„Wiemy, że jesteś barcelończykiem, mimo asturyjskiego nazwiska. Kimkolwiek byś jednak nie był - barcelończykiem czy Asturyjczykiem - skoro nie wzrusza cię Barcelona i nie budzi w tobie czułości ziemia Asturii, odwróć się od nas i szukaj innych horyzontów… Dlaczegóż miałbyś zadawać gwałt swoim spontanicznym odruchom, jeśli jakieś uczucie sprowadziło cię na tę żałosną drogę. Nie będziesz w końcu pierwszym Hiszpanem, który przestał kochać swoją ojczyznę”.*
Po przegranych z Paris Saint-Germain, Realem Madryt i Celtą Vigo barcelońskie niebo pokryły ponure obłoki zwątpienia. Pięć kolejnych zwycięstw Barçy - w tym z wyjątkowo niewygodnymi rywalami jak Sevilla i Valencia - nie zażegnuje całkowicie nieprzyjemnego odoru wywietrzałej magii, ale daje nadzieję - towar w ostatnich latach na Camp Nou wręcz deficytowy.
Bo we wczorajszym starciu na Estadio Mestalla najważniejszy był pomysł na zwycięstwo Luisa Enrique, nie zaś jego efekt. Nawet jeśli FC Barcelona przegrałaby trudny, fizyczny bój z Nietoperzami, należałoby przyznać, że pocieszające na przyszłość są odwaga i kontrolowana brawura Lucho przy podejmowaniu decyzji o taktyczno-personalnym eksperymencie. Asturyjczyk rozpoczął swoje rządy od nośnych, nieco populistycznych haseł, doskonale diagnozując panujące wśród culés nastroje. Po obiecującym otwarciu Enrique niespodziewanie rozstał się z głoszonymi przez siebie ideami. Podejmowane przez niego decyzje pozbawione były racjonalnych przesłanek, co doprowadziło do oblania najpoważniejszych egzaminów jesieni.
Tuż przed ostatnią przerwą reprezentacyjną Blaugrana cudem uniknęła kompromitacji w starciu z Almeríą. Kiedy piłkarze rozpierzchli się po świecie w celu reprezentowania swoich narodowych barw, Lucho w skupieniu oddał się ciężkiej pracy. To był właściwy moment na wyciągnięcie wniosków z popełnionych błędów i otwarcie umysłu na zewnętrzne sugestie, czego do tej pory Asturyjczyk ostentacyjnie wręcz unikał. Okazało się jednak, że potrafi zrobić coś wbrew sobie, wykonując krok wstecz, aby za chwilę popisać się pokaźnych rozmiarów susem, jakim dla Dumy Katalonii były trzy ostatnie mecze. Wszystkie z niełatwymi konkurentami, o odmiennej specyfice i krótkoterminowych celach do zrealizowania.
A punktem kulminacyjnym przemiany, jaka zaszła w Enrique, a tym samym także w prowadzonej przez niego drużynie, była niedzielna potyczka na Mestalla. Asturyjczyk tradycyjnie zawstydził wszystkich od „przypuszczalnych składów”, jednak tym razem jego decyzjom nie towarzyszyło rozdziawienie skonsternowanych ust. W wyborze bramkarza była oczywista konsekwencja, która pozwoliła Claudio Bravo na rozegranie być może najlepszego meczu w karierze. Boki obrony zostały obsadzone optymalnie, podobnie jak środek, w którym dokazywał powracający do dobrej formy Gerard Piqué. Javier Mascherano wreszcie zagrał na pozycji pivota w ważnym meczu, a nie szkolnej wprawce. Towarzyszył mu wypoczęty Sergio Busquets, o chwiejnej dyspozycji, ale piłkarskich atutach niezbędnych do konstrukcji barcelońskich natarć od własnego posterunku. Bliżej bramki rywala, z oczyszczonym przedpolem, mógł hasać Xavi, który w tym sezonie, poniekąd w roli Andrésa Iniesty, udowadnia swoją przydatność do zespołu. Armię Enrique uzupełniało trio, którego obecności w składzie nie trzeba uzasadniać.
Przy wyborze składu na niedzielne spotkanie Enrique kierował się więc zrozumiałymi racjonałami - aktualną formą, charakterystyką drużyny własnej oraz przeciwnej, a także ogólnym pomysłem na mecz. Całość okrasił jasnym, zrozumiałym przekazem dla piłkarzy (obiecującym dla Piqué, niepokojącym zaś dla Ivana Rakiticia) oraz przebojowością i charyzmą, wcześniej jedynie pozorowaną. Już powyższe uwagi mogłyby stanowić podsumowanie wczorajszej batalii i powody do z trudem tonowanego optymizmu. Bo ostatnie dwa lata na Camp Nou stały się synonimem trenerskiej kapitulacji, bylejakości, kroczenia drogą łatwizny z białą flagą na przyłbicy. Wprowadzone przez Lucho porządki, sygnowane raczej znakiem ostatnich tygodni, nie zaś tych początkowych, dają nadzieję, że nowej FC Barcelonie przyświeca jakiś cel, idea, docelowy punkt świadomie podejmowanej wędrówki. Odnoszę wrażenie, że po dwóch latach obłego letargu Barça wreszcie nabiera wyraźnych kształtów, co czasem zaprowadzi nas na skraj nerwowej wytrzymałości, w innym przypadku obdarowując pokaźną dawką entuzjazmu. Tak, wydaje mi się, że po raz pierwszy od dłuższego czasu Blaugrana będzie jakaś, a nie nijaka. Parafrazując Francisco de Quevedo, culés mogą wreszcie zawołać: „Wczoraj odeszło. Jutro już nadchodzi”.
Wynik niedzielnego spotkania z Valencią jest piekielnie ważny. Ale najistotniejsze są opisane powyżej przesłanki, które doprowadziły Enrique do oddelegowania w bój „jedenastki” zestawionej eksperymentalnie, zarówno w aspekcie taktycznym, jak i personalnym. Do tego zdeterminowanej, przez większą część meczu dobrze zorganizowanej, o korzystny rezultat walczącej aż do wyzionięcia ducha.
To była Barça z pięcioma wychowankami w podstawowym składzie. Kolejnych dwóch pojawiło się na walenckim placu boju w drugiej połowie.
To była Barça wyciągająca wnioski z popełnionych błędów. W pierwszej odsłonie soczystego taktycznie meczu jej pomocnicy nie wykreowali ani jednej okazji bramkowej. Gospodarze oddali sześć strzałów, przy tylko jednym w wykonaniu Blaugrany. Ba, podopieczni Nuno Espírito Santo lepiej zdobywali teren (80-procentowa skuteczność), głównie dzięki aż 7 udanym dryblingom i 11 interwencjom. Ale to goście częściej utrzymywali się przy piłce, nawet pomimo mnożących się strat Neymara, Messiego, Busquetsa (kryminał, recydywa - penitencjarne skojarzenia są wręcz oczywiste) i Daniego Alvesa (czy Brazylijczyk zdążył już „odkręcić się” po karuzeli, na jaką zabrał go wczoraj Rodrigo?). W 60. minucie statystyka stworzonych szans na wpakowanie gola wskazywała 5:2 dla gospodarzy. Końcowe liczby klarują jednak postęp, jaki na krótkiej przestrzeni czasowej, w ekstremalnych wręcz warunkach, wykonali goście. Posiadanie piłki? 72-28% dla FC Barcelony. Odzyskane piłki? Pięć więcej dla Dumy Katalonii. Straty? Osiem „na plusie” po stronie Nietoperzy.
Bo to była wreszcie Barça zmieniająca swoje oblicze w trakcie meczu, elastyczna, nieprzewidywalna, bardziej wertykalna. Było to możliwe dzięki trafionym zmianom, jakich dokonał Enrique. Z boiska został ściągnięty balansujący na granicy czerwonej kartki Jérémy Mathieu, a do obrony powędrował „czysty” w tym elemencie Mascherano (swoją drogą Argentyńczyk podawał z 92-procentową skutecznością). To było ważne posunięcie, także w kontekście upomnień Piqué i Jordiego Alby. Na swoją nominalną pozycję pivota powędrował więc Busquets, który w końcowym fragmencie spotkania, kiedy kluczowe stały się kontrola piłki i jej odbiór, wyraźnie odżył. Na dziesięć minut przed końcem trener Barçy oddelegował do boiskowej kotłowaniny zdegradowanego do roli przydatnego rezerwisty Pedro (wreszcie!) oraz sygnalizującego zwyżkę formy Rafinhę. Obaj mieli dać drużynie drugi oddech, więcej intensywności i zadziorności. I choć efekt ich starań był wątpliwy, to jednak sam zamysł należy pochwalić. Tym bardziej, że z ofensywnych piłkarzy w odwodzie pozostał FC Barcelonie jedynie Munir.
To była także Barça, która zachowała posiadanie piłki, ale najgroźniejsze tego wieczoru okazje wykreowała po długich podaniach (w sumie wykonała ich 46). Stąd też słabsza niż standardowa celność posyłanych piłek (do adresatów trafiło 611 z 701 zagrań). Co ciekawe, Mascherano i Busquets wystąpili w trzech najczęstszych kombinacjach podań niedzielnego spotkania. Tym samym, biorąc pod uwagę powyżej przytoczone statystyki, należy stwierdzić, że solidnie zasklepiony środek pola został wygrany przez bardziej agresywną i muskularną niż dotychczas Blaugranę. Eksperyment Enrique powiódł się. Operacja zakończyła się sukcesem, pacjent przeżył, choć w trakcie zabiegu pojawiło się nieco komplikacji. Ale to już dowód siły odmienionej w tym sezonie Valencii.
Nie da się napisać o wszystkim. Tym bardziej, że obok pozytywów były również elementy niepokojące (pudła Suáreza, brak płynności gry i odosobnienie napastników w pierwszej połowie, słabe występy Alvesa i Xaviego, skandaliczne wręcz straty Messiego i Busquetsa, wątpliwy wkład w zwycięstwo zmienników, trzy doskonałe strzeleckie okazje Valencii). Odwołując się jednak do klasyka, plusy dodatnie przysłoniły te ujemne. Nawet bez zwycięstwa niedzielny mecz byłby cennym krokiem w drodze do ponownych narodzin Dumy Katalonii. Bo być może na Mestalla Enrique uzyskał wreszcie tak potrzebny przecież mit założycielski jego FC Barcelony. Wielkiej, niezłomnej i zwycięskiej.
Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou".
*Juan Goytisolo, „Znaki tożsamości”
Komentarze (67)