Przy Canaletes mówią. Odrodzenie wielkiej Barçy

Mateusz Bystrzycki

28 maja 2015, 19:43

38 komentarzy

W drodze do berlińskiego finału Ligi Mistrzów Barcelona pokonała czempionów Holandii (dwukrotnie), Cypru (także dwukrotnie), Francji (trzykrotnie, bo również w fazie pucharowej), Anglii (dwukrotnie) i Niemiec (raz, ale za to porządnie). Barçę czeka jeszcze bój z mistrzem Włoch, co w przypadku ewentualnego finalnego zwycięstwa, uczyni ją najwłaściwszym spośród wszystkich triumfatorów w najnowszej historii Champions League. Podobnie rzecz wygląda w przypadku Primera División. Barcelona, jak nikt inny, zasłużyła na triumf na krajowym podwórku. Żyjemy w pięknym dla barcelonismo czasie.

Dowodów na słuszność powyższej tezy zakończony w sobotni wieczór sezon dostarczył culés aż nadto. W kampanii 2014/15 ustępujący mistrz Hiszpanii przegrał z Blaugraną aż czterokrotnie, bo także na froncie Copa del Rey (i to przy bramkowym bilansie wynoszącym obłędne 8:3!). Warto w tym miejscu podkreślić fakt, że zanim Barça Luisa Enrique rozpoczęła swoją „wiosnę ludów”, wcześniej - pod wodzą Gerardo Martino - na dystansie sześciu spotkań nie wygrała z Rojiblancos ani razu! Ba, tegosezonowy triumf w Primera División Duma Katalonii przypieczętowała na wrogim Estadio Vicente Calderón, jakby w odwecie za wydarzenia sprzed roku, kiedy to na Camp Nou piłkarze Cholo Simeone celebrowali zdobycie krajowego prymatu. Czyż nie tak na wszelkie niepowodzenia odpowiadają prawdziwi mistrzowie?

Najlepsi z czołówki

Ale to nie mecz nad rzeką Manzanares w największym stopniu zadecydował o tym, że Katalończycy mogli cieszyć się ze zdobycia 23. w historii tytułu mistrza Hiszpanii. Wyświechtane futbolowe powiedzenie głosi, że krajowy maraton wygrywa się w spotkaniach ze słabszymi, niżej notowanymi rywalami. Tym razem, sporo ważyły również mecze pomiędzy drużynami z czołowej „czwórki” ligi (Barcelona, Real Madryt, Atlético Madryt i Valencia). Otóż okazuje się, że najlepiej z ligowym „czubem” radziła sobie Barça, która zdobyła aż 15 punktów (5 zwycięstw i 1 porażka). W klasykach i hitach Primera División Nietoperze zgarnęły 8 punktów, Rojiblancos „oczko” mniej, zaś najgorzej wypadli Królewscy. Dorobek ekipy Carlo Ancelottiego to raptem 4 punkty (1 zwycięstwo, 1 remis, 4 porażki i bilans bramkowy 8:13). To nie przypadek, że drużyna z Camp Nou zajmowała pierwsze miejsce aż przez 20 ligowych kolejek. Było to możliwe także dzięki odniesieniu rekordowej liczby 48 zwycięstw w całym sezonie. To najlepszy wynik w historii hiszpańskiego futbolu, ciągle jeszcze możliwy do poprawy. A skoro jesteśmy już przy dziejowych dokonaniach, to warto wspomnieć, że 33 „czyste konta” bramkarzy Barcelony to kolejny z rekordów, jakie w tym sezonie ustanowili chłopcy Lucho.

A wszystko dzięki tsunami, jakie dotknęło Les Corts chwilę po noworocznej przerwie w treningach i porażce na Anoeta. Dowód? W drugiej części sezonu Barcelona „ugrała” 49 punktów, Real zaś raptem 41 (kolejna w tej materii Valencia 36). We wspomnianym okresie Barça wpakowała również najwięcej goli, bo aż 60. Królewscy zdobyli 47 bramek, zaś Sevilla 37. Liczba straconych bramek także przemawia za Barceloną. Tylko 10 wpuszczonych goli to wynik lepszy od rezultatu osiągniętego przez Atlético (11) i Nietoperzy z Mestalla (13). Blaugrana była lepsza nie tylko od swoich najgroźniejszych konkurentów, ale również od samej siebie i utrwalanych przez długie lata słabości. Od sezonu 2008/09 w rundzie rewanżowej Barcelona straciła kolejno 12, 7, 11, 7, 12 i 13 wyjazdowych punktów. Wiosną, w kampanii 2014/15 liczba zaprzepaszczonych na wrogich obiektach „oczek” wyniosła raptem 2!

Kardashian piłki nożnej

I tak, jak w zakończonym niedawno sezonie, ligowa dominacja Barçy nie podlegała dyskusji, tak pod ciężarem ewentualnych wątpliwości nie ugina się również hegemonia Katalonczyków na dystansie ostatnich lat. Ze względu na szacunek dla Realu nie wyliczę jego ogólnych osiągnięć na przestrzeni brzegowych 15 lat (np. w zestawieniu z wydatkami na nowych zawodników). Skupmy się zatem na krajowym podwórku i walce o ligowy prymat w ostatnich 10 latach. Okazuje się, że Barcelona aż 6 razy stawała na najwyższym stopniu podium, przy 3 zwycięstwach Królewskich i raptem jednym triumfie Rojiblancos. Ostatnich 25 lat? 13 mistrzostw Dumy Katalonii i tylko 6 Los Blancos.

O drużynowych i indywidualnych postępach za kadencji Luisa Enrique powiedziano i napisano na przestrzeni kampanii 2014/15 już wszystko (np. tu, tu i tu). Podobnie, jak o niepodważalnej wyższości Leo Messiego nad Cristiano Ronaldo (np. tui tu). Niechaj za ostateczny komentarz w tej sprawie posłuży niedawna wypowiedź Ronalda de Boera: „Każdy, kto porównuje Cristiano i Messiego, powinien dostać dożywotni zakaz oglądania meczów. Portugalczyk to Kim Kardashian piłki nożnej. Zależy mu tylko na tym, aby jego tyłek dobrze wyglądał na zdjęciach i aby był popularny”. Trudno w to uwierzyć, ale geniusz z Rosario pomógł Barcelonie w wygraniu 7 mistrzowskich tytułów, dokładnie tyle, ile w sumie dla Madrytu dokonali w tej materii Brazylijczyk Ronaldo, Zinédine Zidane, Luís Figo, Kaká i Cristiano. Kurtyna w dół.

Kolejnym pozytywem mijającego sezonu jest (dosyć nieoczekiwanie) casus Thomasa Vermaelena, który w minioną sobotę zadebiutował w bordowo-granatowych barwach. W trakcie 63 minut spędzonych na murawie Camp Nou, belgijski stoper zanotował aż 11 odbiorów, najwięcej w całej drużynie. Najbardziej zwycięska w tej sytuacji była jednak barcelońska publiczność, która fetowała niemal każdy kontakt z piłką byłego piłkarza Arsenalu. - Zawodnicy Barcelony są nie tylko najlepszymi piłkarzami świata, ale także wspaniałymi ludźmi. Wspierali mnie w każdej chwili. Kibice okazali mi cierpliwość i dlatego dziękuję im za wsparcie oraz owacje podczas zmiany - powiedział po meczu z Deportivo La Coruña Vermaelen. To była doskonała uwertura do wzruszającego, jakże godnego rozstania z Xavim Hernándezem. Środowisko barcelonismo znów dało przykład, tak powinno żegnać się klubowe legendy.

Dalej niż Barça

Ale, aby najbliższe tygodnie były dla Barcelony równie szczęśliwe, jak te ostatnie, drużyna z Camp Nou musi zapomnieć o odniesionym triumfie ligowym i przystąpić do walki w finałach Pucharu Króla i Ligi Mistrzów. Na pierwszy ogień pójdzie sobotnie starcie z Athletic, klubem, w którym - gdybym wcześniej nie zadurzył się w Blaugranie - mógłbym zakochać się bez opamiętania. "Con cantera y afición, no hace falta importación" (Ze szkółką i kibicami, nie potrzebujemy zakupów) - powtarzają w kółko Baskowie. I tak już od wielu lat. Romantyczne hasła nie umilkły nawet wówczas, gdy niechętni Los Leónes twierdzili, że przecież w profesjonalnym sporcie chodzi przede wszystkim o wynik. A przecież Baskowie wcale nie wygrywali tak rzadko. Copa del Rey zgarnęli aż 23 razy, w ogólnej klasyfikacji ustępując jedynie Barcelonie (26 zwycięstw). Mistrzami Hiszpanii byli 8 razy, dwukrotnie grali w finale Pucharu UEFA lub Ligi Europy, ostatni raz w sezonie 2011/12. Na froncie Primera División spędzili 85 sezonów, będąc jedynym obok Blaugrany i Realu Madryt klubem, który nigdy nie opuścił najwyższej klasy rozgrywkowej w Hiszpanii.

A to wszystko dzięki intrygującemu know-how, które w dużej mierze przypomina ten barceloński, z tym, że posunięty nieco dalej, w kierunku skrajnego, radykalnego dogmatu. Funkcjonujący od 1971 roku ośrodek w Lezamie szkoli młodych Los Leónes m.in. na czterech pełnowymiarowych boiskach z naturalną nawierzchnią oraz dwóch pełnowymiarowych ze sztuczną trawą. W każdym roczniku najzdolniejsi z Basków znajdują się pod ścisłą opieką dwóch trenerów, fachowca od przygotowania fizycznego, medyka, masażysty, psychologa oraz kilku pedagogów. Oprócz wspomnianego ośrodka w Lezamie na terenie całego regionu funkcjonuje jeszcze 13 małych centrów rozwojowych, które skupiają chłopców chcących pozostać pod opieką rodziców, blisko rodzinnego domu. Nie może więc dziwić, że w ostatnich latach Athletic zarobił na sprzedaży swoich wychowanków prawdziwe krocie.

Za Barçą długa kampania ligowa, która rokrocznie - w najbardziej policzalny, racjonalny sposób - wyłania najlepszą z drużyn. Nadszedł czas na pucharowe finały, które mogą wprawić culés w euforyczny wręcz nastrój. Po około trzyletnim okresie dekadencji, smuty i bylejakości na naszych oczach następuje odrodzenie wielkiej Barcelony. Bądźmy z nią aż do samego końca. Nadchodzą wspaniałe dni.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou"

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (38)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze