Aż trudno uwierzyć w to, że człowiek tak piłkarsko obyty jak Zinedine Zidane mógł prorokować przed wczorajszym meczem awans do dalszych gier Ligi Mistrzów Paris Saint-Germain. Bo jeśli po ubiegłotygodniowym starciu w Parku Książąt ktokolwiek miał jeszcze nadzieję na promocję paryskiej ekipy, to Barça unicestwiła ją wraz z trafieniem Neymara w 14. minucie. Tym samym krytykowana za styl gry Blaugrana dopisała do listy tegosezonowych ofiar zespół mistrza Francji. Tuż obok czempionów Anglii i Hiszpanii. To pozwala culés na triumfalne odtrąbienie powrotu króla w bordowo-granatowych szatach.
W końcowy okres zawsze gorącego kwietnia Barcelona wkracza z możliwością zdobycia aż trzech trofeów. Lideruje w lidze, w finale Pucharu Króla zagra na „swoich śmieciach” i z rywalem nieco słabszym niż w ostatnich latach, zaś w Lidze Mistrzów wygląda na drużynę najlepiej dysponowaną spośród wszystkich pozostałych kandydatów do ostatecznego triumfu. Maszyneria Lucho nie od razu funkcjonowała na właściwych obrotach, ale tego należało się spodziewać, zważywszy choćby na ogrom zmian, jakie latem dotknęły Camp Nou. Blaugranie zdarzały się mecze słabe lub nawet bardzo słabe, wygrane szczęśliwie albo niesprawiedliwie. Ale na końcu rachunek wystawiają zdobyte trofea. I choć póki co do klubowej gabloty Enrique nie wstawił choćby jednego pucharu, to już dziś, z całą stanowczością, można stwierdzić, że upływający rok jego pracy na Camp Nou nie był czasem straconym, zmarnowanym. Pod batutą Asturyjczyka Barça poczyniła bowiem postęp tak indywidualny (nowe oblicze Leo Messiego, progres Neymara i Daniego Alvesa czy też odzyskanie najlepszych wersji Gerarda Piqué oraz Sergio Busquetsa), jak i drużynowy. O tym drugim niech świadczą choćby nowe atuty w asortymencie bordowo-granatowej armii - stałe fragmenty gry (ofensywne i defensywne), doskonała organizacja pracy w obronie, kontrataki, wertykalna, bardziej bezpośrednia konstrukcja akcji ofensywnych czy też reaktywacja drużynowego pressingu.
Nieprawdziwą jest teza, że Barça to dziś magiczne tridente, z trudem ciągnące niedomagający wózek, i cała reszta bezładnie biegających „pomagierów”. Owszem, zabójcze trio z napadu wpakowało w sumie aż 95 bramek, ale bez niemal bezbłędnych bramkarzy, solidnej obrony, harujących w pomocy Busquetsa czy Rakiticia nie byłoby możliwe dojście do punktu, w którym dziś znajduje się Barcelona. Samym atakiem, choćby najskuteczniejszym, z Messim w roli rozgrywającego, nie wygrywa się z mistrzami Anglii (3:1 w dwumeczu), Francji (10:5 w europejskim czwórboju) i Hiszpanii (7:3 w ligowo-pucharowym trójmeczu). Owszem, Barça nadal miewa przestoje, okresy słabszej gry i utraty kontroli nad boiskową materią, wciąż jest niedoskonała i ma swoje ułomności, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że pretensje i złośliwe uwagi biorą się z ciągle świeżego wspomnienia wielkiego dzieła, które stworzył Pep Guardiola. Być może czas na dobre przyznać, że maestro z Santpedor skomponował drużynę perfekcyjną, godzącą interesy obu obozów, estetów oraz pragmatyków futbolu, ale niepowtarzalną i nie do skopiowania. Pep wierzył, że sukcesy przyjdą wraz z dobrą, jakościową grą. I w tamtym czasie i okolicznościach nie pomylił się, mogąc swobodnie realizować swoje fantazyjne wizje futbolu totalnego, urzekającego. Ale dziś Barcelona Enrique znajduje się w innym miejscu, bo przecież „wszystko płynie”. Zmienił się futbol, zmienili się piłkarze, tak Dumy Katalonii, jak i wszystkich pozostałych drużyn, zmienił się cały piłkarski świat. I metodyczny, praktyczny Enrique „kraje tak, jak mu materii staje”. To już nie są „pepowi” Alves, Piqué, Busi, Xavi czy Iniesta. To teraz inni piłkarze, choć ciągle wielcy, których stać na ponowną wędrówkę na szczyt, tylko inną drogą.
Niech za potwierdzenie powyższych słów posłuży wypowiedź Enrique z pomeczowej konferencji prasowej. - Nigdy nie zagraliśmy perfekcyjnego spotkania. Kilka bardzo dobrych było, ale czy w piłce nożnej w ogóle istnieje perfekcja? - zapytał dziennikarzy. A odpowiedź brzmi: na dziś, w barcelońskich okolicznościach i zastanym środowisku, perfekcja nie istnieje. Ale jeśli na przestrzeni lat futbol konsekwentnie wpajał kibicom kilka prawd, to z pewnością jedną z nich jest to, że do zgarnięcia ostatecznego zwycięstwa nie zawsze potrzebne jest osiągnięcie ideału. Nowy model barceloński ma skazy, ale w tej chwili sprawia wrażenie najtrwalszego w Hiszpanii i całej piłkarskiej Europie. Z wiosennych, pucharowych, czyli najtrudniejszych (oczywiście zaraz po Premier League) starć Blaugrana wyszła bez szwanku, niemal nieobita, z pełnym przekonaniem o możliwości odniesienia finalnego sukcesu. Ostatni raz wszystkie pucharowe gry w Champions League od początku roku Barcelona wygrała ponad 10 lat temu. Ba, dla Katalończyków to jedenasty półfinał Ligi Mistrzów (rekord wszech czasów), ósmy na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat. To wynik tym bardziej imponujący, że jeszcze do niedawna Barçą targały poważne problemy natury politycznej czy też ekonomicznej.
Oczywiście, że chciałbym ciągłości w realizacji „cruyffowo-guardiolowskiej” wizji futbolu, kontynuacji barcelońskiego perpetuum mobile, większej liczby wychowanków w wyjściowym składzie, niższej średniej wieku, pełnej kontroli boiskowych wydarzeń, ani jednej podbramkowej okazji rywala i stałego dążenia do strzelania kolejnych bramek pomimo osiągniętego już wysokiego prowadzenia. Ale na dziś to utopia, nierealne marzenie, które po drugiej stronie lustra kryje niedoskonałości nowej Barçy, która na szczęście jest świadoma swoich ograniczeń. To dylemat, żywy zwłaszcza w okolicach Les Corts - piękna gra i romantyczne ideały, na których końcu stać mogą wielkie sukcesy, ale i wielkie rozczarowania czy też pragmatyzm, zupełnie niebarceloński, pozwalający na zwiększenie szans na końcowe triumfy? Pep wybrał pierwszą, trudniejszą drogę i wygrał. Lucho (42 zwycięstwa w 50 pierwszych meczach na ławce Barcelony - klubowy rekord) z grupą swoich piłkarzy poszukuje złotego środka. Musi zadowolić zarówno wysublimowane katalońskie podniebienia estetów, jak i tych, którzy sukces mierzą liczbą zdobytych odznaczeń. Najlepszy komentarz do tych rozważań wygłosił wczoraj sam Enrique: „Pracę powinno oceniać się na podstawie tytułów, bo to one liczą się w futbolu”.
To ciągle dobrze znana nam Barcelona, z doskonałym wyprowadzeniem piłki od tyłu, ofensywną grą skrajnych obrońców, wymiennością funkcji, rytmicznym ruchem i zmianą pozycji, umiejętnością kontroli meczu poprzez wymianę niezliczonej liczby „mikropodań” w środku pola, agresywnym pressingiem, szeroką grą w bocznych sektorach boiska oraz pierwiastkiem zachwycającej magii w ataku. Ale to także Barça odmieniona, nietrzymająca piłki w nieskończoność, dostosowana do zmieniającego się futbolu, szybsza, bezpośrednia i mniej przewidywalna dla rywali, którzy przecież zaraz po zachwycie nad grą śmiercionośnego potwora Guardioli wzięli się za opracowywanie planu jego zniszczenia. To zmiany spóźnione o kilka lat, zmiany, których nie byli w stanie dokonać ani Tito Vilanova (jestem przekonany, że dziś patrzy z góry na Barçę z dumą i wielką radością), ani Gerardo Martino. Zmiany, które znów mogą wprowadzić Blaugranę na piłkarski Olimp. Niezadowolonych i narzekających, tzw. trzeźwo myślących kibiców, zachęcam do odłożenia gorzkich przemów i radykalnych ocen na czas po zakończeniu sezonu. Tymczasem należy mocniej zapiąć pasy i po prostu kibicować tym piłkarzom. Lucho i jego ludzie na to zasłużyli. Ten piękny sen ciągle trwa, culés nadal mogą marzyć o rzeczach wielkich, a bywały przecież czasy, kiedy nie było ani efektownej gry, ani tym bardziej spektakularnych sukcesów. Może to i dobrze, że bywały, tym samym przy Barcelonie pozostali najwytrwalsi i najbardziej lojalni.
Na koniec jeszcze jedno. We wtorek, po raz pierwszy od około dwóch lat, Andrés Iniesta przypominał najlepszego pomocnika świata, jakim niewątpliwie niegdyś był. Akcja poprzedzająca dogranie do Neymara to czysta magia, dowód na niczym niezmącony talent ze znakiem jakości La Masíi. Ten swobodny, fantazyjny, subtelny rajd pomiędzy zawodnikami za blisko 400 mln euro, wykonany chwilę po odprawieniu z kwitkiem piłkarzy za 420 mln euro (Manchester City, dane za transfermarkt.de). Jak widać, nie wszystko da się kupić. Na szczęście.
Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou".
Komentarze (53)