Podsumowanie La Liga: Wielkie derby

n00stress, Eoren

4 marca 2014, 10:58

36 komentarzy

Niezwykła walka do granic możliwości, kontrowersyjne decyzje sędziego, piękne bramki, zwroty akcji i przede wszystkim emocje do samego końca. Hiszpańskie media po niedzielnym hicie na szczycie Primera División nie miały wątpliwości - to były najlepsze derby XXI wieku. Atlético udowodniło, że jeszcze żyje, a w dwumeczu z Realem Madryt zdobyło aż cztery punkty. Na remisie najbardziej skorzystała Barcelona, która pokonując Almeríę, zmniejszyła stratę do Królewskich.

Cytat weekendu po emocjonującej kolejce, w której mieliśmy dosłownie wszystko, bez wątpienia należy do Filipe Luisa, który wygranie dwumeczu z Realem Madryt w lidze uznał za... anegdotkę: „Wygranie dwumeczu z Realem w lidze to anegdotka. Ważne, że prezentujemy się tak dobrze przeciwko drużynie z rezerwowymi po 40 milionów euro". Brazylijski boczny obrońca Los Colchoneros wierzy, że Atlético do samego końca będzie walczyć o mistrzostwo Hiszpanii. Ale czy po niedzielnych derbach ktokolwiek ma wątpliwości, że będzie inaczej?

Życie po życiu?

Fakt, że Real Betis właśnie dogorywa w najwyższej klasie rozgrywkowej Hiszpanii wydaje się nieodwołalny. Trudno sobie wyobrazić cud, który musiałby się wydarzyć, by Verdiblancos nie trafili w tym sezonie tam, gdzie idą po śmierci kluby piłkarskie - do Segunda División. Na razie jednak Betis próbuje pokazać, że choć śmiertelnie ranny, nie jest jeszcze martwy. I że potrafi odgryźć się przeciwnikowi.

Pierwszą oznakę życia od dłuższego czasu podopieczni Calderóna dali w Lidze Europy, podczas wyjazdowego rewanżu z Rubinem Kazań. Zwycięstwo 2:0 zapewniło Verdiblancos awans do 1/8 finału rozgrywek, zaś nam, kibicom, perspektywę kolejnych gorących Derbi Sevillano, tym razem w europejskich pucharach. Betis nareszcie zdołał wywalczyć punkt w rozgrywkach na krajowym podwórku. Zaledwie jeden punkt, bo to boleśnie mało, jeśli chodzi o realne zwiększenie szans na utrzymanie. Klub z Sewilli dzieli w tej chwili od 17. drużyny w tabeli aż 11 oczek. Mimo to, biorąc pod uwagę przebieg meczu, wywalczenie bramkowego remisu na El Madrigal, z perspektywy dyżurnych chłopców do bicia w tym sezonie, uznać należy za sukces.

Mecz rozkręcał się powoli i pierwszą bramkę mogliśmy zobaczyć dopiero w 71. minucie. Karnego sprokurował Javi Chica i choć jego interwencja w polu karnym na Uche była na granicy faulu i nie-faulu, arbiter zdecydował się podyktować jedenastkę dla Villarrealu. Wykorzystał ją Bruno Soriano, który trafiając do siatki, dał prowadzenie gospodarzom. Z perspektywy Villarrealu były to jedynie miłe złego początki. Możne też uznać, że na Żółtej Łodzi Podwodnej zemściła się niewykorzystana sytuacja, ponieważ jeszcze przed faulem Chiki mieli oni szanse na objęcie prowadzenia, jednak strzał Uche obił jedynie poprzeczkę. Im bliżej końca spotkania, tym większa była inicjatywa Verdiblancos, którzy na przestrzeni całego meczu byli stroną przeważającą. Ostatecznie o wyniku przesądziła 85. minuta gry, kiedy po wrzutce od Vili Rubén Castro pokonał Sergio Asenjo i zapewnił Betisowi jeden punkt.

W Betisie ewidentnie coś drgnęło. Po lepszym niż wynik meczu z Athletikiem Bilbao Verdiblancos w końcu zapisali na swoje konto jakiś punkt. Jednak trudno jeszcze mówić o życiu po życiu podopiecznych Calderóna. Villarreal, który był istną rewelacją rundy jesiennej, teraz wyraźnie zwolnił tempo. W ostatnich siedmiu spotkaniach Żółte Łodzie zebrały jedynie 9 na 21 możliwych punktów. Mało? Jak na beniaminka z pewnością nie. Jak na drużynę, która wróciła do Primera, pokazując pazury, taki wynik z pewnością może rozczarować.

Hit, który nie zawiódł

Niedzielne derby Madrytu zapowiadały się jako pasjonujące widowisko, jednak patrząc na ostatnie wyniki Atlético i Realu Madryt, a przede wszystkim bezpośrednie starcie tych dwóch drużyn w półfinale Pucharu Króla, można było mieć wątpliwości, czy aby na pewno będzie to równorzędna batalia dwóch zespołów walczących o mistrzostwo Hiszpanii. Nasze obawy szybko zostały rozwiane... Piłkarze zaprosili nas do oglądania prawdziwego thrilleru, wyrównanej walki dwóch gladiatorów, w której nikt nie miał zamiaru odpuścić choćby o centymetr. Obie drużyny wzniosły się na wyżyny swoich umiejętności, żeby tylko wyszarpać skrawek wolnej przestrzeni. Vicente Calderón było świadkiem derbów wyjątkowych, a remis był chyba najbardziej sprawiedliwy.

Początek spotkania był dość przewidywalny i stało się to, czego najbardziej obawiali się kibice Rojiblancos. Rozpędzony Real Madryt objął prowadzenie już w trzeciej minucie za sprawą odrodzonego Karima Benzemy, o którym kompletnie zapomnieli obrońcy gospodarzy. Wydawało się, że wróciły stare koszmary i znów będziemy świadkami wybitnie jednostronnych derbów. Nic z tych rzeczy. Banda Diego Simeone szybko przejęła inicjatywę, wciągając Królewskich w wojnę, która dała im dwa zwycięstwa na Santiago Bernabéu w 2013 roku. Gospodarze nie pozostawiali wolnej przestrzeni, o każdą piłkę walczyli jakby decydowała o mistrzostwie Hiszpanii, a charakter i wola walki sprawiły, że nie poddali się ani na moment. W najtrudniejszych momentach Atleti za każdym razem pokazuje, co znaczy siła charakteru i zespołowość. Wyrównanie przyszło w 28. minucie, kiedy cudowną asystą popisał się Arda Turan, a Diego Lópeza strzałem po długim rogu zaskoczył Koke. To jednak nie był koniec spektaklu w wykonaniu Atlético. Podopieczni Diego Simeone poszli za ciosem, za co zostali nagrodzeni w doliczonym czasie gry pierwszej połowy. Pięknym strzałem z około 30 metrów popisał się Gabi, a golkiper Królewskich po raz drugi musiał wyciągać piłkę z siatki. Czy Diego López mógł zachować się lepiej? Pewnie tak, ale nie najlepsza widoczność na pewno utrudniała skuteczną interwencję.

Po niezwykłym spektaklu, jaki zaserwowali nam piłkarze obu drużyn w pierwszej połowie, druga część była odrobinę spokojniejsza. Real Madryt starał się odzyskać panowanie nad wydarzeniami na boisku, a Atlético skupiło się na utrudnianiu tego zadania. Banda Diego Simeone zadowoliła się przede wszystkim przerywaniem ataków, przez co widowisko nie było już tak płynne. Przewaga zespołu Carlo Ancelottiego wzrosła po mądrych roszadach włoskiego szkoleniowca, który zmieniając boki obrony (Arbeloa został zmieniony przez Carvajala, a Coentrão przez Marcelo), dał swojej drużynie drugie życie. „Druga połowa rozpoczęła się dla nas bardzo dobrze, jednak trzeba przyznać, że wejście Carvajala i Marcelo rozruszało nieco Królewskich" - nie miał wątpliwości Diego Simeone. To właśnie wspomniana dwójka najbardziej dała się we znaki Rojiblancos, a w ostatnim kwadransie na boisku istniał już tylko Real. Ostatecznie wyrównanie przyszło w 82. minucie za sprawą Cristiano Ronaldo, dla którego było to pierwsze dobre zagranie w przeciągu całego spektaklu.

Atlético Madryt przeżyło i wciąż liczy się w walce o mistrzostwo Hiszpanii. Zespół Diego Simeone rzucił rękawicę dwóm gigantom i nie zamierza się poddawać. Skreślanie tego zespołu po klęsce w Pampelunie było przedwczesne, a o kryzysie na pewno nie ma mowy. Jesteśmy świadkami pasjonującego wyścigu po tytuł. Oby trwał jak najdłużej...

Bez fajerwerków

Po baskijskiej masakrze, jaką Real Sociead urządził Barcelonie na Anoeta, podopieczni Gerardo Martino mieli za zadanie zaprezentować swoje prawdziwe oblicze i zrehabilitować się za niespodziewaną klęskę. Niestety kibice, którzy spodziewali się powrotu wielkiej Barçy, znów musieli się zawieść. Zobaczyliśmy zespół przewidywalny, bez świeżości, który myśli tylko o tym, żeby jak najszybciej skończyć mecz. Rację ma Francisco Vilchez, który nie ukrywał rozczarowania wysoką porażką, komentując, że „wynik nie odzwierciedla tego, co działo się na murawie".

Barça zaczęła, jak zwykle, od długiego rozgrywania piłki na połowie rywala. W 5. minucie piłkarze Blaugrany po raz pierwszy udali się pod bramkę gości, jednak po dośrodkowaniu Alvesa sytuację wyjaśnił Rafita. 4 minuty później zawodnicy z Andaluzji nie mieli już tyle szczęścia. Na lewej stronie dobrze znalazł się Neymar, który zagrał w pole karne do Fàbregasa, a ten długo się nie zastanawiając, huknął na bramkę Estabana. Golkiper gości z problemami obronił strzał, lecz przy dobitce Alexisa był już bezradny. Było 1:0 i pewnie niejednemu wydawało się, że na Camp Nou szykuje się pogrom na miarę pamiętnego 8:0. Barcelona w kolejnych minutach nie była już jednak tak przekonująca, a Almería z łatwością odczytywała zamiary gospodarzy. Marazm na boisku w 28. minucie przerwał niezawodny Leo Messi, który w przepięknym stylu uderzył z rzutu wolnego, pokonując bezradnego Estebana. Po spotkaniu hiszpańska prasa długo analizowała, jakim łukiem poleciała piłka zanim wpadła do siatki. Prawa fizyki Messiego po prostu nie obowiązują. Nie od dziś wiemy, że jest piłkarzem z innej galaktyki... Zaledwie trzy minuty później do głosu w końcu doszli goście, którzy złapali kontakt (jakżeby inaczej) po golu z rzutu rożnego.

Kiedy wydawało się, że Barcelona szybko będzie chciała zakończyć emocje w starciu z Almeríą, żeby uniknąć niepotrzebnej nerwowej końcówki, nagle zobaczyliśmy zespół niezdolny do zaskoczenia defensywy drużyny z dolnej połówki La Liga. Podopieczni Gerardo Martino (który oglądał mecz z wysokości trybun) walili głową w mur, a Almería czekała na kontry. W 79. minucie na boisko za Cesca wszedł Iniesta, a trzy minuty później Barcelona w końcu dopięła swego. Po rzucie rożnym świetnie w polu karnym odnalazł się Messi, który wygrał pojedynek główkowy z wyższymi od siebie obrońcami, ale jego strzał zatrzymał się na poprzeczce. Po chwili piłkę dobił jednak Puyol. Kapitan zrehabilitował się tym samym za błąd przy golu dla Almeríi. W samej końcówce dzieła zniszczenia pięknym uderzeniem dopełnił Xavi.

Barcelona nie zachwyciła, ale ostatecznie pokonała Almeríę 4:1 i zmniejszyła straty do Realu Madryt, a także w końcu zostawiła za plecami Atlético. Po spotkaniu na Camp Nou można tylko powiedzieć, że Barça wykonała swoje zadanie. Forma nadal pozostawia wiele do życzenia...

Hit w cieniu derbów

Derbi madrileño bez wątpienia ukradły 26. kolejkę La Liga, jednak gdybyśmy wyobrazili sobie, że przenosimy się do alternatywnej rzeczywistości, w której derby Madrytu nie istnieją, to właśnie spotkanie Sevilli z Realem Sociedad byłoby crème de la crème tego weekendu.

Choć w tym alternatywnym hicie, z innej rzeczywistości, padło trzy bramki mniej niż na Vicente Calderón, nikt nie mógł być zawiedziony poziomem spotkania. Jednak gdy naprzeciw siebie stają dwie tak ofensywnie nastawione drużyny jak Sevilla oraz Sociedad, można by się spodziewać, że bramkarze będę częściej wyciągać futbolówkę z siatki. Zwłaszcza gdy wspomniane drużyny sąsiadują w ligowej tabeli i walczą o miejsce w europejskich pucharach. Na szczęście obie ekipy wynagrodziły brak licznych bramek piłkarskim poziomem widowiska.

Mimo że ostateczne rozstrzygnięcie przyszło dopiero w 77. minucie meczu, gdy Kevin Gameiro, który pojawił się na murawie ledwie cztery minuty wcześniej, wykończył kontratak Sevilli, zapewniając jej trzy punkty, to wcześniej emocji na Sánchez Pizjuan także nie brakowało. Najpierw strzał Reyesa zatrzymał się na spojeniu bramki Claudio Bravo, później Beto do interwencji zmusił niezawodny Antoine Griezmann. To właśnie Francuz, do pary z Rakiticiem, nakręcili widowisko rozegrane w Sewilli. Aktywna postawa ofensywy Sevilli i Realu Sociedad sprawiła, że obaj bramkarze mieli okazje, by zaprezentować swoje umiejętności. To głównie one zadecydowały o fakcie, że w meczu na Sánchez Pizjuan padła jedynie jedna bramka.

Wygrana Sevilli pozwoliła jej zbliżyć się do Realu Sociedad w ligowej tabeli, choć dystans między szóstym a siódmym miejscem nadal jest znaczący, wynosi bowiem pięć punktów. Mimo to Sevillistas po passie pechowych porażek i jednej szczęśliwej wygranej z Rayo wydają się wracać na właściwe tory.

Wybierz bramkę kolejki!

Kandydat nr 1:

target="_blank">Gabi vs. Real Madryt
target="_blank">
Kandydat nr 2:
target="_blank">Leo Messi vs. Almería
target="_blank">
Kandydat nr 3: