Podsumowanie La Liga: 9. kolejka

n00stress, Eoren

22 października 2013, 09:12

25 komentarzy

Zespół nagłej zmiany strefy czasowej (w skrócie z angielskiego jet lag), czyli zmęczenie, które występuje po długotrwałej podróży, to dolegliwość, której trenerzy europejskich klubów boją się bardziej niż pomniejszych kontuzji. Na to nie ma lekarstwa, każdy swoje odcierpi. Ciężkość zespołu uzależniona jest od liczby przekraczanych stref czasowych i kierunku podróży. Typowymi objawami są zaburzenia snu, bóle mięśni, krańcowe zmęczenie, czy nawet nudności. W piłce nożnej na jet lag przyjęło się piękne określenie - „wirus FIFA".

Po przerwie na spotkania reprezentacji często dochodzi do niespodzianek. „Wirus FIFA" zawsze pochłania dużą liczbę ofiar, a przeważnie głównych faworytów, którzy dostarczają największą liczbę piłkarzy występujących na arenie międzynarodowej. Tym razem najbardziej pokrzywdzeni okazali się ci, którzy do tej pory wygrywali mecz za meczem, notując najlepsze starty w historii Primera División. Mowa oczywiście o Atlético i Barcelonie. Spod topora uciekł Real Madryt, który długo się męczył, ale ostatecznie pokonał Málagę. Jak wyglądała zarażona wirusem 9. kolejka ligi hiszpańskie? Zapraszamy do przeczytania podsumowania!

Kapitalny Caballero nie zatrzymuje Realu

Po krytykowanym w ostatnich tygodniach Realu Madryt w spotkaniu z Málagą kompletnie nie było widać zmęczenia meczami reprezentacji. Królewscy od pierwszej minuty przejęli inicjatywę, nie chcąc po raz kolejny gonić wyniku. Podopieczni Carlo Ancelottiego w końcu grali szybciej, agresywniej i z większą determinacją, co musiało ożywić nadzieje kibiców stołecznego klubu. Málaga mimo licznych zapowiedzi, że zagra ofensywnie i nie przestraszy się rywala, skupiło się głównie na defensywie. Real tworzył sobie sytuacje, ale kapitalnie bronił Willy Caballero, który z każdą kolejną interwencją udowadniał, że zasługuje na powołanie do reprezentacji. Najbardziej efektowną obronę argentyński bramkarz zaliczył w 35 minucie, kiedy zatrzymał Álvaro Moratę. Wychowanek Królewskich w końcu otrzymał szansę i zagrał od pierwszej minuty. W pierwszej połowie mimo wielu sytuacji, kibice na Santiago Bernabéu nie obejrzeli bramek.

Co nie udało się w pierwszej połowie, przyszło na początku drugiej. Dośrodkowanie Angela Di Maríi do Cristiano Ronaldo zamieniło się na celny strzał, który kompletnie zaskoczył rewelacyjnie spisującego się Willy'ego Caballero. Po objęciu prowadzenia Królewscy nie atakowali już z taką werwą, co nie przeszkadzało im w spokojnym kontrolowaniu meczu. W doliczonym czasie gry po raz pierwszy na hiszpańskich boiskach błysnął Gareth Bale, którego w polu karnym nieprzepisowo zatrzymał Welligton. Jedenastkę pewnie na bramkę zamienił Cristiano Ronaldo, który następnie przepraszał kibiców za niewykorzystane sytuacje i nerwy do ostatniej minuty.

Bohaterem spotkania mimo porażki był Willy Caballero, dzięki któremu Málaga straciła tylko dwie bramki. W pomeczowym wywiadzie Di María nie miał żadnych wątpliwości, że takiego golkipera potrzebuje reprezentacja Argentyny. Sam Real natomiast wykorzystał porażkę Atlético i remis Barcelony, dzięki czemu jest coraz bliżej wspomnianej dwójki.

Przełamanie Realu Sociedad

Ciężko to sobie wyobrazić, ale największa niespodzianka poprzedniego sezonu w lidze hiszpańskiej, zespół, który zachwycił w eliminacjach do Ligi Mistrzów pokonując faworyzowany Olympique Lyon, przed spotkanie dziewiątej kolejki, miał passę siedmiu meczów bez zwycięstwa! Podopieczni Jagoby Arrasate wygrali do tej pory tylko raz, pokonując w pierwszej kolejce 2:0 Getafe.

Naprzeciwko Realu Sociedad stanął zespół, który po nienajlepszym początku potrafił odbić się od dna. Valencia w ostatnich czterech spotkaniach zdobyła aż 10 punktów, co pozwoliło jej awansować do górnej połowy tabeli. Drużyna z kraju Basków miała być kolejną ofiarą Nietoperzy, ale zabrakło skuteczności i szczęścia. Nie pomógł również arbiter, ale to chyba w Hiszpanii nie nowość...

Można by długo debatować jak potoczyłby się mecz, gdyby

target="_blank">sędzia Alejandro Hernández Hernadnez nie anulował prawidłowej bramki Jonasa. Niestety w 14 minucie sędzia dopatrzył się gdzieś faulu brazylijskiego napastnika i zamiast prowadzenia 1:0, na tablicy nadal widniało 0:0. Dziwili się kibice, zdziwiony był komentator i zaskoczeni byli sami piłkarze. Ale tak naprawdę, czy jest to coś nowego...?

Po dziwnej decyzji arbitra Valencia nie poddała się tak łatwo i w dalszym ciągu dążyła do zdobycia bramki na 1:0, ale kapitalnie bronił Claudio Bravo. Najpierw ładnym wolejem popisał się Feghouli, ale futbolówka minimalnie mięła bramkę chilijskiego golkipera, a następnie swojej sytuacji nie wykorzystali do spółki Pabon i Helder Postiga. W 38 minucie pomylił się natomiast Ever Banega, a 180 sekund później Real Sociedad odpowiedział najlepiej jak tylko można było. Piękną akcję efektownym wolejem wykończył Antoine Griezmann i zamiast 1:0 dla gospodarzy, było 0:1.

W drugiej części gry żadna ze stron nie potrafiła sobie wypracować większej przewagi, ale to znowu Real Sociedad okazał się skuteczniejszy. W 58 minucie przepięknym golazo popisał się niezwykle utalentowany Ruben Pardo i gospodarze musieli odrabiać już dwie bramki. Sił starczyło tylko na honorowe trafienie Pabona.

Real Sociedad wygrał, dzięki czemu przerwał fatalną passę, natomiast Valencia nadal będzie się zastanawiać - a co by było gdyby...

Jeden walec zwolnił, drugi się rozbił...

Osiem kolejek, osiem zwycięstw i 24 punkty na koncie. Atlético i Barcelona jak jeden mąż wygrywały mecz za meczem i nic nie zapowiadało, że to się zmieni. A jednak... Okazało się, że tym razem to te zespołu padną ofiarą groźnej choroby, czyli „wirusa FIFA".

W sobotni wieczór najpierw zwolnił walec Barcelony. Osasuna po raz kolejny pokazała, że na swoim stadionie potrafi zatrzymać każdego, nawet najlepiej naoliwioną maszynę. Tym razem podopieczni Gerardo Martino nie zrobili jednak kompletnie nic, żeby przestraszyć gospodarzy, co zaowocowało pierwszą stratą punktów. Ale kto by się spodziewał, że skromne 0:0 wystarczy, żeby zostać samodzielnym liderem Primera División? Niespodziewanie drugi walec nie tyle zwolnił, co roztrzaskał się na murach Estadi Cornellà-El Prat.

Na Cornella El Prat Atlético przyjechało nie tylko po to, by walczyć o kolejne ligowe zwycięstwo. Tym razem, wobec remisu Barcelony w Pampelunie, gra toczyła się o znacznie wyższą stawkę: objęcie pozycji samodzielnego lidera tabeli oraz o rekord najlepszego ligowego startu w historii. Jak to często bywa w przypadku wysokich oczekiwań i ambitnych celów podopieczni Diego Simeone przeliczyli się. Mecz chwilami sprawił wrażenie jakby piłkarzom Atlético wcale tak bardzo nie zależało na dziewiątym zwycięstwie z rzędu. Mówisz i masz. Stołecznej drużynie nie tylko nie udało się wysforować przed Barcelonę, wręcz przeciwnie, strata trzech punktów sprawiła, że Atlético podarowało Katalończykom, mimo ich ligowej wpadki, objęcie samodzielnego prowadzenia.

Do owego podarunku tym razem walnie przyczynił się Thibaut Cortois, który na początku drugiej połowy gry, pod ostrzałem Espanyolu niefortunnie interweniując pakując piłkę do własnej siatki. Na Rojiblancos zemścił się niewykorzystane okazje. Nie było ich wiele, jednak w pierwszej połowie piłki meczowe mieli na nodze zarówno Koke, jak i (niezawodny zwykle) Diego Costa. Strzał tego pierwszego zatrzymał się na słupku, drugiego - minimalnie go minął. W drugiej połowie nie nastąpiła znacząca poprawa gdy Atlético, nawet po straconej bramce. W samej końcówce meczu szansy na wyrwanie jednego punktu nie wykorzystał Costa. Gdyby nie to, że Espanyol przerwał fantastyczną serię zwycięsto Atlético można by powiedzieć, że był to mecz do zapomnienia, w szczególności dla kibiców.

Tak więc Cortois podarował zwycięstwo Espanyolowi, zaś Atlético podarowało Barcelonie drugą połowę fotela lidera, na której Katalończycy mogą się teraz wygodnie rozsiąść przynajmniej na tydzień. Diego Simeone podsumował słabe spotkanie swojej drużyny w swoim stylu: oskarżając ligę hiszpańską o rzekomą nudę. Oby szkoleniowiec Atlético nie zapomniał, że za tydzień czeka go kolejny mecz z małą (lecz cudownie waleczną) ekipą z Vallecas. Jeśli jego podopieczni go wygrają to w obliczu każdego innego rezultatu El Clásico niż remis między Barçą a Realem na szczycie ligi hiszpańskiej może się zrobić naprawdę, ale to naprawdę ciekawie. Może to wreszcie zadowoli wybrednego El Cholo, zwłaszcza, że jego drużyna pretenduje do tego by kwestię atrakcyjności ligi wziąć we własne ręce, czy raczej we własne nogi.

Gorzki remis Sevilli

W dole tabeli La Liga gęsto, jeszcze gęściej w samym jej środku. Przed rozpoczęciem 9. kolejki Sevilla wraz z innymi tłoczyła się w strefie drużyn środka tabeli mających na swoim koncie aż lub jedynie 9 punktów. Dla Andaluzyjczyków oczywistym celem były kolejne trzy oczka i wskoczenie do pierwszej dziesiątki, jak przystało na drużynę od lat pretendującą do zajmowania miejsca pośród ligowej czołówki.

Pierwszy krok do celu już w 2. minucie wykonał Carlos Bacca, który po podaniu Vitolo wykorzystał błąd obrońców Valladolid i umieścił piłkę w siatce. Sevilla spokojnie przejęła kontrolę nad meczem. Mimo że Valladolid częściej był przy piłce to Andaluzyjczycy byli groźniejsi w ataku. Swoją przewagę po raz kolejny potwierdzili w 31. minucie, gdy Mariño został pokonany przez strzelającego zza pola karnego Alberto Moreno. Na przerwę gracze Sevilli schodzili pewni swojego prowadzenia.

W drugiej połowie podobny obraz gry utrzymywał się aż do 81. minuty, gdy gol Manucho postawił wszystko na głowie. Valladolid mając na koncie bramkę kontaktową zwietrzył zapach krwi i rzucił się do remontady. Na dodatek rzucił się na tyle skutecznie, że już w trzy minuty później, po strzale Patricka Eberta, zdołał doprowadzić do wyrównania. Sevilli przyszło zapłacić frycowe za wszystkie niewykorzystane okazje, których w tym meczu nie brakowało. Podział punktów z Valladolid sprawił, że w środkowej strefie tabeli zamiast spodziewanego rozluźnienia zrobiło się jeszcze ciaśniej.

Lwy zaryczały

Żółta Łódź Podwodna, która ciężko pracuje na miano beniaminka-rewelacji tego sezonu nie ustaje w pogoni za czołówką. W 9. kolejce La Liga na jej drodze stanęły Lwy z Bilbao, które mimo nie najlepszego wejścia w sezon, ostatnio przypomniały sobie jak się powinno ryczeć.

Dość stanowczo porykiwać Los Leones zaczęli dopiero w drugim kwadransie gry, wtedy jednak zupełnie przejęli inicjatywę w ofensywie i urządzili oblężenie bramki Żółtej Łodzi Podwodnej. Przyniosło ono owoce niemal natychmiastowo. W 33. minucie drogę do bramki odnalazł Mikel Rico, już dwie minuty później w jego ślady poszedł Artiz Aduriz. W jednej chwili Athletic prowadził już dwoma bramkami. Jakby tego było mało dla Villarrealu w samej końcówce pierwszej połowy, już w doliczonym czasie gry, drugą żółtą kartkę obejrzał Bruno, co poskutkowało osłabieniem jego drużyny. Trudne zdanie, które stało przed Villarrealem, stało się niezmiernie trudnym.

W drugiej połowie gry García Toral zdecydował się na podwójną zmianę, z boiska zdjął Pereirę i Aquino wprowadzając na ich miejsce Triguerosa oraz Gómeza. Jak można się było spodziewać mimo tych zabiegów obraz gry nie uległ zmianie. Lwy po raz kolejny ruszyły do ataku nie dając przeciwnikom chwili wytchnienia, zaś ofensywna postawa Susaety cieszyła oczy. Gdy upłynęła 60. minuta gry Baskowie strzelali już na bramkę czternastokrotnie, ich przeciwnicy mieli zaś na koncie zaledwie jeden strzał Gio Dos Santosa, który na dodatek padł w 3. minucie. Od tego czasu Żółta Łódź Podwodna była bezradna i do końca spotkania nie zdołała już odwrócić losów meczu.

Bilbao po świetnym drużynowym występie dopisało na swoje konto trzy punkty, które dały Baskom bezpośredni kontakt z czołówką, w której, mimo porażki, nadal znajduje się ekipa Villarreal.

Wybierz z nami bramkę kolejki

Dwa tygodnie temu w głosowaniu na najpiękniejszą bramkę kolejki wybraliście

target="_blank">trafienie Alexisa Sáncheza. Po ostatniej kolejce przedstawiamy wam trzy kolejne perełki, a do was należy wybór! Zapraszamy do głosowania.

Kandydat nr 1:

target="_blank">Ruben Pardo vs. Valencia

Kandydat nr 2:

target="_blank">Alejandro Galvez vs. UD Almería

Kandydat nr 3: