilo" to byś nie był tym samym gościem. Piłkarzowi zmienia się wtedy motoryka, kondycja, przyspieszenie, cała fizjologia organizmu. Jak Robinho wrócił do Europy, znowu kazano mu przypakować i gra jako tako, ale to już nie jest ten sam piłkarz, co kiedyś. Dlatego mam nadzieję, że z Neymarem nikt nie zrobi tego błędu.

Czyli można być spokojnym, że Neymar nie skończy jak Ronaldinho, Denilson, Robinho?

W innych czasach wypłynął Ronaldinho, a w innych czasach Neymar. Kiedy Ronaldinho odnosił sukcesy, to reprezentacja Brazylii była na topie, zdobywała tytuły i wszyscy myśleli, że tam wszystko funkcjonuje w odpowiedni sposób. Prawda była zupełnie inna. Brazylijska piłka była w głębokim dołku organizacyjnym. Ronaldinho przenosił się do Europy z klubu, który miał ogromne długi. Przed wyjazdem Gremio płaciło mu pensję w wysokości ledwie dziesięciu tysięcy dolarów rocznie! Nic dziwnego, że w Europie zachłysnął się życiem.

Dzisiaj to inne realia. Neymar dostaje 7 milionów euro za sezon netto plus dochody z reklam. To w sumie prawie 20 milionów rocznie, bo nie są to reklamy osiedlowej sieci warzywniaków, tylko największych firm znanych na całym świecie. Zarabia na nim mnóstwo instytucji, globalnych marek i on jest tego bardzo świadomy. Nie pozwala sobie na głupoty. To inny typ człowieka niż Ronaldinho, Deco z późnego etapu kariery w Barcelonie czy Denilson de Oliveira. Dlatego uważam, że w przypadku Neymara o profesjonalizm możemy być spokojni.

Teraz, po przejściu do Barcelony, stanie się zresztą bardzo łakomym kąskiem dla nowych, kolejnych już partnerów biznesowych. O kontakty z nimi dba jego ojciec, Neymar Sr., wraz z doradcami. Nowy kontynent, nowe możliwości. Ta jego świadomość swojej wartości pod względem marketingowym dodatkowo upewnia mnie w stwierdzeniu, że po przenosinach do Europy Neymar będzie zdolny odpowiednio pokierować swoją karierą na boisku i poza nim. Udowadniał to już w Brazylii, i to od ładnych paru lat.

Najważniejsza rzecz, jaką Neymar wnosi do drużyny?

To, że jest wybitnym piłkarzem, wielkim talentem - wszyscy wiemy. Dlatego poza walorami czysto sportowymi ogromny plus, moim zdaniem, z przyjścia Neymara do Barcelony jest taki, że on da tej drużynie trochę życia. Potrafi być na boisku szalony w najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa, ma mnóstwo nieszablonowych zagrań, a w Barcelonie, takie mam wrażenie, piłkarze chyba trochę jak do urzędu zaczynają ostatnio przychodzić. 70% posiadania piłki będzie i tak, rywal na pewno się zamuruje, najwyżej podamy Messiemu... Brakuje w tym wszystkim emocji, pozytywnej energii. Neymar doda im ikry i z nim drużyna będzie na pewno bardziej energiczna. Znowu będzie ciekawie.

Ci, którzy nie znają ligowej piłki Ameryki Południowej często utożsamiają prezentowany tam styl z ligą portugalską czy hiszpańską. Czy słusznie?

Nie. Są to zupełnie inne style gry. Liga hiszpańska, liga portugalska, obie są nastawione na atak, bardzo szybkie. Na Półwyspie Iberyjskim błyskawicznie operuje się piłką. Ligom Ameryki Południowej dużo bliżej do ligi włoskiej, z jej orientacją na obronę. W dużej mierze wynika to z tła historycznego. Wystarczy sobie przypomnieć, że szczególnie w Argentynie ogromne zasługi dla rozwoju piłki oglądanej dziś miały całe zastępy graczy bądź trenerów pochodzących z Italii lub będących potomkami włoskich imigrantów. Dlatego tradycja włoska jest tam silniejsza od hiszpańskiej.

Poza tym trzeba odróżniać ligę brazylijską od argentyńskiej. Nie możemy wrzucać wszystkich lig Ameryki Południowej do jednego worka. Na przykład liga kolumbijska wygląda zupełnie inaczej. Tam wszyscy dryblują. Wszyscy! Niezależnie od pozycji na boisku. Są świetni indywidualnie, Kolumbia wygrała zresztą w lutym mistrzostwa południowej Ameryki do lat 20, ma coraz silniejszą „dorosłą" kadrę. Ogląda się to fantastycznie, ale myśl szkoleniowa gdzieś się w tym zatrzymała. Negatywnie odbija się to na taktycznej świadomości piłkarzy i być może dlatego tak mało zdolnych Kolumbijczyków gra w Europie. W Peru mamy podobną sytuację. W lidze peruwiańskiej drybling też jest głównym czynnikiem sprawczym wszystkiego, co się dzieje na boisku. Jak w Brazylii czy Argentynie wejdzie na boisko jakiś Peruwiańczyk, to łatwo go poznać po tym, że biega po murawie z błyskiem w oku, a jego mowa ciała ma bardzo prosty przekaz: „Dajcie mi tylko piłkę, a na pewno nikomu jej nie oddam!"

W Argentynie piłka nożna jest dużo bardziej zaawansowana taktycznie. Potwierdza to fakt, jak wielu wspaniałych trenerów wychowała Argentyna, wielu z nich z sukcesami w Europie. Helenio Herrera, Menotti, Hector Raúl Cúper, Bielsa, Pellegrini (to akurat Chilijczyk, ale karierę zrobił w Argentynie, trenował San Lorenzo i River Plate), jest też Pochettino, który ciekawie zapowiada się w Premiership. OK, jak czasem ogląda się jakiś argentyński mecz ligowy, ktoś może powiedzieć „Eee, ale oni słabi!". To osobna kwestia. Pieniądze są tam 20 razy mniejsze niż w Hiszpanii - i stąd też bierze się słabość drużyn jako całości, o czym mówiłem przy okazji rywali, przeciw którym na co dzień grywał dotychczas Neymar. Jak klub może wydać na przygotowanie fizyczne 10 tysięcy dolarów, a nie milion euro - to gra musi wyglądać inaczej. To samo z zapleczem treningowym, boiskami, wielkością sztabów i tak dalej. Gdyby jakiś argentyński klub przeniósł się na rok do infrastruktury miasteczka sportowego Barcelony i za rok miał możliwość zagrania w hiszpańskiej lidze, to jego jakość gry wyglądałaby zupełnie inaczej niż dzisiaj. Na pewno solidnie zamieszałby w czołówce tabeli.

Czyli Argentyna - tradycja włoska, wysublimowana taktyka, „inteligentne" faulowanie, wiele innych czynników. Brazylia wywodzi się z zupełnie innej tradycji. Przez wiele lat grano tam w systemie pucharowym zamiast klasycznych rozgrywek ligowych, to pojedynczy mecz był ważny. I to zostało w ich mentalności do dzisiaj. Tam gra się na maksa tylko w meczach ważnych. Ta Joga Bonito to jedna wielka ściema, nie wiem nawet kto to rozpropagował, bo mecze bez większego znaczenia odbywają się w Brazylii w bardzo sennej atmosferze, nie pada wiele bramek. Jeśli w środę grasz Puchar Brazylii, na którym ci nie zależy, a w sobotę ligę, to jest zupełnie inna historia. Oglądania tego meczu w środku tygodnia bez sześciu kaw nie da się zdzierżyć. Trener będzie oszczędzał piłkarzy, zagrają na pół gwizdka i wymęczą zwycięstwo jak najmniejszym nakładem sił. Za parę dni ta sama drużyna będzie tak zapieprzać, że nie będziesz wiedział, w który punkt ekranu patrzyć, tyle się będzie działo. Będziesz w szoku, że to ta sama drużyna i ci sami piłkarze. W Brazylii gra się na najwyższych obrotach wyłącznie w meczach o odpowiednim znaczeniu. To inna mentalność.

Czy jest coś jeszcze, co odróżnia piłkę południowoamerykańską od europejskiej?

Tak, to transfery. Specyfika tamtejszego rynku transferowego wygląda zupełnie inaczej niż w Europie i ma nieporównywalnie większy wpływ na grę poszczególnych klubów. W ciągu jednego okienka szatnia może zmienić się kompletnie i ta drużyna nie będzie już grała tak samo. Trenerzy muszą nieustannie kombinować. Niektórzy co pół roku budują zespół od nowa.

Przychodzi styczeń, dzwoni do klubu menedżer z szerokimi kontaktami w Europie i mówi tak: „Macie fajną pakę. Biorę defensywnego pomocnika, prawego obrońcę, bramkarza, środkowego napastnika i skrzydłowego." Jesteś trenerem i prezes pyta się za parę tygodni, „co jest, czemu tylko siódme miejsce?!" „No, panie prezesie, pięciu straciłem przecież z pierwszego składu", na co prezes odpowie, że masz wziąć z rezerw takich, żeby było dobrze, bo przestaniesz być trenerem.

Menedżerowie działają tam cały czas, podkupują, przekupują, zawodnicy idą na cztery strony świata, a trenerzy muszą nieustannie „rzeźbić". Wyrzeźbiłeś coś, sezon się kończy, udało się zdobyć to czy tamto, dostałeś nagrodę dla trenera roku, wszyscy się zachwycają jak to się w ogóle udało - a tu przychodzi lato, menedżer znowu dzwoni cały zachwycony i pół jedenastki znowu idzie w świat. I tak w kółko.

Santos wygrał w 2011 roku Copa Libertadores i rozgrabili mu prawie cały skład. Od tego czasu Neymar nie miał za bardzo z kim pograć. Byłem kiedyś w Porto Alegre i mówię do dyrektora sportowego Gremio, że dla niego największą zmorą będzie wygranie Copa Libertadores, „bo Ci całą drużynę rozkradną". Tylko się uśmiechnął.

Teraz i tak jest lepiej niż kiedyś, trochę się to zmienia. Brazylia stoi obecnie całkiem mocno gospodarczo i zawodnicy już tak nie wyjeżdżają. Ale na pewno nie ma tam takiej stabilizacji, konsekwencji w budowaniu drużyny, co w Hiszpanii czy ogólnie w piłce europejskiej. Brakuje myślenia przyszłościowego, to samo z trenerami. Trzy przegrane mecze i „wyjazd". Trochę jak w Polsce.

Właśnie, jak to się dzieje, że w Brazylii gdzie poziom ubóstwa jest w wielu rejonach kraju zatrważający, znajdują się pieniądze na opłacenie powrotu do ligi takich gwiazd, jak Ronaldinho, Robinho, Fred, płacenie wielomilionowych pensji Neymarowi czy Ganso, a w polskiej piłce nie ma pieniędzy na wielkie transfery i szczytem marzeń kibiców może być co najwyżej podstarzały Ljuboja, „gwiazdy" z Litwy albo Lovrencsics...

W Rosji też jest dużo biednych ludzi, ale jest i dużo bogatych. Jedno nie wyklucza drugiego. W Brazylii mieszka prawie 195 milionów ludzi i milionerów też jest tam więcej niż w Polsce.

Poza tym u nas, zresztą jest tak w całej Europie, pokutuje błędne przeświadczenie o stanie gospodarki w krajach Ameryki Płd. Przez długie dekady, aż po lata 90. był tam kryzys gospodarczy, wielki, strasznie wielki, trudna sytuacja polityczna, ale od tego czasu w większości krajów kontynentu zupełnie się to zmieniło... Jak teraz Legia ma jakąś umowę z Fluminense to nie ma się co łudzić, że z tego powodu za chwilę przyjdzie do Polski masa jakichś świetnych gości. Legia nie zyska z tego powodu lepszej pozycji negocjacyjnej niż Porto. Przecież to mistrz Brazylii, liga jest pokazywana we wszystkich krajach świata. Jakikolwiek menedżer z Europy Zachodniej, Meksyku, MLS, Rosji czy Szachtara ogląda pierwszego lepszego Brazylijczyka w telewizji i jak mu się podoba, to zaraz wsiada w samolot i tyle.

Byłem kiedyś na derbach Kurytyby i słyszę przed meczem: „Patrz, jakiś siedemnastolatek będzie dzisiaj debiutował." Niby wydarzenie, bo był super w rezerwach, wcześniej w juniorach i generalnie spory talent. Oglądamy mecz, ja nagrywam tego Kelvina i zadzwoniłem później do znajomego, który miał agencję skautingową, że jest tu taki świetny koleś, 17 lat, szybki. Wysłałem mu ten filmik, za dwa tygodnie wracam do Polski i w portugalskiej gazecie „O Jogo" czytam, że „obserwowany od roku przez skautów FC Porto Kelvin zostanie kupiony w najbliższym okienku transferowym". Byłem na jego debiucie, a oni go od roku obserwują. Tak to wygląda.

Także polska, a brazylijska piłka - nie ma co porównywać, zupełnie inna rzeczywistość. Nie ma się co dziwić, że tamtejsze kluby mają za co opłacać swoje największe gwiazdy.

Ameryka Południowa to nie jedyny obszar pańskiej kariery zawodowej. Nie ma w Polsce wielu dziennikarzy z doświadczeniem komentowania piłki angielskiej i hiszpańskiej. Jak porówna pan obie ligi?

Angielską ligę się powszechnie uważa za ciekawszą dlatego, że jest tam dużo więcej walki fizycznej, co wcale nie oznacza, że w Hiszpanii tej walki nie ma. Jako drugi argument podaje się, że czołówka jest bardziej spłaszczona, czego w Hiszpanii faktycznie nie obserwujemy. Jednak - zgodnie z tym, o czym wspominałem wcześniej - częstotliwość triumfów Manchesteru United w 21-letniej historii Premier League przeczy tej ostatniej tezie. Można sobie nawet sparafrazować powszechnie znane powiedzenie, że wszyscy grają o mistrzostwo Anglii, ale na koniec i tak wygrywa United.

Mało tego, odkąd powstała Premier League, Manchester United ani razu nie wypadł poza podium, ani razu. To nie jest normalna sytuacja. Spośród wszystkich czołowych lig Europy, podobnie jest tylko w przypadku Bayernu Monachium w Niemczech. Barcelonie wypadnięcie poza pierwszą trójkę La Liga zdarzało się nawet w XXI wieku.

Obecnie w Hiszpanii wygląda to inaczej, bo od paru lat mamy do czynienia z dominacją duetu madrycko-barcelońskiego. Uważam, że ta sytuacja nie służy hiszpańskiej piłce, jest bardzo zła i prowadzi donikąd. Tej lidze brakuje trzeciej siły, by zdobyła jeszcze większą popularność. Powinien liczyć się jeszcze ktoś trzeci. Byłoby dużo ciekawiej. Ostatnio zapowiadała się na nią Málaga, ale szejkowi podobno kończą się interesy deweloperskie w Marbelli co stanowiło główną przyczynę jego inwestycji w klub i w Máladze szykuje się wyprzedaż. Szkoda, bo gdyby stworzono tam długoterminowy projekt, mogłoby być ciekawie.

Zatem w Anglii niby jest czołówka bardziej spłaszczona, ale jest jeden zdecydowany hegemon. W Hiszpanii jest ich dwóch. Poza tym La Liga jest moim zdaniem bardziej zaawansowana taktycznie. Anglia pod tym względem jest bardziej jednorodna, wiele drużyn gra dość toporny futbol. Kluby środka tabeli to „wysoki napastnik i wrzutka": Berbatow, Ruiz i Petrić w Fulham, legendarny Peter Crouch z podobnym dryblasem Kenwyne'em Jonesem w Stoke, wielki Benteke w Aston Villi; Norwich czy West Brom - przykłady pierwsze z brzegu. To nie dla mnie.

Tym, co najbardziej "kręci" mnie w hiszpańskiej lidze, jest wyszkolenie techniczne. (Zresztą podobnie gra się w Portugalii, uwielbiam oglądać Benfikę. Swoją drogą to niesamowite, że tak mały kraj za stosunkowo małe pieniądze dorobił się ligi, która działa jak trzeba i co rusz eksportuje nie tylko mnóstwo piłkarzy, ale też trenerów!) W Hiszpanii korzysta się z dryblingu cały czas, a nie raz na pół godziny, więc siłą rzeczy ta gra jest zdecydowanie bardziej widowiskowa.

Zresztą, nie chodzi tylko o piłkę. Jedziesz do Hiszpanii - kamieniczki, miasteczka, uliczki, cała masa cudownych miejsc. Zwyczaje, kuchnia, kultura. Gdybym wygrał w totka - nie gram, ale może kiedyś - to przeprowadziłbym się do Hiszpanii. W Anglii za cholerę nie mógłbym mieszkać.

W takim razie jeszcze jedno pytanie z przekory. Jacy zawodnicy w lidze angielskiej szczególnie się panu podobają?

Przede wszystkim obcokrajowcy (uśmiech). Anglicy jako liga mają dziś najwięcej kasy, więc kupują najlepszych. Bardzo ubolewam, że Oscar i David Luiz nie grają w Hiszpanii, tylko w Londynie.

Ostatnie lata pokazują zresztą, że Premier League sprowadza coraz więcej ciekawych, efektownych zawodników. Tak z Hiszpanii, jak i Ameryki Południowej. Kiedyś tego nie było. W angielskiej lidze gra dziś 28 piłkarzy posiadających hiszpańskie obywatelstwo. Do tego jest hiszpański Roberto Martínez, no i dwóch innych trenerów nie-Hiszpanów, którzy przyszli na Wyspy właśnie z Primera Divisón: Laudrup i Pochettino. To mówi nam coś o kierunku, w jakim angielska liga może się rozwinąć. Zobaczymy.

Póki co, znacznie więcej piłkarzy, których oglądanie sprawia mi przyjemność, gra w Hiszpanii.

Wywiad przeprowadzili redaktorzy Żwirek i challenger.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (53)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze