W podjęciu decyzji o objęciu Barcelony przez Gerardo Martino przeważył jego entuzjazm i chęć podjęcia wyzwania, jakim było trenowanie jednego z największych gigantów futbolu i jednocześnie najbardziej utytułowanej drużyny ostatnich 15 lat. Nie miał dużo czasu na analizę sytuacji i ostatecznie powiedział „tak", czym uspokoił wszystkich zniecierpliwionych. Podjął wyzwanie, które miało zmienić bieg jego kariery. To, co miało być najlepszą decyzją, okazało się pierwszym poważnym błędem. Popełnionym w samotności.
Pierwsze ostrzeżenie
„W co myśmy się wpakowali?" - takie zdanie miał wypowiedzieć argentyński trener do swoich asystentów tuż po tym, jak wspólnie wylądowali na lotnisku El Prat. I oczywistym jest, że pan Martino jest człowiekiem o nienagannych manierach, oprócz tego wielkim profesjonalistą, nie licząc pojedynczych błędów, które przytrafiają się każdemu, i dlatego bardzo dbał o to, aby jego prywatne odczucia pozostały w sferze intymności i nigdy nie ujrzały światła dziennego.
Jednocześnie podjął największe wyzwanie w swojej profesjonalnej karierze. Na wejściu spotkał się z grupą piłkarzy, którzy w większości od początku byli mu całkowicie oddani, ale jednocześnie w wielu przypadkach zaniedbani fizycznie. A jemu nie udało się sprawić, żeby dawali z siebie maksimum na codziennych treningach. Argentyńczyk nigdy nie narzucił swoich metod szkoleniowych. To raczej on musiał dostosować się do warunków, w jakich trenowali piłkarze, którzy, zwyczajnie, mają dużo do powiedzenia w szatni.
Tata nigdy nie odczuwał braku poświęcenia ze strony swoich podopiecznych, ale z czasem zdał sobie sprawę, że niemożliwym jest narzucenie warunków pracy drużynie przepełnionej gwiazdami. I tak, dla byłego selekcjonera Paragwaju praca w Barcelonie stała się ciężkim doświadczeniem, któremu stale towarzyszyło uczucie przytłoczenia. A on raczej nie był do tego przyzwyczajony. Wszędzie, gdzie, jak dotąd, się pojawiał, z powodzeniem wprowadzał swoje metody treningowe.
Elvio Paolorrosso, trener od przygotowania fizycznego, słynący z profesjonalizmu i z tego, że lubi być wymagający do granic możliwości, również obszedł się smakiem, jeśli chodzi o wprowadzanie swoich zasad. „Ostatecznie lepiej nie przemęczać ich za bardzo od strony fizycznej, gdyż znajdują się na granicy i jeśli nabawią się kontuzji, cała wina spadnie na ciebie", ostrzegł go jeden z pracowników klubu, z którym nawiązał bliższą znajomość tuż po przybyciu do klubu...
Odejście tego, który go sprowadził
Niespodziewane odejście Sandro Rosella, który zasugerował kandydaturę Martino na stanowisko trenera, okazało się punktem zwrotnym w późniejszych relacjach trenera z klubem. To wtedy Tata ostatecznie zrozumiał, że sprawa jest grubymi nićmi szyta i że droga po cele, o których wszyscy marzyli jeszcze kilka miesięcy wcześniej, może okazać się bardzo kręta.
Co prawda jeden inny wynik, jedna piłka, która nie zatrzymałaby się na słupku, jedna kontuzja mniej lub jedna parada więcej mogłyby sprawić, że ta historia potoczyłaby się zgoła inaczej, jednak taki właśnie koniec zbliżał się nieubłaganie.
Z powrotem w domu
Tata powróci do rodzinnego Rosario, do swojego domu, gdzie znajdzie się wśród swoich bliskich i tam będzie mógł na spokojnie zastanowić się nad tym, co zrobił dobrze, a co źle, zanim podejmie nowe wyzwania. W Barcelonie z kolei nadszedł czas przemian, co wymaga więcej niż tylko samej refleksji w kontekście przyszłości...
Komentarze (109)